Menu Region

Piotr Nurowski: Nie siedzę na tylnym fotelu i nie knuję

Piotr Nurowski: Nie siedzę na tylnym fotelu i nie knuję

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Robert Małolepszy

Prześlij Drukuj
Z Piotrem Nurowskim, prezesem Polskiego Komitetu Olimpijskiego, rozmawia Robert Małolepszy.
Na mieście mówią, że za wojną futbolową, a zwłaszcza jej pierwszą bitwą, czyli wprowadzeniem kuratora do PZPN, stoi Pan. Że to prezes PKOl z tylnego siedzenia kieruje kampanią przeciw Michałowi Listkiewiczowi i reszcie towarzystwa.

To bzdura, chcę ją stanowczo zdementować. Z tą wojną nie mam nic wspólnego.

To skąd te podejrzenia?

Wszystko przez to, że decyzję o wprowadzeniu kuratora do związku podejmował Trybunał Arbitrażowy przy PKOl.
Jednak to jest ciało niezależne. Identyczne trybunały działają przy wszystkich komitetach narodowych. Moja rola skończyła się po wybraniu tego ciała. Sytuację można porównać do tej, gdy prezydent RP powołuje sędziów. Czy to, że ich mianował, oznacza, że są od niego zależni? Trybunał Arbitrażowy to jest normalny, niezawisły sąd.

Jak się odwołuje członków Trybunału?


Odwołuje ich zarząd PKOl.

Zatem jednak od Pana zależą ich losy. Prezydent nie może odwołać na przykład sędziów Trybunału Konstytucyjnego.


Sędziów odwołuje zarząd PKOl, który liczy 61 osób, ale nie chcę już więcej tego komentować.
Jeszcze raz powtarzam: nie kieruję walką z PZPN ani z przedniego, ani tylnego, ani też bocznego siedzenia.

Wpisanie Roberta Zawłockiego na listę kuratorów trzy dni przed jego powołaniem, na dodatek w środku nocy, musi budzić jednak podejrzenia.


O to proszę pytać władze Trybunału. Mnie w tym czasie nawet w Polsce nie było. Pojechałem do Singapuru na Formułę 1. Zaplanowałem to sobie rok wcześniej. Można to sprawdzić.

W Trybunale nie ma kogo pytać, bo odwołano jego rzeczniczkę Romanę Troicką-Sosińską. Zaraz po tym, jak ośmieliła się przyznać, że działania tego gremium nie są zgodne z prawem.


Akurat z tą decyzją w pełni się zgadzam. Pani Romana Troicka-Sosińska sprzeniewierzyła się wszelkim zasadom, które powinny przyświecać sędziom. Skrytykowała swoich kolegów, choć nie była w składzie orzekającym. Jak sama twierdzi, była w tym czasie na urlopie. Nawet nie skontaktowała się z sędziami orzekającymi, a podważała ich wyrok. To chyba ewenement na skalę światową, by sędzia krytykował kolegów z tego samego sądu. Na dodatek ta pani jest w komisji rewizyjnej PKOl. Gdyby miała honor, to powinna podać się do dymisji.



Jednak pani Troicka twierdzi, że nie jej podpis, a jedynie pieczątka znalazła się na jednym z dokumentów w sprawie powołania kuratora. To pachnie fałszerstwem, co zresztą sama sugeruje, a PZPN to ponoć zamierza wykorzystać.

O tym nie słyszałem. Jeśli to prawda, to jest to skandal, ale znów dodam, że proszę pytać Trybunał. To ciało ode mnie niezależne. Tam naprawdę są wielkie nazwiska, autorytety prawne, profesorowie. Naprawdę myśli Pan, że tacy ludzie jak choćby prof. Młynarczyk czy prof. Kardas zgodziliby się wejść do Trybunału, który działa na czyjeś zlecenie.

Była minister sportu, dziś przewodnicząca sejmowej komisji sportu Elżbieta Jakubiak sugeruje taki ciąg zdarzeń: Ministerstwo Sportu za wszelką cenę chce wprowadzić do związku Zbigniewa Bońka. Za Bońkiem stoi Polsat, Polsat to Pan, a Pan to Trybunał. Wszystko po to, by Polsat mógł kupić prawa do transmisji z Euro 2012.

I jeszcze powtarza to prezydent Aleksander Kwaśniewski. Kolejna bzdura, lecz po kolei. Związków z Polsatem nigdy nie ukrywałem i wszyscy o nich wiedzą. Do dziś jestem w radzie nadzorczej stacji i doglądam Polsatu Sport. Jednak to nie ma nic do rzeczy! Łączenie wojny futbolowej z prawami do Euro i Polsatem to wyraz skrajnej ignorancji. Polsat kupił prawa do dwóch ostatnich mundiali i Euro. Od kogo je kupował? Od FIFA i UEFA za pośrednictwem wyznaczonych przez federacje agencji. Te agencje prowadzą najnormalniejszy na świecie przetarg. Prawa bierze ten, kto da więcej. Agencje, teraz uwaga, bo to klucz do zrozumienia idiotyzmu oskarżeń kierowanych pod moim i Polsatu adresem, nie mają prawa, wręcz mają zakaz konsultacji sprzedaży praw w danym kraju z narodową federacją piłkarską.

To właśnie sugerował prezes Michał Listkiewicz. Że PZPN praw nie będzie sprzedawał, ale będzie w wielu kwestiach doradzał i dlatego rząd chce wprowadzić na fotel prezesa swojego człowieka.


Bzdura, bzdura, bzdura. Prawa do Euro 2012 kupi ta telewizja, która zapłaci najwięcej. Narodowa federacja co najwyżej może opiniować sprzedaż praw do ekstraklasy, a te, jak wiadomo, są w posiadaniu Canalu+. Gdzie tu Polsat.

Za trzy lata liga znów będzie do wzięcia...


Jednak nadal będzie się liczyła wyłącznie kasa. W ostatnim przetargu wzięliśmy przecież udział, ale Francuzi wyłożyli taką kasę, że Zygmunt Solorz przenigdy nie zgodziłby się na wydanie porównywalnych pieniędzy. Rynek zadecyduje o prawach. Niektórzy chyba nie zauważyli, że w Polsce wiele się zmieniło przez te ostatnie 20 lat. Czy wyobraża Pan sobie, że Michel Platini zgodzi się sprzedać nam Euro, jeśli TVP da dwa razy więcej tylko dlatego, że mamy swojego człowieka na stołku prezesa PZPN? Czysty surrealizm.



To po co minister Mirosław Drzewiecki w ogóle wprowadzał kuratora do związku?

W PZPN panował dramatyczny bałagan prawny. Jedne uchwały wykluczały drugie. Minister Drzewiecki, jak mi opowiadał, był przerażony efektami kontroli.

Bardzo szybko rząd wycofał się jednak z pomysłu z kuratorem. Teraz natarcie trwa z innego kierunku. Może trzeba było od razu zacząć od podatków i kolejnych zatrzymań skorumpowanych działaczy.

Ja bym kuratora nie wprowadził, dopóki nie byłoby zarzutów kryminalnych. Bo z jednej strony mieliśmy 40 rażących naruszeń prawa, a z drugiej szybko udało się je usunąć.

Zarzuty chyba więc nie były aż tak poważne?

Kilka na pewno było. Choćby niepełny skład zarządu, którego z pełną świadomością nie uzupełniano. A później w ciągu jednego dnia się udało.

Rząd znów atakuje, lecz ciągle wygląda to jak napaść grupki urwisów na podwórku na bandę dorosłych pijaków. Od razu wiadomo, kto wygra. Cały rząd pohukiwał, że nie ugnie się przed szantażem FIFA i UEFA, a jak przyszło co do czego, to kapitulacja była błyskawiczna i na całej linii. Może warto było zaryzykować?

Po pierwsze uważam, że mimo wszystko rząd nie przegrał batalii z PZPN, ale też wydaje mi się, że można było zaryzykować. Jestem przekonany, że Trybunał Arbitrażowy przy MKOl w Lozannie poparłby decyzję naszego Trybunału. Przecież Lozanna ma prawo odwołać decyzje nawet FIFA i UEFA. Zresztą w pewnym momencie wyglądało na to, że rząd jest gotów na tę twardą walkę, ale chyba w końcu wystraszył się pism od Blattera.

Napisanych pod dyktando Michała Listkiewicza, a może nawet przez niego samego?

Tak mi się wydaje.

Dla stołków działacze PZPN postawili na szalę wykluczenie nas z rozgrywek międzynarodowych i utratę Euro 2012. Zgadza się Pan z taką tezą?

Niestety, tak. W tej sytuacji nasi działacze przekroczyli granice, których nie powinni. Ale nic już mnie nie zdziwi. Środowisko piłkarskie oskarża mnie o zdradę. Przypominają, że to właśnie PZPN zgłosił mnie jako kandydata na prezesa PKOl, a ja nie mam sobie nic do zarzucenia. Dwa lata temu na kolejnym nadzwyczajnym zjeździe związku miałem bardzo emocjonalne wystąpienie. Apelowałem do działaczy o oczyszczenie, wypranie brudów. To było wołanie na puszczy.



Może jednak wciąż chce Pan być prezesem PZPN i o to chodzi w całej wojnie. Z ministrem Drzewieckim przecież świetnie się Panu współpracuje.

Ależ mógłbym być prezesem PZPN bez żadnej wojny! Od miesięcy do mojego gabinetu przychodzą delegacje działaczy piłkarskich, którzy namawiają mnie, bym kandydował. Jednak jeszcze raz powtarzam: PZPN potrzebuje młodego, rzutkiego menedżera, który wyczyści to bagno. Ja pozostanę wyłącznie zwariowanym kibicem, nie ukrywam, że przede wszystkim piłkarskim.

Poparłby Pan rząd w batalii w Lozannie?

Tak. I dodam, że nie wierzę, by obecna akcja rządu była rewanżem za kuratora. We Wrocławiu po prostu trwa permanentne śledztwo. Co chwilę kolejny zatrzymany zaczyna sypać. To się będzie jeszcze ciągnąć.

Zjazd PZPN powinien się więc odbyć w zaplanowanym terminie, a więc w najbliższy czwartek, 30.10?

Mimo wszystko tak. No chyba że PZPN zwróciłby się do prokuratury z pytaniem, jak długo może jeszcze trwać śledztwo. Gdyby okazało się, że termin jest niezbyt odległy, np. koniec roku, to wtedy warto by było poczekać. Ja mogę powiedzieć jedno: gdybym miał na sumieniu choć jeden sprzedany mecz, to po prostu nie kandydowałbym do władz związku.

Myśli Pan, że jest choć jeden taki człowiek w środowisku piłkarskim?

Bo ja wiem? Chcę wierzyć, że tak, ale przychodzi mi to z coraz większym trudem.

Zbigniew Boniek mówi, że nic nie wiedział o korupcji w Widzewie, gdy mecze kupował tam na potęgę prezes Sz., a przecież był w ścisłym kierownictwie klubu. Naprawdę trudno w to uwierzyć. Nawet gdy mówi to Zbigniew Boniek.

A ja wierzę. Wszystko można powiedzieć o Zbyszku Bońku, lecz nie to, że jest umoczony w korupcję. W to nigdy nie uwierzę. Jestem pewien, że rzeczywiście prezes Sz. działał na własną rękę.

Boniek to Pański faworyt w wyścigu po fotel prezesa PZPN?


Chce Pan, bym złożył na jego czole pocałunek śmierci?

Chcę, żeby Pan powiedział, który kandydat na szefa piłkarskiej centrali jest najlepszy.


Nie ma wątpliwości, że Boniek. Dużo bym dał, żeby Zibi został prezesem. To naprawdę świetny facet. Wiele razy z nim współpracowałem i sprawdzał się w każdej roli. Nawet tak nietypowej dla niego jak attaché olimpijski podczas igrzysk w Turynie.



Jeśli nawet nie stracimy Euro przez zawieruchę w PZPN, to możemy je stracić przez Ukrainę?

Niestety, to bardzo możliwe. Dzisiaj jestem niemal pewien, że Euro odbędzie się u nas w sześciu miastach, a u sąsiadów co najwyżej w dwóch. Ukraińcy nie zdążą po prostu z wieloma sprawami, plus ta nieszczęsna polityka.

Dajmy spokój piłkarzom i piłce nożnej. Od igrzysk olimpijskich w Peknie minęły już trzy miesiące, a jakoś nie słychać dyskusji, co nam wyszło, co nie. Nie ma żadnego raportu, pomysłów na przyszłość. W Polskim Komitecie Olimpijskim ktoś w ogóle pracuje nad taką analizą, by wyciągnąć wnioski na przyszłość?


W połowie listopada w Spale odbędzie się wielka konferencja organizowana przez Ministerstwo Sportu. Jednak muszę przyznać, że trochę teraz dryfujemy i to potrwa do kwietnia. Wtedy skończą się wybory w związkach sportowych i w Polskim Komitecie Olimpijskim.

I tyle. Żadnych pomysłów na dziś? Później znów okaże się, że jest za późno na zmiany, że trzeba trwać w systemie, który jest zły. Co do tego nie ma chyba wątpliwości.


Na pewno chcemy wrócić do pomysłu, by to PKOl odpowiadał za sport olimpijski. Byśmy dzielili kasę, którą przekaże nam Ministerstwo Sportu. Włosi robią tak od lat. Teraz Niemcy też przechodzą na podobny system.

Co to zmieni?

Chcę, by o kierunkach i sposobach szkolenia decydowali najlepsi fachowcy, a nie kiepsko opłacani i marnie przygotowani urzędnicy. Minister nie może zapłacić swoim ludziom tyle, by mógł zatrudnić prawdziwych fachowców. Efekt jest taki, że najważniejszym kryterium zatrudniania nie jest znajomość tematu, tylko niskie oczekiwania płacowe. Później mamy za swoje. Lekkoatletów nadzoruje ktoś, kto trenował np. jeździectwo, a cała jego fachowość to skończona AWF. Jeżeli stworzymy sztab przy PKOl, to pensje mogą być dużo wyższe. Wtedy zamiast wyjeżdżać za granicę, najlepsi polscy fachowcy, których nie brakuje, będą pracować dla nas.

Zatem chce Pan stworzyć coś na kształt spółki PL 2012?

Tak, to bardzo dobra struktura i dobry pomysł na zorganizowanie sztabu przygotowań olimpijskich.



Jaka będzie Pańska rola w sztabie?

Taka, jak być powinna. Ja na szkoleniu się nie znam. Znam się na zarządzaniu i na zdobywaniu sponsorów. PKOl pod moim kierownictwem zapewnił najwyższe w historii premie za medale. Nie mamy długów. Nie dokładamy złotówki do utrzymania naszej siedziby, a jeszcze na tym zarabiamy.

Jak Pan został prezesem PKOl, to krytykował Pan swego poprzednika za postawienie "szklanego pałacu". Dziś chwali się Pan, że zarabia na wynajmie.

Zwracam honor Stefanowi Paszczykowi. Nasza siedziba jest piękna, funkcjonalna i nie trzeba do niej dokładać. Wtedy bałem się, że jej utrzymanie pochłonie krocie.

Kiedy zacznie Pan kampanię wyborczą?


Jeszcze nawet nie zdecydowałem, czy będę kandydował.

Jak to? Przed igrzyskami udzielił Pan nam wywiadu, w którym zapowiedział ubieganie się o reelekcję.

No to się pospieszyłem, wyrwało mi się.

Dlaczego się Pan zaczął zastanawiać?

Ciągle słyszę, że przez moją głupią deklarację, iż w razie zdobycia w Pekinie mniejszej liczby medali niż w Atenach, podam się do dymisji, mogłem stracić intratną posadę. A jaka to intratna posada? Ja tu robię wszystko za darmo, z miłości do sportu. Boli mnie, gdy ciągle muszę udowadniać, że nie mam w PKOl żadnych interesów.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się