Menu Region

Debata "Polski": Nie eksperymentujmy na dzieciach

Debata "Polski": Nie eksperymentujmy na dzieciach

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Warszawa, 8.10.2008

23Komentarze Prześlij Drukuj
Polskę rozgrzewa dyskusja o sześciolatkach w szkole. Wszyscy zadają sobie pytania: Czy szkoły zdążą przygotować infrastrukturę? Czy wystarczy pieniędzy? Czy będą dla małych dzieci ławeczki, łazienki, place zabaw?
Magdalena Kula: O sześciolatkach w szkole dyskutujemy od miesięcy: czy szkoły zdążą przygotować infrastrukturę, czy wystarczy pieniędzy, czy będą dla małych dzieci ławeczki, łazienki, place zabaw. Zbyt często umyka, że ta reforma nie uda się bez ludzi: bez zaufania rodziców do szkoły i szkoły do rodziców. Czy do zreformowanej szkoły wraz z sześciolatkami odważniej wkroczą rodzice?

Katarzyna Hall: To tak naprawdę początek, podwaliny tej reformy. Rodzic musi być bardzo ważnym partnerem szkoły, tak konstruowaliśmy reformę, by ten sposób myślenia wzmocnić. Zapraszamy rodziców do szkół, namawiamy, by od szkół więcej oczekiwali i wymagali, wierzymy, że to rodzice najlepiej szkoły skontrolują.

Andrzej Godlewski: Są z nami rodzice, dość sceptycznie się przyglądają.

Tomasz Elbanowski: Czytałem parę dni temu wypowiedzi władz z Poznania, o tym, że wszystkie szkoły tam są już przygotowane do reformy. Wczoraj dostałem zdjęcie ze szkoły właśnie z Poznania: szatnia, czarna krata, przy wejściu napis: "Prosimy rodziców o nie wchodzenie". Myślę, ze to jest symboliczne, jeśli chodzi o kontakt szkoły z rodzicami.

Monika Rościszewska-Woźniak: Ja pamiętam taki napis z przedszkola, do którego chodziło moje dziecko. Była taka umowna linia, za którą nie wchodził rodzic, tłumaczono, że chodzi o uczenie przedszkolaków samodzielności.

MK: Chodzi o to, żeby tę symboliczną linię zatrzeć. Tego nie załatwi się rozporządzeniami.

Małgorzata Pietrak: W szkole, do której chodzą moje dzieci, rodzice też mają taką nieprzekraczalną linię. Nawet do szatni rodzic nie ma prawa wejść, ponieważ raz zdarzyło się ponoć, nie zostało to potwierdzone, że któryś z rodziców ukradł ubranie jednemu z dzieci. Szkoła dla mnie jest więc taką twierdzą nie do zdobycia, wszędzie się trzeba wpisać, wszędzie trzeba zgłosić kim się jest, w jakiej sprawie się przychodzi. Rodzice się przeciw temu buntują, choć zdajemy sobie sprawę, że bezpieczeństwo jest ważne. Od ośmiu lat przechodzę przez szkołę podstawową z kolejnymi dziećmi, mam ich sześcioro. Chodzą do szkół rejonowych, są bardzo dobrymi uczniami, ale szkoły nie lubią. Czują się w niej zestresowane, nadmiernie obciążone nauką. Od mojego syna Mateusza, przez pierwsze trzy lata nauki codziennie słyszałam, że boli go brzuch i czy może nie iść do szkoły.

M R-W: Jeżeli nie powstanie trójkąt: przedszkole, szkoła i rodzic, który będzie wspólnie pracował nad przygotowaniem edukacji małych dzieci, nic się nie uda. To, co jest najtrudniejsze, to stworzenie postawy otwartości wobec rodziców, wobec indywidualnych potrzeb dzieci. To można zrobić za małe pieniądze, ale ogromną pracą. Trzeba dać impuls samorządom, wyławiać i nagradzać najlepsze praktyki, najlepszych nauczycieli, najlepsze gminy.

Irena Dzierzgowska: Rzeczywiście, z rodzicami nie współpracuje ani szkoła, ani przedszkole. Dyrektorzy szkół wcale nie lubią rodziców, którzy się im wtrącają w sprawy szkoły. Żaden dekret, żadne rozporządzenie o radach rodziców tego nie zmieniły. Ta rada, która jest zapisana w ustawie, jeszcze jakoś działa, gdy rodzice są aktywni, a dyrektor w miarę otwarty. Jeśli nie - staje się po prostu kolejnym miejscem konfliktu. I to można rzeczywiście zmienić tylko poprzez pokazywanie przykładów dobrej praktyki, szkolenie dyrektorów i nauczycieli, ale także przez ruchy rodzicielskie. Przy przygotowaniach do tej reformy pojawiły się oddolne inicjatywy rodziców, to niesłychanie ciekawy sygnał. Dla mnie to zainteresowanie rodziców jest szansą na zmianę szkoły. Jeżeli rzeczywiście jako rodzice będziecie wiedzieli czego oczekiwać - że szkoła dla dziecka nie może być za trudna, nie może być nudna, nie może wyglądać jak cela więzienna -¬ wiele zmienicie. To w konkretnej szkole jest przecież dyrektor, który może zdemontować te symboliczne kraty w szatni.

M R-W: Największe napięcie wokół tej reformy w moim odczuciu o to, które sześciolatki pójdą w 2009 roku do szkoły. Powiedziano, ze jedna trzecia rocznika - ale która? Czy te dzieci, które chodzą do przedszkoli czy może te urodzone w pierwszych czterech miesiącach, a wśród nich wiejskie dzieci, które w przedszkolu nigdy wcześniej nie były. To mnie niepokoi.

Elżbieta Witek: Tych rodziców, którzy mają wątpliwości, obawy, trzeba przekonać ale argumentami, a nie deklaracjami. Mam wrażenie, ze ta reforma jest gotowa tylko w teorii.
Obserwuję niebezpieczną politykę, żeby jakoś tę edukacje zrzucić na barki samorządów i rodziców. Pani minister, wiele samorządów w ogóle nie prowadzi przedszkoli samorządowych. Są gminy, gdzie jest tylko jedno przedszkole, słyszę tam od rodziców: od trzech lat staram się zapisać dziecko i nic z tego. I jeszcze jeden problem, na tzw. ścianie wschodniej mamy prawie 30% szkół, gdzie działają klasy łączone: pierwszaki i drugoklasiści uczą się w jednej sali. Jeśli damy tam sześciolatków, będziemy mieć trzy grupy wiekowe w jednej klasie.

Andrzej Godlewski: Skoro jest tyle wątpliwości, czemu nie poczekać z tą reformą. Czemu to się musi stać teraz?

KH: Muszę zaznaczyć jedno: właśnie po wysłuchaniu tych różnych głosów i niepokojów rodziców, podzielonych opinii samorządowców, którzy przecież muszą stworzyć odpowiednie warunki w szkołach, uznaliśmy, że trzeba reformę rozłożyć na etapy. Powstał harmonogram mówiący, że przez pierwsze trzy lata reformy to rodzic zdecyduje, czy posłać sześciolatka do szkoły, czy też pozostawić go w przedszkolu. Rodzic - i nikt inny.

Ze startem reformy czekać jednak nie powinniśmy. Wszelkie dane demograficzne mówią, że lepszego roku na ten start w najbliższym czasie nie będzie, a musimy przecież patrzeć na reformę także jako na zadanie logistyczne. W 2009 roku będziemy mieli najmniej liczny rocznik sześciolatków, 350 tysięcy. Rozłożenie tego rocznika na trzy lata spowoduje, że liczba pierwszoklasistów wzrośnie najwyżej o jedną trzecią. Łącznie tych dzieci będzie mniej więcej tyle, ile liczy obecnie jeden rocznik licealistów. Nie przekroczymy więc możliwości szkół gimnazjalnych i licealnych na przyjęcie tych dzieci w przyszłości.

Tu w grę wchodzą także i finanse. Teraz musimy znaleźć środki na wprowadzenie do szkół 350 tysięcy dzieci, czekanie aż będzie tych dzieci więcej spowodowałoby, że ta operacja stanie się jeszcze bardziej kosztowna i skomplikowana.

Jednocześnie trzeba mieć świadomość, że czekają rodzice dzieci dwu i trzyletnich na to, żeby ich dzieci też miały dostęp do edukacji przedszkolnej. A miejsc dla nich, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, nie przybędzie. Jeśli przesuniemy sześciolatki do szkoły, przyspieszymy szansę rodzica na to, żeby te młodsze dzieci też poszły do przedszkoli.
Niż demograficzny ma też szerszy wymiar, społeczny: obawiają się go uczelnie, rynek pracy, już teraz w wielu regionach brakuje rąk do pracy. Reforma wychodzi temu naprzeciw, 19-latkowie zamiast siedzieć w ławkach szkolnych, pójdą na studia czy na rynek pracy, to dla społeczeństwa wymierna korzyść.

Andrzej Godlewski: To jest taki argument z rodzaju: matematyka wielkich liczb, uzasadnienie w skali makro. A rodziców nie obchodzą wszystkie dzieci, ale ich jedno.

KH: jako minister o tej skali makro nie mogę zapominać, ale zapewniam, że nie zagubimy w niej rodziców, dzieci. Ja postrzegam tę reformę, tu zgadzam się z minister Dzierzgowską, jako historyczną szansę lepszego zaangażowania rodziców w szkołę. Od lat mówimy, że rodzic powinien być ważnym partnerem w szkole, powinien mieć wpływ na to, jaka jest szkoła, powinniśmy się z nim liczyć, poważnie traktować. Ale wciąż w części szkół, na pewno nie we wszystkich, takiej przyjaznej atmosfery nie ma.

Nie można się skupiać na dyskusji akademickiej, czy polska szkołą w ogóle jest przygotowana do reformy, bo możemy pokazać jedną, drugą, piątą i dziesiątą, która jest świetna, super wyposażona, ale też jedną, drugą, piątą i dziesiątą, która ma fatalny klimat kontaktów z rodzicami, słabe wyposażenie. Chodzi o to, by konkretny rodzic poszedł do szkoły za rogiem, zobaczył ją i ocenił. By umiał wyartykułować, czego od niej konkretnie oczekuje. Bo on swojego dziecka nie wyśle do szkoły 50 km dalej, choćby była najwspanialsza, on potrzebuje tej szkoły blisko.

Chcemy pokazać w reformie, że rodzic ma prawo oczekiwać od swojego samorządu, od wójta, burmistrza, dyrektora szkoły, żeby tu na miejscu wyjść mu naprzeciw. Ten rodzic zawsze będzie ostatnią instancją kontrolującą szkołę. My możemy wysłać tysiące wizytatorów i to robimy. Ale choć byśmy statystycznie zmienili 95% szkół, zostanie te 5% słabszych i zawsze część rodziców będzie na nie skazana. To dlatego pracując nad reformą szukaliśmy mechanizmu, który da rodzicowi siłę, by wymagać tych zmian. Samorząd lokalny będzie dostawał środki na edukację sześciolatków, proporcjonalnie do liczby dzieci, których rodzice zdecydowali się zaufać szkole. Jeżeli rodzice powiedzą "nie, tu nie ma tych dobrych warunków, dziecko nie może się tu uczyć", pieniędzy dla samorządu będzie mniej. Już obserwujemy, że samorządy bardzo się starają, żeby tych rodziców przekonać, zapraszają do odwiedzenia szkoły, modernizują je.

EW: czy nie można poczekać z reformą trzy lata? Byłoby dobrze, gdyby rodzic trzylatka mógł bez trudności posłać go do przedszkola i po tych trzech latach mieć pewność, że dziecko jest gotowe do nauki w szkole. Gdybyśmy poszli w tym kierunku, miałaby pani pełen wsparcie opozycji. Ale mamy sytuację, gdy samorządy likwidowały w ubiegłych latach wiele przedszkoli i dzisiaj ich nie ma.

KH: Taka była demografia. teraz jest inna - dlatego rozbudowujemy sieć przedszkoli, ministerstwo stworzyło przepisy ułatwiające tworzenie nowych form przedszkolnych, nawet w domach mieszkalnych. Gminy mają szerokie możliwości.

BW: A na co starczy te 347 milionów rocznie, które zapisaliście w budżecie na reformę? Co można za te pieniądze zrobić? No nic. Państwo będzie miało z głowy obowiązek wobec społeczeństwa: dało pieniądze. Ale one naprawdę nie wystarczą na przygotowanie dobrej infrastruktury.

Michał Federowicz: Padło jedno ważne pytanie: czy nie odroczyć tych zmian. Myślę, że można sobie wyobrazić pytanie odwrotne. Co by dało odraczanie zmian? I przepraszam za króciutką dygresję, przypomina mi się rok 89/90, była strasznie burzliwa dyskusja, czy robić szybkie reformy, czy bardzo powolne. Po piętnastu latach nie ma żadnych wątpliwości, reformy szybkie prowokowały mniejszy koszt społeczny.

AG: Plan Balcerowicza dla sześciolatków?

MF: To luźna analogia. Ale wniosek jest jeden: jesteśmy społeczeństwem, które potrafi mobilizować się w sytuacjach kryzysowych. I trzeba wyzwolić tę mobilizację, to jest najważniejsze. My od piętnastu lat wiemy, że szkoła jest nieprzystosowana do potrzeb małych dzieci. I co z tym zrobiliśmy? Chcę to powiedzieć bardzo konkretnie: nasz wspólny cel, jak tu siedzimy przy tym stole, to zmienić szkołę, dostosować ją do potrzeb małych dzieci. Martwimy się o sześciolatki i umyka nam, że w gruncie rzeczy, dzieci które idą do szkoły już teraz są rozwojowo ogromnie zróżnicowane. My chcemy stworzyć program, który wreszcie to uwzględni. Do tego pozostawiamy przez pierwsze trzy lata reformy absolutnie niepodważalne prawo rodzica, czy pośle dziecko do szkoły, czy nie. Czy to nie są miękkie warunki wprowadzania reformy, która ma szansę zmobilizować naród, żeby zmienić szkołę?

TE: Mówił pan, że potrzebne nam jest stworzenie kryzysu, żeby wyzwolić zmiany. No my nie zgadzamy się na coś takiego kosztem naszych dzieci.

MF: Kryzysu nikt nie tworzy, on już jest. Jak inaczej nazwać posyłanie siedmiolatków, małych dzieci, do nieprzygotowanej szkoły? Warto to zmienić.

MP Czy żeby zmienić szkołę, musimy wpuszczać maleńkie dzieci w taką rzeczywistość, jaka jest w szkole? .

KH: Opowiadała pani, że pani dziecko bolał brzuch przez trzy lata, gdy tylko trzeba było iść do szkoły. To dlaczego przez te trzy lata nic się w tej szkole nie zmieniło? Nam zależy, by rodzic wreszcie miał wpływ na szkołę.

MP: Rodzice nie mają wpływu na programy, na zmianę kadry nauczycielskiej. Ja nie mogę chodzić i wyjaśniać nauczycielom, że dzieci do 9 roku życia powinny się uczyć przez zabawę. Ja nie mogę chodzić na każde zebranie i walczyć, żeby mój sześciolatek, który dopiero poznaje pierwsze litery, nie musiał się uczyć angielskiego z podręcznika. Rodzice w naszej szkole zbuntowali się, żądali lepszych warunków, no i jest remont - tylko że w czasie nauki, dzieci siedzą w tym hałasie, pyle. I nie zgadzam się, żeby jeszcze młodsze dzieci, wkraczały w taką rzeczywistość.

KH: To nie jest tak, że wszystkie problemy, każdą ścianę i każdą szafę w szkole przesunie ministerstwo. To, co pani powiedziała, dla mnie jest żywym argumentem, ze mamy rację w naszym rozumowaniu: rodzice zaczynają się domagać, protestować i miasto się mobilizuje, inwestuje. Bo widzi taką potrzebę. Bo chce, żeby mieszkaniec był zadowolony.

M R-W: Zanim sześciolatki pójdą do szkoły, powinien być obowiązek porozumienia między wszystkimi rodzicami i samorządem. Nie wolny wybór rodzica, bo rodziców ze wsi - ale z miasta również - wyedukować co to znaczy wysoki standard, jest czasem naprawdę trudno. Gdzie są te standardy?

En masse tej reformy nie zrobimy. Niech te samorządy i ci nauczyciele, którzy na przyjęcie sześciolatków czują się dobrze przygotowani, aplikują o jakiś supergrant, niech pokażą innym, jak tę reformę wprowadzić najlepiej. Uczmy poprzez dobre praktykisię najbardziej boję, ze każda gmina będzie przygotowana do reformy, ale tylko trochę. każda zrobi coś, ale to "coś będzie beznadziejne. A są takie regiony, gdzie między przedszkolem a szkołą jest świetna relacja, gdzie nauczyciele są otwarci na rodziców - ich pokażmy, im pozwólmy wprowadzać reformę w pierwszej kolejności, skoro już ma ona ruszyć za rok.

KH: Pracujemy w tej chwili nad tym, żeby w początkowych miesiącach przyszłego roku, kiedy już ustawa zostanie uchwalona, rozpocząć akcję informacyjną adresowaną właśnie do rodziców. Będziemy zachęcać, by nawiązali dialog z dyrektorem szkoły rejonowej, aby zorientowali się, jakie są warunki i możliwości. Żeby rzeczywiście w sposób świadomy podejmowali decyzję, żeby samorząd wręcz skontaktował się z każdym rodzicem w ciągu tych pierwszych miesięcy i wyjaśnił wszelkie wątpliwości.

ID: Moim zdaniem najgorszą rzeczą byłoby odłożenie startu tej reformy, bo ona by się już nigdy nie odbyła. Proszę mi wierzyć, za trzy lata będzie po następnych wyborach. Kto zagwarantuje, ze wygrana opcja w ogóle by się tej reformy podjęła?
Po pierwsze mnie uspokaja jednak miękkość zapowiedzi - nikt nie będzie zmuszony, rodzic będzie stanowił o edukacji dziecka. Czyli mamy gwarancję, że tam gdzie nie ma warunków, dzieci 6-letnie nie rozpoczynają nauki.

Powinniśmy się zastanawiać, jak najlepiej wykorzystać te dziesięć miesięcy, które zostały.
W tej chwili wszystkie środki unijne, jakie są możliwe do wykorzystania, powinny być przerzucone natychmiast na zmiany związane z sześciolatkami: te z puli też z FRSE (Fundacja Rozwoju Systemów Edukacji) i CKE (Centralna Komisja Egzaminacyjna). Badania mogą poczekać, przydadzą się jak ruszy reforma. To wymaga negocjacji z Komisją Europejską i szybkiego ich przerzucenia. Nawet jeśli one nie trafią od razu, to samorządy które wiedzą, że dostaną pieniądze unijne będą miały zupełnie inne podejście do reformy.

KH: Rozmawiałam już panią minister rozwoju regionalnego o tym, żeby na potrzeby najmłodszych przeznaczyć więcej środków. Obiecała podjąć w tym celu odpowiednie kroki. Jestem przekonana, ze te pieniądze udałoby się szybko i dobrze wykorzystać.

IH: Dwa postulaty, które są realne, chociaż wymagają bardzo dużego tempa. Pierwszy to szkolenie nauczycieli i dyrektorów. To trzeba zrobić od razu. I w zasadzie się zgadzam - nieważny jest zapis podstawy programowej, ważne są metody i stosunek nauczycieli do dzieci. I to trzeba zacząć wbijać do głowy nauczycielkom od teraz
Druga rzecz to kampania informacyjna do rodziców, do społeczeństwa. Ona musi ruszyć już teraz, a najpóźniej wczesną wiosną. Trzeba pokazać, do czego ma prawo rodzic, w kampanię koniecznie włączyć gminy, bo one mają dane demograficzne i mogą rodziców zapraszać, trzeba włączyć dyrektorów szkół i przedszkoli.

TE: Pani minister mówiła o wolnym wyborze rodzica - ale przecież tego wyboru za chwilę nie będzie, mówimy o przejściowym trzyletnim okresie. Ja mam dzieci w różnych rocznikach, najmłodszych ten okres przejściowy nie obejmie. Słyszę w tej debacie wypowiedzi urzędników, którzy mówią, że moje dziecko ma iść do szkoły, bo jest jakiś problem z niżem demograficznym, z płatnikami ZUSu itd. Ja na to się nie mogę zgodzić i inni rodzice również. Państwo mówili o 340mln na reformę - tylko 150mln ma pójść na modernizację szkół, a reszta na utrzymanie tych dzieci. Nie czujemy się traktowani poważnie, podawanie pełnej sumy odbieramy jako manipulację. My uważamy, że zmiany są koniecznością, ale ten projekt nie jest koniecznością.

ID: Chciałam powiedzieć króciutko do rodziców: macie państwo prawo mówić głównie w imieniu własnego dziecka. Minister musi jednak mówić w imieniu całego społeczeństwa, zarządza oświatą na poziomie całościowym. I te dwa punkty widzenia nie są sprzeczne. One muszą się pogodzić w pewnym momencie. Państwo musicie w tej społecznie ważnej reformie znaleźć miejsce dla swoich praw i praw mówienia o swoim dziecku. I to jest też oczywiste. Dlatego myślę, że nie możecie, czy też nie powinniście państwo - bo nie mogę ani nie chcę państwu niczego zakazywać - ustawiać się tylko i wyłącznie w opozycji. Miejcie argumenty, czy żądania pozytywne. Tzn. mówcie: jeżeli to będzie zrobione w konkretnym terminie, będzie w porządku.

EW: Z tą reformą jest trochę jak z remontem mieszkania. Mogę oczywiście dzisiaj podjąć decyzję, ze remontuję mieszkanie nie mając pieniędzy, nie wiedząc czy znajdę ekipę i ile ten remont będzie trwał. I mogę go przygotować i przeprowadzić jakoś sensownie - bo remont jest potrzebny. Jako nauczyciel bardzo mi zależy na tym, żeby ta szkoła polska się zmieniała, bo ona od lat funkcjonuje bardzo różnie. Ale szkoła to żywy organizm, nie można na nim tak bardzo eksperymentować.

TE: Ta reforma w zasadzie jest już w toku. I chciałbym wrócić do tego co mówiłem: państwo nie dają na razie żadnych sygnałów, że państwo poważnie to traktują. Szkolenia dla nauczycieli nie są przewidziane, pieniędzy też jest mało. Może inaczej by ta dyskusja wyglądała, gdybyśmy usiedli w szatni tej szkoły poznańskiej, o której wspominałem - tam mielibyśmy taką żarówkę jak w więzieniu nad sobą, czarne kraty za sobą i pod ścianą pułapkę na szczury z trutką. Przepraszam, to jest brutalne, ale tak wygląda szkoła po prostu. Tak wygląda szkoła w bogatej gminie w Poznaniu.

MP: Być może nawet pokolenie jest potrzebne, żeby zmieniło się coś w mentalności ludzi, żeby ta szkoła wyglądała inaczej. Szkolenie na kilka miesięcy przed wprowadzeniem reformy nie zmieni stosunku nauczycieli do dziecka. W polskiej szkole nie ma nauczania przez zabawę - w polskiej szkole jest egzekwowanie, w polskiej szkole jest stres, w polskiej szkole nie podkreśla się indywidualnych predyspozycji dziecka. To nie jest przytyk pod adresem nauczycieli - oni są po prostu bezradni. Oni nie są szkoleni, nie są kształceni i nie wierzę, że nagle w ciągu kilku miesięcy, zmienią się ich umiejętności, ich nawyki i przyzwyczajenia. Ofiarami tak wprowadzanej reformy będą maleńkie dzieci.

KH: Dotychczas rodzice posyłali siedmioletnie dzieci do szkoły często z lękiem. Mówili "trudno, dziecko, musisz iść - jakoś to trzeba przetrwać". Takie bywało nastawienie, przynajmniej w niektórych środowiskach. Ci rodzice nie boją szkoły w ogóle, oni się boją szkoły konkretnej - tej za rogiem. I kiedy ich spotykam, to mnie naprawdę umacnia w przekonaniu, że trzeba zrobić wszystko, żeby tę sytuację zmienić. Zmienić sytuację tej konkretnej szkoły: żeby inaczej podchodziła do swoich zadań, by była lepiej wyposażona, żeby szybciej dyrektorzy szkół i nauczyciele zrozumieli, że mają być - przepraszam za kolokwializm - frontem do klienta. Ich klientem jest ten uczeń i rodzic. Powinni pokazać swoją szkołę z jak najlepszej strony, opowiedzieć o swoich planach. I tu już nie chodzi o to, czy krata jest czarna, czy biała i czy ona w ogóle jest. Chodzi o to, jakie jest nastawienie tego nauczyciela i tego dyrektora szkoły do tego, aby dostosować swoje myślenie o organizacji pracy do potrzeb ucznia i rodzica.

Bo my w ministerstwie nie rozwiążemy każdego problemu, nie wiemy co tym ludziom przeszkadza w konkretnej szkole. Stworzymy jednak jak najlepsze warunki, by to myślenie dyrektorów i samorządów się zmieniało.

Do 15 kwietnia w szkołach pojawią się rodzice, by dokładnie się im przyjrzeć. Być może powiedzą:"mnie ta szkoła się nie podoba - przepraszam bardzo, mój samorząd nie stanął na wysokości zadania". I to lokalnym władzom musi dać do myślenia.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

18

Komentarze

zwiń wszystkie wątki najnowsze najstarsze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się

re: Przeczytaj także

+18 / -19

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

grażka (gość)  •

Dziękuję :)

odpowiedzi (0)

skomentuj

UWAGA RODZICE!

+17 / -20

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

nikifor (gość)  •

Uwaga Mamo!
Uwaga Tato!


Twoje dziecko dobrze czuje się w przedszkolu?
Niestety już niedługo to się zmieni!

Ministerstwo edukacji planuje rewolucyjna reformę. Już
za rok 1 września 2009r. ma się zacząć całkowita
likwidacja przedszkolnych zerówek. Sześciolatki będą
trafiać do szkoły, która zupełnie nie jest przystosowana do
potrzeb maluchów. A za dwa lata obowiązkiem szkolnym
mają zostać objęte pięciolatki!

Pani minister przekonuje, że w tak krótkim czasie
przygotuje szkoły w całej Polsce na przyjęcie malutkich
dzieci. Nie wierzysz w takie obietnice? Podobnie jak my
boisz się, że Twoje dziecko ucierpi na pospiesznie
wprowadzanych zmianach?

Podpisz się pod ogólnopolskim protestem rodziców. Sejm
jeszcze nie uchwalił reformy. Jeszcze jest czas, żeby
powstrzymać szkodliwe pomysły urzędników.

Wejdź na www. ratujmaluchy.pl


Nie pozwólmy eksperymentować na naszych dzieciach!

odpowiedzi (0)

skomentuj

śmieszne

+20 / -16

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

funkia (gość)  •

czytać umiałam w wieku lat 3, 2 lata pozniej liczyłam w zakresie 120. Ale...bylam wyjatkiem. Do szkoly poszlam jak kazdy w wieku lat 7. Tyle, że torche madrzejsza niz rowiesnicy. I to jest OK. Rodzicu ucz swoje dziecko !
W Anglii dzieci ida do primary od 5 roku zycia, w Holandii od 4...
Nie sądzę, zeby to bylo dobre. Można dziecko uczyć od najmlodszych lat, ale przekazywanie 4 latka, 5 lata na 6 godizn obcy, ludziom ? To przesada....Gduze miejsca rodzicow ? Gdzie dziecinstwo, ktore ma byc beztroskie i bezpieczne....

odpowiedzi (0)

skomentuj

Przeczytaj także

+18 / -16

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

Jola (gość)  •

http://www.w***********.pl/artykul/czy_pierwszaki_maja_szanse_na_wyrownanie_szans_59790.html

Pozdrawiam grażkę. :-)

odpowiedzi (0)

skomentuj

ja poszlam rok wczesniej do szkoly

+22 / -13

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

pjer (gość)  •

poszlam rok wczesniej do szkoly, jestem z rocznika 92 i chodze z 91. moje dwie przyjaciolki tez sa z rocznika 92, ale jedna jest dosc slaba uczennica, druga jest przecietna. moim zdaniem posylanie szesciolatkow do szkoly to zly pomysl, bo nie sa do tego przygotowane ani dzieci, ani szkoly. tak jak jest teraz jest dobrze, a ze zmianami trzeba poczekac az panstwo dostosuje szkoly do mlodszych dzieci.
a argument "zabiora mojemu dziecku rok dziecinstwa" to kompletna bzdura! i tak chodzi do przedszkola/zerowki/meczy sie z niania wiec to jeden pies czy pojdzie teraz do szkoly czy za rok. poza tym, moja mama jest nauczycielka w klasach 1-3 i mowi ze ok 15% dzieci, ktore uczyla, jest nieprzygotowanych do obowiazku szkolnego i po prostu powinno poczekac z poslaniem ich do szkoly az troche podrosna. to co dopiero szesciolatki...

odpowiedzi (0)

skomentuj

Człowiek renesansu!!!

+21 / -14

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

AsterX (gość)  •

Ten redaktor Godlewski to istny geniusz!!! Zna się na oświacie, na gospodarce i finansach (mądrował się niedawno w komentarzu). Czy jest jakaś dziedzina, w której ten pan nie miałby nic do powiedzenia?

odpowiedzi (0)

skomentuj

Siedziec w domu i ogldac Big Brother'a

+20 / -17

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

wanna be (gość)  •

Wczesniejsza szkoła jest zagrozeniem dla katolickiego, przyciemniałego modelu wychowania.

Wyglada to mniej wiecej tak:
Pierwszy seks z mezem po ciemku, czesto pod pszymusem. Pierwsza czytanka - katechizm, pierwszy wyjazd zagrniaczny - za chlebem do obozów pracy we Włoszech. Krótko zwięźle, bez dylematów moralnych. JAsno zarysowane kto jest dobry, kto zły.

Model liberalny:
Pierwszy seks - szkolna impreza. Jak najabardziej z wyboru. Ona z pigułką, on z prezerwatywą.
W poniedziałek do szkoły. Szesc godzin lekcyjnych: informatyka, 2xangielski, matma, wf, filozofia Potem dodtakowy hiszpanski. Pierwsza czytanka Robert Stevenson. Pierwszy wyjazd zagraniczny: druga klasa liceum - wyjazd jezykowy na letnia szkołe do Cambridge za stypendium od Sorosa.

Przy modelu liberalnym i katolicka babcia ma szanse nauczyc sie czytac ksiazki.


Tak to wyglada Panowie i Panie.

odpowiedzi (0)

skomentuj

re: histeria

+17 / -17

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

grażka (gość)  •

aro - mylisz się. Do pierwszej klasy idą w przyszłym roku dwa roczniki - co przy klasach łączonych (co prawda w wyjątkowych przypadkach) - może dać nawet trzy roczniki w jednej klasie.
Dodakowo mogą to być 7 latki po obowiązkowej zerówce i 6 latki bez przygotowania przedszkolnego - i tak przez dwa lata.
Kto jest ciekawy upowszechniania edukacji przedszkolnej przez samorządy ze środków np. unijnych - polecam serwis samorządowy pap. Są województwa, gdzie w tym roku nie otworzono żadnej takiej placówki.
http://samorzad.pap.pl/palio/html.run?_Instance=cms_samorzad.pap.pl&_PageID=2&s=depesza&dz=szablon.depesza&dep=42364&data=&_CheckSum=-419573593
A sprawa złagodzonych przpisów - strażak, sprawdzający lokal ma w ręku prawo budowlane, a nie rozporządzenie Ministra Edukacji. Koszty adaptacji to tysiące złotych - bez żadnego wsparcia samorządu lub państwa.

odpowiedzi (0)

skomentuj

Hall-nic nie pokazuj,zrób(!) coś pożytecznego!

+20 / -18

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

Rodzic (gość)  •

"Chcemy pokazać w reformie, że rodzic ma prawo oczekiwać od swojego samorządu, od wójta, burmistrza, dyrektora szkoły, żeby tu na miejscu wyjść mu naprzeciw."
Czy to jest ministerstwo propagandy(od pokazywania, mobilizowania, piętnowania etc.) czy ministerstwo edukacji?;-)I jakie ma konkretne obowiązki poza propagandowymi???

odpowiedzi (0)

skomentuj

Bezczelne pouczanie Dzierzgowskiej

+11 / -7

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

Rodzic (gość)  •

>ID: Chciałam powiedzieć króciutko do rodziców: macie państwo prawo mówić głównie w imieniu własnego dziecka.Minister musi jednak mówić w imieniu całego społeczeństwa, zarządza oświatą na poziomie całościowym. <
Oto jak naprawdę widzi ta pani miejsce rodziców w szkole.Wystarczy ministra wymienić na dyrektora,spoleczeństwo na wszystkich rodziców,oświatą na szkolą.;-))))))))))

odpowiedzi (0)

skomentuj
1 »