Festiwal Szekspirowski 2015 w Gdańsku. Złoty Yorick dla Jana...

    Festiwal Szekspirowski 2015 w Gdańsku. Złoty Yorick dla Jana Klaty

    Jarosław Zalesiński

    Dziennik Bałtycki

    Aktualizacja:

    Dziennik Bałtycki

    W niedzielę, 9.08.2015 r. zakończył się kolejny, XIX już Festiwal Szekspirowski w Gdańsku.
    W swoim "Królu Learze" Jan Klata chce naprawdę stworzyć klimat hieratycznej powagi

    W swoim "Królu Learze" Jan Klata chce naprawdę stworzyć klimat hieratycznej powagi ©Dawid Linkowski/materiały promocyjne

    Złoty Yorick, czyli nagroda dla najlepszego przedstawienia szekspirowskiego w minionym sezonie w polskich teatrach, dla "Króla Leara", spektaklu Narodowego Starego Teatru w Krakowie, w reżyserii Jana Klaty. Tak zdecydowała kapituła konkursu, który towarzyszy Festiwalowi Szekspirowskiemu.

    Na nagrodę, choćby w formie ustnej pochwały, zasługiwałby także tegoroczny festiwal. Niewiele było na nim nieporozumień i nadspodziewanie wiele przedstawień, które mocno wryły się w pamięć.


    Potrzeba hierarchii


    Spektakl Klaty mógłby też odebrać nagrodę dla najchętniej oglądanego przedstawienia. Nie przypominam sobie takiego ścisku i tylu widzów siedzących na schodach w Teatrze Wybrzeże.
    Magnesem była, podejrzewam, podskórna nadzieja, że "będzie szkandal". Wiadomo było przecież, że Jan Klata wydarzenia Szekspirowskiej tragedii przeniósł na papieski dwór, a abdykujący władca staje się w tym przedstawieniu abdykującym papieżem.

    Skandalu jednak nie było. Klata o świecie religii i papiestwa mówi w swoim przedstawieniu trochę tak jak Philip Larkin, współczesny, nieżyjący już poeta agnostyk, w słynnym wierszu "Chodzenie do kościoła": "Dom to poważny, stoi na ziemi poważnej".

    Gdy w pierwszej scenie oglądamy hołd składany przez purpuratów i kler siedzącemu w lektyce papieżowi, nie wyczuwamy tonacji drwiny albo choćby żartu á la Fellini. Powolny rytm kroków, ścisła geometria przesuwających się postaci - to naprawdę tworzyć ma klimat hieratycznej powagi. W zderzeniu z nim tym mocniej zapewne miał wybrzmieć dramat władcy, który odtrącony przez swoje najbliższe otoczenie, popada w szaleństwo.

    Mam jednak wątpliwości, czy rzeczywiście dramat ten wybrzmiał. Kreujący rolę Leara Jerzy Grałek tylko w momencie pierwszych, wymierzonych w niego intryg, pokazuje emocje zawodu i gniewu. Zwykle zamknięty w wielkiej klatce z przezroczystej pleksi, niczym dogorywający na szpitalnym łożu i oddzielony parawanem pacjent, staje się jedynie milczącym świadkiem wydarzeń. Jest w tak zagranym przez Grałka Learze coś przejmującego, to prawda. Jest także pytanie, które słyszy się najwyraźniej w scenie, polegającej po prostu na tym, że nowoczesne szpitalne łóżko, na którym leży Lear, podnoszone jest niemal do pionu, tak by słabego, bezradnego władcę najdosłowniej "postawić nam przed oczy".

    Co czujemy i myślimy, patrząc na niego? Przejmuje nas jego odchodzenie? Czy to jest jeszcze dla nas "ziemia poważna"? Ważne pytanie, ale i ono nie brzmi tu z dostateczną siłą. Dominuje za to wrażenie, że w sposobie opowiadania wydarzeń, w przeplataniu scen i songów, w zestawianiu kontrastów Klata nie wykracza poza własny sceniczny język. Sam koncept osadzenia wydarzeń "Króla Leara" na watykańskim dworze nie dał przedstawieniu jakiejś nowej energii.

    Czytaj również: Teatr Soho na scenie Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego. Oryginalna wersja Szekspirowskiej "Burzy"


    Dekonstrukcja...


    Scenicznej energii nie można za to odmówić "Burzy", wyreżyserowanej we wrocławskim Teatrze Polskim przez Krzysztofa Garbaczewskiego, również startującej w konkursie o Złotego Yoricka.

    Garbaczewski to w polskim teatrze kolejne reżyserskie pokolenie, które, jak każde kolejne pokolenie, w poszukiwaniach pozwala sobie na wiele. Na przykład na kompletne rozbicie tekstu Szekspira, na rozgrywanie spektaklu równolegle na scenie i w garderobie, na wulgarność i obsceniczność czy wreszcie na operację zmiany płci Prospera. Ten ostatni zabieg naprowadza chyba na główną myśl reżysera. Dla Garbaczewskiego, inaczej niż dla Klaty, nie ma świętości. Wszystko jest dziś zużyte i ograne, także sztuka Prospera czy miłość Mirandy i Ferdynanda, dla której tłem staje się kiczowata, że aż zęby bolą, cygańska kapela. Na tej zamienionej w ciemną, spustoszoną przestrzeń wyspie Prospera tylko dwie postaci pojawiają się w jasnym kostiumie: Prospero w kobiecym wydaniu, oraz - także w kobiecym wydaniu - Alonzo, król Neapolu.

    Dwie kobiety, a ściślej: dwie matki, które ze swoją zdolnością wybaczania i miłości rozjaśniają spustoszony świat. Wyczuwa się w tym echo feministycznych ideologii, ale, szczęśliwie, skłonność do budowania ideologicznego przekazu nie odebrała temu spektaklowi energii. Rozchełstanemu, męczącemu, ale zostającemu w pamięci.

    Czytaj również: Festiwal Szekspirowski 2015. "Wielki John Barrymore" Krzysztofa Jasińskiego i "Król Lear" Pawła Miśkiewicza

    ...i tragizm


    Nie ukrywam jednak, że największe wrażenie zrobił na mnie spektakl "The Tiger Lilies grają Hamleta", pokazany przez brytyjską grupę The Tiger Lilies, do spółki z kopenhaskim Teatr Republique. Spektakl, będący antytezą rozwichrzonych, splątanych wersji Szekspira, jakich na festiwalu było najwięcej. Rodzaj teatralnej śpiewogry, w której z wydarzeń "Hamleta" zostały wybrane najistotniejsze wątki, a całość utrzymana jest w jednolitej, groteskowo-tragicznej tonacji. W połączeniu z wizyjnymi, plastycznymi obrazami ta żałobna msza, w jaką zamieniony został dramat Szekspira, paraliżowała wręcz swoim głęboko tragicznym widzeniem ludzkiej natury.

    Jeśli szukać dalej antytez w festiwalowym programie, wspomnieć by trzeba jeszcze o "Juliuszu Cezarze", wyreżyserowanym przez Roberta Sturuę w gruzińskim Teatrze Rustaveli. Sturua z dramatu Szekspira zrobił niemal kabaretową burleskę. Nożowniczy mord na władcy został, owszem, pokazany z brutalną dosłownością. Ale cała historia to jakieś gangsterskie porachunki, jak w Chicago z czasów Ala Capone. Narkotyk władzy, który tak tu wszystkich upaja, to rzecz i straszna, i śmieszna. Szczególna wizja dziejów...

    Szczególna okazała się też pokazana na koniec festiwalu wizja "Makbeta", wyreżyserowana przez Luca Percevala w rosyjskim Teatr Baltic House. I tu, tak jak u Sturuy, korony, symbol władzy, zrobione są z papieru. W imię czego więc do niej się dąży? W imię najprymitywniejszych, wręcz biologicznych potrzeb. Wiedźmy są tutaj nader atrakcyjnymi, nagimi strzygami, a Lady Makbet swojego małżonka zwyczajnie spija i wciąga do łóżka, po to by nakłonić go do mordu na królu Dunkanie. Oto jak łatwo można uśpić ludzkie sumienie...

    jaroslaw.zalesinski@polskapress.pl





    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (1)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Szkoda, że żyjemy w czasach, w których:

    Polihistor (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 3 / 2

    1) ambicją reżysera jest wystawienie sztuki w sposób możliwie jak najdalszy od pierwotnego zamysłu autora - najlepiej przy poważnym okaleczeniu tekstu albo uwikłaniu go w dziwaczne połączenia z...rozwiń całość

    1) ambicją reżysera jest wystawienie sztuki w sposób możliwie jak najdalszy od pierwotnego zamysłu autora - najlepiej przy poważnym okaleczeniu tekstu albo uwikłaniu go w dziwaczne połączenia z innymi;
    2) praktyka taka spotyka się z coraz powszechniejszym uznaniem jury - i to podczas różnych konkursów;
    3) zawsze znajdą się cmokierzy, którzy to pochwalą, a - najczęściej - także uzasadnią.
    zwiń

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo