Menu Region

Unia przegrała w Irlandii swoją najważniejszą bitwę

Unia przegrała w Irlandii swoją najważniejszą bitwę

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Jakub Mielnik

Prześlij Drukuj
Niespełna 100 tys. Irlandczyków pogrzebało ambitne plany wzmocnienia zjednoczonej Europy. Stosunkiem głosów 53,4 proc. przeciw do 46,6 proc. za mieszkańcy Zielonej Wyspy odrzucili traktat lizboński, który miał zreformować UE, czyniąc z Europy godnego rywala Chin, USA i Rosji.
Frekwencja była marna. Wahała się między 40 a 45 proc. obywateli uprawnionych do głosowania, co oznacza, że o losach 450 mln mieszkańców Unii zdecydowało nieco ponad 1,6 mln Irlandczyków. Przy tak małym zainteresowaniu głosowaniem przewagę w naturalny sposób zdobyli przeciwnicy traktatu. Stworzyli oni szeroki front niezadowolonych.

Radykalne ugrupowania lewicowe obawiały się ingerencji brukselskich biurokratów i utraty przez Irlandię tradycyjnej neutralności w dobie globalnych konfliktów wojennych. Głosująca przeciw traktatowi prawica broniła niskich podatków dla biznesu, które stały się podstawą sukcesu Irlandii w UE, a środowiska katolickie - gwarantowanego prawem zakazu aborcji.

Rząd całkowicie pokpił kampanię informacyjną w sprawie traktatu, wydając miliony euro na agitację, za którą nie szła żadna konkretna argumentacja. Efekt był taki, że w sondażu przeprowadzonym w przeddzień głosowania ponad 80 proc. Irlandczyków stwierdziło, że nie ma zielonego pojęcia, co zawiera traktat lizboński. Nawet sam premier Brian Cowen przyznał, że dokument przeczytał pobieżnie.

Traktat lizboński miał usprawnić pracę Unii, wzmacniając jej wspólną politykę zagraniczną i energetyczną (na czym szczególnie zależało Polsce). Ograniczał też prawo weta i wzmacniał rolę Parlamentu Europejskiego, tworząc podstawę do pełnej politycznej integracji kontynentu. W praktyce, co unijni przywódcy potwierdzali jeszcze podczas podpisywania dokumentu w Lizbonie, był on powtórzeniem niesławnej eurokonstytucji, odrzuconej w referendach przez Francuzów i Holendrów.

Tym razem, by uniknąć konfrontacji z opinią publiczną, przemianowaną na traktat reformujący eurokonstytucję próbowano wprowadzić w życie tylnymi drzwiami. O jej przyjęciu miały zadecydować parlamenty krajów członkowskich. Jedynie w Irlandii prawo nakazywało przeprowadzenie referendum. Trzecia po Francji i Holandii próba poddania konstytucji pod powszechne głosowanie pokazała, jak różnią się w ocenach tego dokumentu polityczne elity i zwykli obywatele.

Odrzucając traktat, Irlandczycy nie zważali na to, że mogą mieć opinię "hamulcowych Unii". Dali za to wyraz swojej niechęci do rozbudowanej brukselskiej biurokracji, gdzie decyzje ważne dla całego kontynentu podejmowane są przez urzędników niepodlegających weryfikacji w bezpośrednich wyborach.

- Wyniki referendum to bardzo wyraźny głos sprzeciwu obywateli Europy, którzy odrzucają antydemokratyczny sposób sprawowania rządów w Brukseli - grzmiał po ogłoszeniu wyników referendum Declan Ganley, jeden z liderów ruchu przeciwników traktatu w Irlandii.

Po laniu, jakie Unia dostała w Irlandii, Bruksela robi teraz dobrą minę do złej gry. Francja, która za dwa tygodnie przejmuje przewodnictwo w Unii, jeszcze przed referendum w Irlandii forsowała pomysł, by traktat ratyfikować do końca. Potwierdził to wczoraj przewodniczący Komisji Europejskiej José Manuel Barroso. Problem w tym, że przypadek Irlandii może podziałać mobilizująco na przeciwników traktatu, których przecież nie brakuje w Europie.

- Można spodziewać się reakcji łańcuchowej. W ślady Irlandii mogą pójść Brytyjczycy, Duńczycy i Czesi - mówi nam José Ignacio Torreblanca z madryckiego European Council of Foreign Relations.
Duńczycy już 16 lat temu odrzucili traktat z Maastricht. Czesi zamierzają skarżyć zapisy umowy z Lizbony przed Europejskim Trybunałem w Strasburgu. W Wielkiej Brytanii tracący w szybkim tempie poparcie premier Gordon Brown może ugiąć się pod presją konserwatywnej opozycji, która zgodnie z wolą większości Brytyjczyków domaga się rozpisania w sprawie traktatu referendum. Jego wynik może być identyczny jak w Irlandii.

Nawet w Polsce, której parlament ratyfikował już dokument, do finalizacji umowy brakuje jeszcze podpisu prezydenta. Lech Kaczyński może zwlekać z jego podpisaniem, czym na pewno zaskarbi sobie poparcie skrajnie antyunijnych środowisk. Nie straci przy tym wizerunku dzielnego proeuropejskiego negocjatora, który jak lew walczył dla Polski o możliwie jak najlepsze zapisy w traktacie.

Gdy sześć lat temu Irlandia w innym referendum odrzuciła traktat nicejski, udało się ją nakłonić do powtórzenia głosowania, które pod presją Europy wygrali zwolennicy dokumentu. Próby znalezienia jakiegoś rozwiązania obecnego pata zajmą Unii długie miesiące, a może nawet lata. Doświadczeni eurodeputowani przestrzegają jednak przed rozdzieraniem szat.

- Kilka lat pracy poszło na marne, ale Unia się od tego nie zawali. Tak duża organizacja będzie nadal funkcjonować, choć może trochę mniej skutecznie, niż planowano - mówi nam włoski europoseł Jas Gawronski. Z polskiej perspektywy największy problem polega jednak na tym, że Unia skupi się teraz na rozwiązywaniu kryzysu, w jakim pogrążyło ją irlandzkie "nie".

- W Brukseli wszyscy będą teraz dyskutować o tym, co stało się w Irlandii. Inne sprawy, takie jak polska inicjatywa tzw. Partnerstwa Wschodniego UE czy kwestia wspólnej polityki energetycznej, zostaną zepchnięte na dalszy plan - mówi nam Paweł Świeboda, dyrektor Centrum Strategii Europejskiej demosEUROPA.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się