Menu Region

Prowadź, mistrzu

Prowadź, mistrzu

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Anita Czupryn

Prześlij Drukuj
Nie byli tylko nauczycielami, ale mistrzami. Ucząc gramatyki czy tabliczki mnożenia, nauczyli oddzielać prawdę od kłamstwa. O tym, jaką rolę odegrali w życiu Macieja Dowbora, Karoliny Borkowskiej, Jarosława Wałęsy i Wojciecha Malajkata ich nauczyciele.
1/4

Karolina Borkowska, ze swoimi mistrzami z liceum: polonistką Barbarą Gełczewską i wychowawcą Bogdanem Śmigierą

(© Wojciech Gadomski/POLSKA)

Z Maciejem Dowborem, prezenterem telewizyjnym, jedziemy do liceum ogólnokształcącego w Piasecznie, by poznać jego nauczycielkę polskiego. Mówi o niej "moja mistrzyni". Bo w czasie długiej edukacji spotykamy wielu nauczycieli, ale mistrz jest tylko jeden. Inny od wszystkich, budzący szacunek bezkompromisowością i kompetencją. Nie tylko uczy, ale też przejmuje rolę duchowego przewodnika. Wskazuje, co jest arcydziełem, a co zwykłą szmirą. Wpływa na nasze przyszłe życiowe wybory. Taką mistrzynią dla Macieja Dowbora jest pani profesor Elżbieta Trzeciak.

Od pięciu lat na emeryturze, do szkoły przychodzi specjalnie dla nas. Zdradza nam, że w tej jednej szkole przepracowała 41 lat. Na jej lekcjach, gdy uczeń wstawał do odpowiedzi, nie szurał krzesłem, tylko je podnosił. Niewielka rzecz, ale uczyła, jak należy się prezentować. Kiedy mówić "proszę pani", a kiedy "proszę panią". Kiedy używać słów "mnie" i "mi". Drobiazgi, które Maciej pamięta do dziś. Jak obuchem w głowę - Mam coś dla ciebie - mówi do swojego byłego ucznia pani profesor i wręcza mu tom wierszy Zbigniewa Herberta. Maciej Dowbor uśmiecha się. - Herbert i Szymborska to dwoje poetów, których pani profesor nieustannie lansowała na naszych lekcjach - mówi. - W roku, w którym zdawałem maturę, Wisława Szymborska dostała Nagrodę Nobla. Pamiętam, w innych szkołach koleżanki i koledzy próbowali na szybko nadrobić wiadomości na temat jej poezji. My nie musieliśmy.

Maciej Dowbor przyznaje, że przez pierwsze lata liceum szkoła była ostatnia na liście jego zainteresowań. - Pani profesor Elżbiecie Trzeciak zawdzięczam przede wszystkim to, że w odpowiednim momencie uderzyła mnie przysłowiowym obuchem w głowę - mówi. - Podkręciła mi śrubę. W połowie trzeciej klasy, na 400 dni przed maturą byłem zagrożony oceną niedostateczną. Powiedziała: "Jeśli nie weźmiesz się za siebie, zmarnujesz sobie życie". Czasem, wydawałoby się, abstrakcyjna groźba uderza człowieka z taką siłą, że zmienia całe jego nastawienie do życia. - Gdzieś z tyłu głowy zadźwięczał mi sygnał alarmowy - wspomina. - Przeczytałem lektury, nadrobiłem zaległości. Im bardziej się uczyłem, tym bardziej oczywiste było dla mnie, że każdy powinien wiedzieć, kim był doktor Judym i o co chodziło w "Panu Tadeuszu". Maciej po maturze dostał się na akademię wychowania fizycznego, ale już po pierwszych kilku zajęciach zrozumiał, że to nie są studia dla niego. Rok później zjawił się w swoim byłym liceum.

Z indeksem Uniwersytetu Warszawskiego, Instytutu Dziennikarstwa w ręku. Zobaczył w oczach swojej profesorki błysk szacunku. - A nie było łatwo ją zadowolić - mówi. - Do dziś, gdy coś napiszę, w głowie pojawia się nie wiadomo skąd pytanie: "Czy przypadłoby jej to do gustu?". Łapie się na tym, że zastanawia się, czy byłby w stanie w jakiś sposób jej zaimponować? Czy dziś zagiąłby ją swoim wypracowaniem? - Marzy mi się taki moment, że przeczyta coś mojego i powie: "Czegoś go jednak nauczyłam". Od jego matury minęło już 12 lat, a w nim jak cierń tkwi pewna tajemnica. - Tuż przed maturą wraz z dwoma kolegami (jeden jest dziś nauczycielem, drugi - dyrektorem w wielkim banku) przyszliśmy do szkoły nieprzygotowani. Nie przeczytaliśmy lektury. Chyba chodziło o "Małą Apokalipsę" Tadeusza Konwickiego. Wiedzieliśmy, że pani profesor nam nie podaruje i na pewno padniemy przy odpowiedzi. Aby jakoś się z tej sytuacji wywinąć, wpadliśmy na szatański pomysł. Pojechaliśmy do Warszawy oddać krew. Wróciliśmy do szkoły i wręczając zaświadczenia pani profesor, wytłumaczyliśmy nieobecność tym, że odpowiedzieliśmy na apel społeczny. Bo dziecięcy szpital przy ul. Litewskiej (podkreśliliśmy, że chodziło o dziecięcy) potrzebował krwi. Wzruszyliśmy panią profesor. W jej oczach wyrośliśmy na bohaterów przez taki szwindel.

1 3 4 »
 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się