Jeśli Obama przegra, Amerykę może ogarnąć fala zamieszek

    Jeśli Obama przegra, Amerykę może ogarnąć fala zamieszek

    Konrad Godlewski

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    Najnowsze sondaże wskazują, że dwucyfrowa przewaga Baracka Obamy nad Johnem McCainem stopniała w ciągu ostatniego tygodnia do zaledwie 5 proc. Zwycięstwo czarnoskórego senatora wcale nie jest takie pewne.
    Lokalne władze w całym kraju zaczęły się nawet poważnie obawiać, że jego niespodziewana przegrana może wywołać zamieszki na tle politycznym i rasowym. A Departament Stanu przypomina, że niezależnie od wyniku prezydencka sukcesja wystawi Amerykę m.in. na ryzyko ataków terrorystycznych.

    W Chicago, Detroit, Filadelfii i innych wielkich amerykańskich miastach, w których w przeszłości dochodziło do rozruchów, policja przygotowuje się na możliwe zamieszki.

    Komentatorzy są zgodni: przegrana Obamy byłaby wielkim zawodem dla jego zagorzałych zwolenników. Wielu z nich jest bowiem pewnych zwycięstwa, a sam kandydat - co wytyka mu prasa - zachowuje się tak, jakby już był prezydentem.

    Wielkie rozczarowanie może przerodzić się w wielki gniew - ostrzega prasa. W internecie pojawiły się już nawet plotki, że zwolennicy Obamy planują wypowiedzieć obywatelskie posłuszeństwo, w razie gdyby "ukradziono" mu zwycięstwo. - Jeżeli 4 listopada telewizja ogłosi, że wygrał McCain, będzie to kłamstwo. Musimy wówczas bezzwłocznie wyruszyć, by otoczyć i zamknąć Biały Dom, nie dopuszczając do trzeciej bezprawnej prezydentury - nawołuje na swoim blogu David Swanson, szef portalu Democrats.com.

    Nic dziwnego, że wobec takich nastrojów służby porządkowe w USA przygotowują się do starć z demonstrantami. Największe wyzwanie czeka Chicago, miasto, z którym związany jest Barack Obama i gdzie zamierza urządzić swój wyborczy wieczór. W parku Granta w pobliżu sztabu kandydata ma się zgromadzić aż 350 tys. osób. Władze Wietrznego Miasta obawiają się, że przegrana Obamy może wywołać powtórkę z zamieszek na tle rasowym, do jakich doszło wiosną 1968 roku po zamachu na pastora Martina Luthera Kinga.

    - Będziemy gotowi reagować na każde wystąpienie - zapowiada Ray Orozco z władz miasta, a policja w Chicago podaje, że od miesięcy opracowuje plan bezpieczeństwa w czasie finałowego wiecu Obamy. Strażacy i ratownicy medyczni dostali polecenie, by sprzęt i uniformy brać ze sobą do domu. W ten sposób będą w każdej chwili gotowi do podjęcia akcji.

    W wielu innych miastach, gdzie w przeszłości dochodziło do napięć i rozruchów na tle rasowym, mówi się o podobnej ostrożności. W kalifornijskim Oakland, kolebce słynnej Partii Czarnych Panter powołanej w 1966 roku do ochrony Afroamerykanów przed białym rządem w Waszyngtonie, policja szykuje się do działań prewencyjnych i kontroli tłumów. Na nogi został postawiony nawet miejscowy oddział antyterrorystyczny.

    - Nie wierzymy, że dojdzie do zamieszek, ale jeśli tak się stanie, będziemy przygotowani - powiedział Jeff Thomason, rzecznik policji w Oakland. Tamtejsi stróże prawa dobrze pamiętają bolesną lekcję, którą dostali pięć lat temu od kibiców miejscowej drużyny futbolowej. Po przegranej Oakland Riders w finale ligi NFL podpalano samochody i plądrowano sklepy.

    Wyborczy finał 4 listopada będzie dopiero początkiem zmartwień dla Pentagonu. Po raz pierwszy od konfliktu w Wietnamie prezydencka sukcesja nastąpi podczas działań wojennych Ameryki - w Iraku i Afganistanie. Generałowie powołali więc sztab antykryzysowy, który do styczniowego zaprzysiężenia i po nim ma zapobiegać zagrożeniom - od zamachów terrorystycznych aż po brak pieniędzy na żołd z powodu kryzysu.

    Pentagon dobrze pamięta, że wrogowie USA wykorzystywali brak doświadczenia u świeżo upieczonych prezydentów. Zamach bombowy na WTC w 1993 roku nastąpił miesiąc po zaprzysiężeniu Billa Clintona. Atak terrorystyczny z 11 września 2001 roku , który zmiótł obie wieże z powierzchni ziemi, nastąpił 8 miesięcy po objęciu władzy przez George'a W. Busha.

    ***

    Nie wszystko zależy od głosów

    W amerykańskim systemie wyborczym ważny jest geograficzny rozkład, a nie liczba pojedynczych głosów. W 2000 r. przekonał się o tym kandydat Demokratów Al Gore. Dostał pół miliona głosów więcej od George'a Busha, ale przegrał na Florydzie, co oznaczało porażkę w skali kraju.

    Stało się tak, gdyż we wszystkich stanach, poza Maine i Nebraską, rządzi zasada: "zwycięzca bierze wszystko" (czyli głosy wszystkich elektorów), dlatego też stopień przewagi nad rywalem nie gra roli. W ubiegłym stuleciu frekwencja w USA oscylowała wokół 60 proc.

    W 2004 r. w wyborach wzięło udział ponad 122 mln osób, co przełożyło się na 61-procentową frekwencję, najwyższą od 1960 r. Pomimo rekordowego wskaźnika obecności przy urnach na G.W. Busha zagłosowało wtedy tylko 30,8 proc. wszystkich uprawnionych, bo 78 mln Amerykanów w ogóle nie poszło do lokali wyborczych. Dziś główna walka o głosy toczy się w tych stanach, które mają dużo elektorów, ale nie wykazują zdecydowanych preferencji. Są to m.in. Floryda, Newada i Ohio. Statystyki frekwencji nie są dokładne, bo w Dakocie Płn. wyborcy nie muszą się rejestrować, a w Wisconsin robią to tuż przed głosowaniem.

    Poza tym wielu Amerykanów, szczególnie przebywających poza terytorium kraju, od 13 do 30 października może głosować listownie.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze (1)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Chata wuja Sama

    Ewa123 (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 1 / 1

    Nareszcie wuj Sam zajmie się własnymi problemami. Oby tylko nie przeniosły się te problemy na inne kraje.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo