Damian Pietrasik, mistrz olimpijski w pływaniu (© Wojciech Gadomski)
Iza Michalewicz
2008-10-11 18:17:55, aktualizacja: 2008-10-11 18:19:10
Ludzie często pytają mnie czy mam noktowizor. A ja im na to, że nie. Po prostu jestem niewidoma - mówi Magda, kelnerka. O tym, jak niewidomi radzą sobie w warszawskiej metropolii, pisze Iza Michalewicz
Magda jest maleńka i drobna. Rudowłosa. Ma ręce jak dziecko. I głos jak dziecko. Kładzie moją dłoń na swoim lewym ramieniu. - Proszę państwa, niech każdy z was zrobi to, co ja. Czyli ciuchcię. Tam, gdzie wejdziecie, będzie bardzo ciemno. Ciuchcia jest po to, żebyście się nie pogubili.
Drobnymi kroczkami wchodzimy do restauracji Dans le Noir warszawskiego hotelu Novotel. W Europie są takie trzy: w Paryżu, Londynie i od niedawna w stolicy.
- To unijny program pilotażowy, który ma na celu edukację społeczeństwa - wyjaśnia obecność tego typu miejsca na mapie Warszawy Anna Woźniak-Szymańska, prezes Polskiego Związku Niewidomych. - Polega na zamianie ról: widzący może wcielić się w rolę człowieka niewidomego. Jak się nie spróbuje, to trudno to sobie wyobrazić.
Menu w Dans le Noir to kuchnia polska i francuska. Ale nie wiemy, co będziemy konkretnie jedli. Niespodzianka. Wiemy natomiast, że obsłuży nas Magda. Niewidoma kelnerka poda przystawkę, obiad i deser. A jak będzie trzeba - naleje coś do picia. Na koniec po nas posprząta. Na razie jest zabawnie.
Bo przecież to frajda jeść w kompletnych ciemnościach. Ktoś przeżywa: - Ojej, nawet lodówka świeci w nocy. Po omacku szukamy krzeseł. Tymczasem ciemność wchodzi do oczu jak wata. Wpycha gałki oczne w głąb czaszki. Zaczyna być nieprzyjemna. Jakby chciała wyjąć mi oczy i powiedzieć: tutaj są ci niepotrzebne. Zacznij widzieć inaczej.
Po pierwsze: nie litować się
W samym województwie mazowieckim mieszka 66 tys. osób niewidomych i słabowidzących. Są najmniej aktywni społecznie i zawodowo. I należą do najuboższych mieszkańców województwa. - Jest w nich tyle lęku, że wolą dostawać co miesiąc marne grosze renty, niż podjąć wyzwanie i pracować - mówi Anna Woźniak-Szymańska. - Dotyka ich tzw. syndrom świadczeniobiorcy - jak im się proponuje dobrą pracę, to reakcja jest taka: "No, ale przecież zabiorą mi rentę!". Wegetują więc na poziomie biologicznym, najczęściej przy rodzinach.
Statystyki te zastygają w stereotyp. Niewidomy musi być biedny, bezradny i nieszczęśliwy. Dlatego zwykliśmy traktować go przedmiotowo. Onieśmiela nas i blokuje zwyczajna biała laska. Nie wiadomo, jak pomóc jej właścicielowi. Wiadomo tylko, że wypada. - Ludzie biorą nas pod ręce i na siłę wsadzają do autobusu. Albo szarpią za rękaw, żebyśmy usiedli. Bez słowa. Tylko szarpią.
Przecież ja nie widzę, że ktoś zrobił mi miejsce. Nikt nie pyta też, czy chciałbym usiąść. A ja mam słuch, węch i rozum. Nie jestem niedołężny. I nie lubię, kiedy starsze panie ustępują mi miejsca - uśmiecha się Damian. Nie znosi litości. Litość go upokarza. Robi mi kawę szybko i sprawnie. Na obrzeżach kubka umieszcza niewielki przedmiot. Kiedy wrzątek podchodzi do góry, przedmiot zaczyna wibrować. Niezły gadżet. - Sprytne, prawda? Można też lać na wyczucie.
Ale czasem zdarzy się przelać, co nie jest przyjemne. Niektórzy też wkładają palce do kubka. A to już mało estetyczne - krzywi się. Ma 22 lata. Wysoki, szczupły. Palce pianisty. Ociemniały. Przestał widzieć, gdy miał 9 lat. Niewidomi to ci, którzy widzieli tylko we wczesnym dzieciństwie albo wcale. Ociemniali tracą wzrok po piątym roku życia. - To, że zapamiętałem świat, jego kolory i kształty, zawdzięczam rodzicom. Bo gdy miałem dwa lata, pozwolili lekarzom usunąć mi tylko jedno oko. Kiedy choroba posunęła się już zbyt daleko, skapitulowali.
Retinoblastoma - złośliwy siatkówczak. To ten rak zabrał Damianowi drugie oko. Jest uwarunkowany genetycznie i występuje u dzieci najczęściej do trzeciego roku życia. Źrenica dziecka wygląda wtedy tak, jakby świeciła. Wielu rodziców czeka zbyt długo z operacją obu oczu
i najczęściej kończy się to tragicznie. Rak przerzuca się do mózgu lub innych organów. I nie ma już czego ratować. Rodzice Damiana też czekali do ostatniej chwili. - I jestem im za to wdzięczny - mówi. - Więcej umiem sobie wyobrazić.
Na przykład to, że tor pływacki ma szerokość 2 metrów i 20 centymetrów. I można na nim zdobyć olimpijski medal. Damian mówi o sobie: sprinter. Mieszka w Warszawie od czasu ukończenia szkoły średniej w Laskach. Pływa wyczynowo na krótkich dystansach, od 50 do 100 metrów. Specjalizuje się w najtrudniejszym stylu - grzbietowym.
Trenuje na tutejszym AWF-ie. Dwa lata temu w Republice Południowej Afryki zdobył srebro na Mistrzostwach Świata Osób Niepełnosprawnych w pływaniu, potem złoto w Brazylii i srebro na tegorocznej olimpiadzie w Pekinie. Oczywiście stylem grzbietowym. Wszystko sobie precyzyjnie zaplanował. - Trenowałem do upadłego, bo moim marzeniem był medal. Poza tym, że zaspokoiłem swoje ambicje, zapewniłem sobie też dożywotnią emeryturę. A to dla mnie psychiczny komfort. Od nikogo nie będę zależny.
Niewidomy sportowiec ma w Polsce takie same prawa jak widzący. Po skończeniu 40. roku życia należy mu się emerytalna średnia krajowa. Ale mimo to są równi i równiejsi. - U nas za złoty medal paraolimpijski [czyli dla niepełnosprawnych - red.] płacą 15 tys. zł. To śmieszne, bo pełnosprawni dostają 250 tys. plus samochód - Damian jest rozczarowany.
Nie może też przeżyć, że we Francji dla niewidomych wyznaczono nagrodę 50 tys. euro, a na Ukrainie - 70 tys. dolarów! A przecież wszyscy trenują tak samo. - Czasem już miałem dość, chciałem rzucić pływanie, bo podczas wyczerpujących treningów doszedłem do granicy, której nie byłem w stanie przekroczyć. Żeby płynąć szybciej. Mocniej. Ale upór mi nie pozwolił.
Może ktoś z was zastanawia się, jak pływa niewidomy sportowiec? Jak delfin? Ma wykształconą echosondę? Przecież jak na kolekcjonerów stereotypów przystało - myślimy, że skoro nie ma się wzroku, to słuch na pewno jest absolutny. - A my słyszymy tak jak inni ludzie. Ci, dla których wzrok jest podstawowym zmysłem, nie rozwijają słuchu. Ja poruszam się po restauracji na zasadzie odbijania się dźwięku od wyższych obiektów. Taka echolokacja. Nie liczę kroków. Każdy z nas może bez trudu nauczyć się rozpoznawać bez wzroku, że niedaleko jest ściana i należy ją ominąć - wyjaśnia nam wszystkim, dopiero co ociemniałym, Magda podczas kolacji w Dans le Noir, kiedy rękoma szukamy na talerzach jedzenia.
Damian radzi sobie równie sprytnie. Bo żeby świetnie pływać, nie trzeba widzieć: - Jest lina, której się nie da przekroczyć, choćby się chciało. Najlepiej ją czuć. I płynąć przy niej, bo wtedy płynie się prosto. Przy dużych prędkościach to kilka dziesiątych sekundy w plecy. Na przykład strata medalu. No, ale trudno. Coś za coś.
Po drugie: nie łapać za laskę
Damian łamie stereotyp niewidomego. Jest samodzielny, ma na koncie wiele sukcesów. Takich ludzi jak on jest w Warszawie więcej. Wystarczy się dobrze przyjrzeć. Od połowy września w całym województwie mazowieckim pomaga w tym kampania wizerunkowa pt. "Otwórz oczy" (www.otworzoczy.pl).
- Nie chcieliśmy przedstawiać niewidomych jako osób wciąż potrzebujących pomocy - mówi Magda Moskal z Fundacji Rozwoju Regionalnego, pomysłodawcy kampanii. - Myśleliśmy raczej o tym, by zmienić ich wizerunek i poradzić, jak - narzucając się - możemy im pomóc.
- Przede wszystkim pamiętajmy, że osoba niewidoma widzi tylko na odległość laski. Moja ma 1 m 53 cm. Czasem są długości 160 cm, ale są i tacy, którzy widzą tylko na 1 m 30 cm - mówi Jacek Zadrożny, szef warszawskiego oddziału fundacji. Stracił wzrok w wieku 26 lat. - Ciężko było nauczyć się żyć na nowo. To jest bardzo trudny moment. Ale można i trzeba go przejść. Odkąd nie widzę, minęło 12 lat. Wielu czynności nauczyłem się wykonywać w zupełnie inny sposób. Nalewania herbaty, poruszania się. Nawet sika się inaczej. Na siedząco - żartuje. - Należy też nauczyć się ostrożności. Bo świat nie jest doskonały dla niewidomych.
Damian irytuje się: - Ludzie mają zwyczaj łapać mnie za laskę i dokądś prowadzić. Cholera! Laska jest moimi oczami. Nie wolno nikogo łapać za oczy! Wszyscy myślą, że laska jest tylko po to, żeby pokazać światu, że jestem niewidomy. A to jakaś bzdura! Przecież ja muszę nią zbadać sobie np. stopnie w autobusie. I naprawdę nie robię tego długo.
Niewidomi i niedowidzący wstydzą się swojego kalectwa, dlatego często starają się nie używać laski. Wielu z nich udaje, że są bardziej sprawni niż jest w rzeczywistości. W ten sposób poruszał się niedowidzący Filip, który kilka tygodni temu wpadł do metra. Wśród niewidomych, którzy go znają krąży opinia, że wina nie do końca leżała po stronie metra. Filip, jak mówią, uważał, że sobie bez laski poradzi.
Zazwyczaj był nieostrożny i chodził brawurowo. Wręcz biegał. Karolina, która podobnie jak Magda po kilka godzin tygodniowo pracuje w Dans le Noir, też wie, jak to jest wpaść pod pociąg. - Często wysiadam w śródmieściu i jak mam iść peronem jakiegokolwiek dworca, to jestem chora ze strachu - mówi. - Jeśli nawet narysowana jest jakakolwiek linia bezpieczeństwa, to ja jej nie widzę. Muszę podejść bliżej i sprawdzić laską krawędź peronu. Tak spadłam pod pociąg w Pruszkowie.
Stał na peronie, a Karolina sunęła laską po jego ścianie. Szukała otwartych drzwi. Nie wiedziała, że wszystkie są już zamknięte. W nowych pociągach, jak ktoś wsiada, to drzwi zamykają się automatycznie. - Pociąg miał dwa składy. Wpadłam między jeden a drugi. Tylko rozdarłam spodnie. Nie pamiętam, jak się wydostałam. Chyba ktoś mi pomógł - wspomina nerwowo. Ma 29 lat i dyplom z dyrygentury. Sprawia wrażenie kogoś, kto widzi. Jej oczy koloru piwnego poruszają się ciekawie, jakby lustrowały przestrzeń kawiarni na Nowym Świecie, gdzie poszłyśmy na kawę. Czekała na mnie pod empikiem. Z białą laską. - Co za dzień! - przywitała się. - Okropny! Na dzień dobry spadłam ze stopni w autobusie. Poza tym wszyscy chodzą tak, jakby mnie nie widzieli.
Wzięłam ją za rękę i włożyłam jej dłoń pod swoje ramię. Dawno nie była w kawiarni. Bo nie wszyscy mają czas z nią pójść, a samemu to głupio. - Ten, kto widzi, przeczyta sobie gazetę, a ja co? Karolina jest niewidoma od urodzenia. Jej gałki oczne zwyczajnie przestały rosnąć. To dziedziczne, ale rodzice nie zastanawiali się nad tym, czy córka będzie widziała. Jestem efektem wpadki, powie, wychowali mnie dziadkowie, kiedy rodzice się rozwiedli. Mam jeszcze brata. Widzi. Mama miała częściowo odebrane prawa rodzicielskie i nie mam z nią specjalnie kontaktu. Nie mam też żalu, że nie dała rady. Nie zdawała sobie sprawy, co to znaczy, być niewidomą, urodzić dwoje dzieci i je potem wychować. Nie uniosła tego. Gdyby nie dziadkowie, to pewnie wylądowalibyśmy w jakimś domu dziecka.
Obydwoje rodzice Karoliny są niewidomi. Ojciec mieszka w Warszawie, tu też Karolina skończyła dyrygenturę. Wynajmuje kawalerkę w Pruszkowie. Do niedawna uczyła muzyki w szkole integracyjnej. - Ale za mało zarabiałam - śmieje się. - I kolega namówił mnie, żebym w jego firmie kopiowała stare taśmy na nowe nośniki. Poza tym jestem kelnerką.
Nauczyła się, że talerz podaje się z prawej strony, a odbiera z lewej. Ludzie pytają ją, jak obsługuje komputer i czy coś jej się śni. I oczywiście, czy te sny są kolorowe.- Zawsze odpowiadam, że mam program w komputerze, który przekłada mi litery na dźwięk, dzięki temu serfuję po internecie. A kolory mi się śnią. Naukowcy nazywają to surogatami. Bo przecież nie wiem, jak kolor wygląda.
Nie wszyscy goście wytrzymują do kolacji. Czasem wychodzą, bo ciemność zbyt ich przytłacza. - Dla wielu osób to, że nie ma najmniejszego źródła światła, jest szokiem i nie mogą sobie
z tym poradzić - mówi Karolina. - Ci, co zostają, mają na ogół skrajne opinie. Jedni mówią, że jeszcze tu wrócą. Inni - że wcale. Ale na ogół dochodzą do wniosku, że jak zobaczą na ulicy niewidomego, to będę inaczej go traktowali. Przede wszystkim go zauważą. I o to właśnie w całym tym projekcie chodzi.
Po trzecie: gdyby autobusy umiały mówić
Sławek, 40-letni niewidomy masażysta, jeździ do pracy tramwajem. Masuje artystów w teatrze Roma. Lubię, mówi, pogadać z Robertem Rozmusem. Czasem wpadnie Łukasz Zagrobelny albo Damian Aleksander. Sławek pamięta, że kiedyś o wiele łatwiej było poruszać się po Warszawie. Mniej ludzi, mniej samochodów. I mniej hałasu. Hałas jest dla niewidomego jak dla nas zaparowane okulary: ogranicza widzenie. Karolina na przykład nie lubi parasola, nie zakłada rękawiczek ani kaptura. Odsłania zmysł dotyku, żeby więcej zobaczyć.
- Zawsze wejdę na drzewo, jeśli mam parasol. Chociaż wiem, że tam stoi - śmieje się. Dziś na chodnikach parkują samochody. Pojawiły się tam też nieszczęsne słupki, o które łatwo się przewrócić. - Jest też więcej autobusów i podjeżdżają na przystanek stadami - analizuje Sławek. - Jeśli mój ustawi się ostatni w kolejce, nim zdążę się dopytać, już dawno odjedzie. Ludzie mówią: o tak, przyjechał, ale już nie powiedzą, że stoi jako trzeci. W niektórych miastach przystanki mówią. Są elektroniczne. Nowoczesne. Podjeżdżając, autobus głosowo informuje o swoim numerze.
Na przejściach dla pieszych w Warszawie też dżungla. Niewidomy nie wie, czy światła się już zmieniły, czy jeszcze nie. W wielu miastach Polski (np. na niemal wszystkich przejściach we Wrocławiu) sygnalizacja wydaje dźwięk, jeśli robi się światło zielone. A w stolicy: kto pierwszy, ten lepszy. - Ja pracuję przy alei Jana Pawła II - mówi Jacek Zadrożny. - I przejście przez jezdnię wymaga niezłego startu na czas, żeby zdążyć jeszcze na zielonym. Takich miejsc jest więcej.
Pojęcia też nie mam, dlaczego nie wydają dźwięku. Wiem, że przy Świętokrzyskiej nie życzyli sobie tego mieszkańcy. Bo im światła w nocy piszczały. Tymczasem niewidomy to taki człowiek jak każdy inny. Chociaż przeszkadza mu wszystko, czego nie może sprawdzić swoimi oczami. Czyli laską. Reklamy wystające z kiosków (bo zahacza o nie głową), rozkłady jazdy na przystankach (z tego samego powodu). Chciałby też wybrać pieniądze z bankomatu, ale bankomat mówi tylko: "włóż kartę". I tyle. Niewidomy więc płaci w sklepie kartą albo nosi gotówkę.
Do supermarketu nie pójdzie, bo tu mamy Polskę, a nie USA. Tam w supermarketach niewidomymi zajmują się specjalnie do tego zatrudnieni studenci. Oprowadzą po sklepie, powiedzą, gdzie co jest, i pomogą zrobić zakupy. A w Polsce bywa, że niewidomi padają łupem złodziei. Sławek opowiada, że w Szczecinie niewidomemu ukradli laptopa, a w Krakowie obrabowali niewidomą dziewczynę. - Mówili jej jeszcze, że ma szczęście, bo nic jej więcej nie zrobią. Przecież i tak ich nie zidentyfikuje. W Warszawie takich przypadków nie znamy. Może złodzieje mają więcej empatii.
Ale na wszelki wypadek wieczorami Sławek komunikacją miejską nie wraca. Spod teatru po pracy zabiera go taksówka. Nie ryzykuje. Jest jedynym żywicielem rodziny. Wspólnie ze swoją widzącą żoną wychowują trzyletnią Joasię. Dziewczynka ma oczy jak chabry. Kiedy postanowili, że się urodzi, wiedzieli, jakie podejmują ryzyko. Że może odziedziczyć złośliwego siatkówczaka, który Sławkowi zjadł oczy, gdy ten miał dwa lata. Ale na razie - odpukać - jest zdrowa.
- Jak się urodziła i wywieźli ją owiniętą w szpitalne pieluszki, od razu zaczęła płakać - mówi Sławek, długo ważąc słowa. - Może się pan z nią przywitać - powiedziały mi pielęgniarki. Dotknąłem najpierw jej rączek. Potem główki. Od razu się uspokoiła. Wzruszyłem się. To był taki moment jak z filmu. Do dzisiaj lubi mój dotyk. - Tatusiu, pomasuj nóżkę! - woła.
Dziewczynka najpierw traktowała białą laskę ojca jak zabawkę. Przecież się składa i rozkłada. A teraz, jak razem wychodzą, biegnie po nią i przynosi, żeby nie zapomniał. - Już wie, że nie widzę. Jak chcesz mi coś pokazać, to podaj mi to do ręki - tłumaczę.
I biegnie do mnie z zabawką ze sklepu. Jak byliśmy nad morzem, to potrafiła wziąć ją z półki i wybiec na zewnątrz. Tatusiu! Zobacz, jaka ładna lalka! Wtedy brałem ją do ręki. - Rzeczywiście. Piękna. Cieszyła się.
I wreszcie: nie bójcie się mówić, że widzą
Z Damiana można by ulepić dwie różne osoby. Bo poza tym, że znakomicie pływa, jest też świetnym pianistą. W Centrum Olimpijskim grał na cztery ręce z Leszkiem Możdżerem. Podziwia tego artystę. Nagranie puszcza mi z komputera. Jest przejmujące.
- Chciałbym ze swoim zespołem nagrać płytę - mówi. - Nazywamy się Światła Miasta. Komponuję dla nich większość piosenek. Kiedy przestanę pływać, będę grał.
Marzy, żeby koleją transsyberyjską pojechać do Mongolii, a potem jeszcze raz do Pekinu. Widział tam dzieci, które załatwiają się na ulicach. Bieda Chin nim wstrząsnęła. Będzie chciał jej dotknąć jeszcze raz.
Karolina podkreśla, że idzie do kina zobaczyć film, a nie go posłuchać. I nie dotyka niczyjej twarzy, bo dla niej nie ma znaczenia, jaki kto ma kolor włosów. Kiedyś pojedzie na Ukrainę. Ma w sobie ducha nomadów. Będzie tam uczyła muzyki, a może robiła coś zupełnie innego. Ważne, żeby była z tym szczęśliwa.
Sławek na razie walczy z ZUS-em, który odebrał mu ren tę z tytułu niezdolności do pracy. Mówi, że to nagroda od ojczyzny, że mu się zachciało studiować. Skończył psychologię (było 13 kandydatów na jedno miejsce) i nie zdążył przepracować pięciu lat. Po tym czasie zmieniła się ustawa i stała renta też - na czasową. Ostatnio lekarz orzekł, że Sławek jej nie dostanie, bo jednocześnie pracuje. Miałby pewnie za dużo pieniędzy. Koniec kolacji. Robimy ciuchcię, a ja zaczynam liczyć. Pięćdziesiąt cztery kroki do wyjścia. I jasno.