Adam Ferency wciela się w rolę oskarżonego przemysłowca Henryka Szwejcera
Magdalena Rigamonti
2008-10-28 18:40:50, aktualizacja: 2008-10-28 23:50:00
Patent jest prosty. Bierzemy historię, odcedzamy z niej zbędny nadmiar patosu i moralizatorsko-edukacyjnych natręctw, które wprawiają młodszych widzów w senny nastrój - i robimy film.
Takie podejście do narodowej martyrologii deklaruje 27-letni reżyser Jan Komasa, który już wkrótce rozpocznie zdjęcia do autorskiej fabuły o Powstaniu Warszawskim.
Nie on jeden. Wspomnieniowa gorączka ogarnia coraz to kolejne reżyserskie umysły. Fabuły o Powstaniu zapowiadają Dariusz Gajewski i Juliusz Machulski; Ryszard Bugajski już finiszuje ze swoim "Generałem Nilem", a o zrealizowanie filmu o Westerplatte z politykami wojuje Paweł Chochlew. Odkąd "Katyń" Wajdy zdobył oscarową nominację, producenci stawiają na kino historyczne, a filmowcy kombinują nad atrakcyjnymi scenariuszami.
Komasę od Wajdy różni nie tylko przepaść wieku. - Moja fabuła będzie o chłopaku, który ma sporo spraw na głowie i zwyczajnie brak mu czasu na wojowanie - tłumaczy reżyser. Ojciec jego bohatera nie żyje, więc to na młodzieńcu spoczywa odpowiedzialność za matkę i młodszego brata.
Owszem, ma kumpli w AK, ale niespecjalnie mu imponują. - Początkowo wcale nie ma zamiaru walczyć - opowiada Komasa. Jednak w żadnym razie nie zamierza nakręcić filmu antywojennego: jego bohater w końcu ruszy do boju.
Tyle że pokierują nim raczej hormony, a nie patriotyczny obowiązek. Pozna bowiem dziewczynę zaangażowaną w powstańczą sprawę i z miejsca się w niej zakocha. - Z tej pannicy jest raczej lebiega i trochę niemota, ale za to piękna. I mój bohater, żeby zdobyć jej względy i udowodnić, że jest prawdziwym mężczyzną, wstąpi do powstańczego oddziału - streszcza reżyser.
Po czym wyłuszcza swoją teorię na temat patriotyzmu: - Dla większości młodych ludzi II wojna światowa i Powstanie Warszawskie są tak samo odległe jak bitwa pod Grunwaldem. To przeszłość, z którą się nie identyfikują. Nie rozumieją swoich rówieśników, którzy w 1944 roku oddawali życie za ojczyznę.
Zdaniem Komasy w rzeczywistości młodzi powstańcy nie deliberowali o patriotyzmie. - Działali raczej na zasadzie: dziewczynom się podobają bohaterowie, to i ja będę bohaterem. Albo: skoro on jest taki męski, silny i potrafi walczyć za ojczyznę, to ja też potrafię.
Polska była dla nich oczywistą, nadrzędną wartością, niewymagającą pustej gadaniny. No i z tego połączenia hormonów i charakterów rodziła się niesamowita energia, która dawała im siłę do walki - wyjaśnia reżyser, który zgromadził już 10--milionowy budżet na nakręcenie "Miasta".
Zdjęcia ruszą latem przyszłego roku. Wyznawcy pompatycznego filmowego patriotyzmu mają powód do zgryzot. Nie dość, że Komasa wspomina coś o hormonach, to jeszcze - jak na standardy obowiązujące w rodzimej manufakturze snów - sam jest w wieku młodzieńczym.
Ma na koncie zaledwie jeden film, a w zasadzie 1/3 filmu, bo jak dotąd dał się poznać kinomanom jedynie jako współautor "Ody do radości" (2005), którą nakręcił wespół z Anną Kazejak-Dawid i Maciejem Migasem. Współczesna opowieść o perypetiach dwudziestoparolatków zdobyła kilka nagród i przychylność krytyki, lecz była w końcu produkcją niskobudżetową i zdecydowanie kameralną.
Ale jeśli kto wątpi w Komasę, w przyszły poniedziałek będzie mógł sprawdzić, jak ten gość o wyglądzie nastolatka radzi sobie ze śmiertelnie poważną historyczną materią. W TVP 1 o godz. 20.20 Scena Faktu Teatru Telewizji pokaże "Golgotę wrocławską", debiutancki spektakl Komasy. - Scenariusz "Miasta" to historia fikcyjna, choć prawdopodobna. W "Golgocie..." są same fakty, a ja opowiadam o ludziach, którzy zostali rozstrzelani przez komunistów i o ubekach, którzy sumiennie wykonywali swoją pracę - wyjaśnia reżyser.
Scenariusz autorstwa historyków Krzysztofa Szwagrzyka i Piotra Kokocińskiego przedstawia losy trzech Dolnoślązaków, przeciwko którym wrocławski Urząd Bezpieczeństwa wytoczył w roku 1949 zarzut o spisek wymierzony przeciwko Polsce Ludowej. Ściślej, zarzucono im "zawiązanie spółki faszystowsko-hitlerowskiej i próbę niedopuszczenia do wykonania planu trzyletniego".
Jakkolwiek absurdalnie brzmią dziś te zarzuty, trzech szanowanych obywateli (wśród nich był Henryk Szwejcer, przedwojenny ceniony przemysłowiec i były powstaniec śląski) poddano makabrycznemu śledztwu.
Pretekstem do akcji była kradzież znaczków pocztowych, której dopuścił się Heinz Gerlich, goniec niemieckiego pochodzenia; to drobne przestępstwo władza chytrze rozdmuchała do rozmiarów zbrodniczego spisku, do którego skatowani podsądni ostatecznie się przyznali.
Pokazowy proces zakończył się wyrokami śmierci wykonanymi w roku 1949. Zanim stanęli przed plutonem egzekucyjnym, przeszli przez niewyobrażalne tortury. Ale ich młodociani oprawcy wcale nie byli wiernymi apostołami komunistycznej rewolucji.
- Ci ubecy to były takie proste chłopaki ze wsi. Przyjechali do miasta za pracą. Kazali im bić i torturować, to bili i torturowali. Zasada była prosta: im byli bardziej skuteczni, tym dostawali więcej kasy - tłumaczy Komasa. Reżyser nie zrobił jednak spektaklu zamulonego filozofowaniem nad duszą ubeka. To drastyczny, skrupulatny opis mechanizmu działania opresyjnego systemu.
Po przedpremierowym pokazie "Golgoty wrocławskiej" w Muzeum Powstania Warszawskiego zapadła kilkuminutowa cisza, a po niej wybuchły gromkie owacje. I nie dziwota, bo choć Komasa miał na realizację zaledwie 10 dni i ograniczony budżet, to "Golgota" swoim rozmachem bardziej przypomina pełnokrwisty film niż skromny spektakl.