Menu Region

Magdalena Kula: Siedmiolatkowi w szkole też jest źle

Magdalena Kula: Siedmiolatkowi w szkole też jest źle

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Dziennikarka działu kraj

2Komentarze Prześlij Drukuj
Rodzice pełni obaw wobec reformy odsyłającej sześciolatki do szkoły powtarzają jak mantrę: Nie wtłaczajmy maleńkich dzieci w zimną, nieprzyjazną szkolną rzeczywistość.
Zapominamy o tym, że już teraz małe - bo przecież ledwie siedmioletnie dzieci - w takiej rzeczywistości muszą się odnaleźć. Bo polska szkoła o małe dziecko nie dba wcale, a na pewno nie dość troskliwie.

Trafnie stwierdził to w trakcie debaty Michał Federowicz z Ministerstwa Edukacji: Reforma nie stwarza kryzysu w szkole, bo ten kryzys już jest.

Ja także tę kryzysową, szkolną rzeczywistość poczułam na własnej skórze. Do pierwszej klasy poszłam, mając siedem lat, właściwie prawie osiem, bo jestem z początku stycznia.

Dziewczynka, która siedziała obok mnie w ławce, dopiero w szkole uczyła się pierwszych liter. Ja już od dwóch lat sama czytałam książeczki na dobranoc. Pierwsze dwa lata w szkole zapamiętałam jako czas, gdy nuda mieszała się z dziecięcą irytacją i zniecierpliwieniem.

Denerwowałam się, gdy jakiś chłopiec dukał czytankę z polskiego, bo ja potrafiłam przeczytać ją płynnie. Niejedną lekcję przesiedziałam z palcem w górze, powtarzając: ja wiem, proszę pani, ja wiem. Założę się, że nauczyciele mieli mnie wtedy dość.

I zwolennicy, i przeciwnicy reformy minister Katarzyny Hall muszą pamiętać: nikt nie jest w stanie rozstrzygnąć, czy do szkoły mają chodzić sześcio- czy siedmiolatki. Posyłanie dziecka do szkoły zbyt późno może być tak samo nietrafione jak posyłanie go zbyt wcześnie.

Jeśli w szkole nie będzie oferty i czasu dla dzieci zdolnych i tych z problemami, obniżenie wieku szkolnego będzie tylko jeszcze jedną systemową reformą, która pochłonie gigantyczne pieniądze z publicznej kasy i sprawi, że niejeden, zwykle stateczny, rodzic, nauczyciel, dyrektor będzie rwał włosy z głowy i klął, na czym świat stoi.

Po dwugodzinnej debacie o sześciolatkach w szkole uwierzyłam, że dobre myślenie o edukacji małych dzieci przebija się do opinii publicznej i nawet zaczyna brać górę.
2

Komentarze

zwiń wszystkie wątki najnowsze najstarsze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się

Nie ma oferty dla zdolnych

+72 / -66

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

k. (gość)  •

Brawo za ten głos.
A nie ma takiej oferty - właściwie żadnej, poza przyspieszaniem dziecka (tj. podwójną promocją). Moja córka już jest "przyspieszona". Ma sześć lat, za sobą 4 grupy przedszkola, w tym przedszkolną zerówkę. Jest w pierwszej klasie z dziećmi starszymi o rok. I dalej nudi się na lekcjach. Czy jest geniuszem? Alez skąd! Ona po prostu umie płynnie czytać ze zrozumieniem, pisać zgodnie z zasadami kaligrafii i wykonywać proste operacje matematyczne. I nie ma co robić w I klasie, gdzie dzieci znów poznają literki i gdzie uczą się "dukać czytanki". Nauczyciel prosi, aby ona nie czytała z podrećznika, więc na lekcji siedzi i tylko słucha. Nie zaoferowano jej żadnego alternatywnego zadania, które - wiem, bo ją znam - wykonałaby z entuzjazmem. W podobnej sytuacji jest jeszcze dwoje w tej klasie. W domu czytają normalne książki, a w szkole nudzą się słuchając "To mama a tam tata". Ile takiej nudy potrzeba, aby przestali lubić szkołę? A oferta? Ponowne "przyspieszenie" - np do trzeciej klasy. Byłabym najgorszym rodzicem, starając się o to, by wsadzić dziecko między uczniów starszych o 3 lata. Co zatem? Prawdziwa nauka w domu, a w szkole - zdobywanie umiejętności społecznych... To właśnie polska oferta dla dzieci "zdolnych".

odpowiedzi (0)

skomentuj

I tym się trzeba zająć,a nie posylaniem 6-latkow do piekla!

+63 / -57

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

Sceptyk (gość)  •

j.w,

odpowiedzi (0)

skomentuj