"Video Games" tajemniczej Lany Del Rey ma 20 mln odsłon na YouTube i tytuł piosenki roku. Dlaczego zamiast zwyczajnie cenić jej muzykę, świat zastanawia się, kto za nią stoi? Małgorzata Gołota i Dan Cairn
O tym, że wśród współczesnych książąt od lat panuje moda na żony z ludu, wiadomo nie od dziś. Przykładów na to już w latach 50. dostarczył książę Monako Rainier, który ożenił się z aktorką Grace Kelly. Kilkadziesiąt lat później książę Norwegii Haakon poślubił pannę z dzieckiem Mette-Marit, a brytyjski książę William - koleżankę ze studiów Kate Middleton. Teraz jednak okazuje się, że podobny trend dosięgnął również branżę artystyczną. Lana Del Rey, której gwiazda rozbłysła zaledwie kilka miesięcy temu, to najlepszy dowód na to, że powoli nużą nas komercyjna, mało oryginalna muzyka, profesjonalne i absurdalnie drogie sesje zdjęciowe oraz kręcone na egzotycznych plażach teledyski.
Lana Del Rey jest dowodem na to, że do muzycznego sukcesu wystarczy kilka dobrych piosenek, amatorskie wideo i dostęp do YouTube O Lizzy Grant, bo tak naprawdę nazywa się 24-latka z Nowego Jorku, w Wielkiej Brytanii zrobiło się głośno wiosną. Zadebiutowała piosenką "Video Games", która zanim trafiła do sklepów jako singiel, tygodniami królowała w serwisie YouTube (do dziś została wyświetlona ponad 20 mln razy). Teledysk sprawiał wrażenie zupełnej amatorszczyzny, a sama Lana dość tajemniczej debiutantki wyróżniającej się nie tylko głosem, ale też pokaźnej wielkości ustami. W ciągu pięciu miesięcy pseudonim artystyczny Grant odmieniano przez wszystkie przypadki, a machina mitotwórcza pracowała na takich obrotach, że w końcu - jak można się było spodziewać - zaczęły się pojawiać też ostre, krytyczne reakcje.
Dziennikarze dotarli do prawdziwej tożsamości dziewczyny, która okazała się córką miliardera i filantropa Roba Granta. Stylizowano ją na amatorkę i debiutantkę, choć rok wcześniej wydała już - pod prawdziwym nazwiskiem - album "Kill Kill". Krążek stosunkowo szybko wycofano jednak ze sprzedaży. W dobie internetu to, że prędzej czy później ta mistyfikacja zostałaby ujawniona, jest całkowicie naturalne. Nowością - a może szaleństwem, zależnie od punktu widzenia - jest jednak to, że dziś sama krytyka wywołuje krytykę. Nie zapominajmy jednak, że mimo całej tej wrzawy "Video Games" została piosenką roku. Jest tak dobra.
Wróćmy jednak do szumu, bo ten już ogłusza. Zaangażowane strony nieustannie wzmacniają barykady. Fani twierdzą, że Grant jest jedną z najlepszych nowych wokalistek jej pokolenia. Krytycy wypominają jej bogatego tatusia, historię tajemniczego wycofania ze sprzedaży jej debiutanckiego albumu, jej podejrzanie duże usta, które - ich zdaniem - są dziełem chirurgów plastycznych. Za wszystkim stoją menedżerowie, wytwórnia i agenci zarządzający tajemnicami w taki sposób, że zamiast pewności siebie otacza ją aura nerwowości. Mieszanka wybuchowa, żeby nie powiedzieć: odstręczająca.
A jednak - i warto o tym pamiętać - cały ten plan marketingowy przynosi efekty, o jakich w najśmielszych snach nie marzą ekipy obarczone zadaniem wylansowania nowego artysty. Spora w tym zasługa radia, ale do akcji włączają się też inne instytucje odpowiedzialne za kształtowanie gustów. W tym idealnym scenariuszu, uwzględniającym także przeszkody, chodzi o coś więcej niż tylko "Video Games" czy Lizzy Grant. Dziewczyna po prostu jest kolejnym rzucającym się w oczy przykładem nowej kultury, czegoś, co może być określane jako "antykomercja". Przypadkiem tak się składa, że jest też piękna. Ale czy to czyni ją celem, który można atakować? Cóż, zapytajmy ją samą.
Gdy w palcach ozdobionych sztucznymi paznokciami ściska papierosa, od razu kojarzy się z ekspresyjną retro femme fatale z teledysku "Video Games". A jednak nią nie jest: w jednej chwili patrzy twardym wzrokiem i mówi pewnie, niczym robot, za chwilę jednak wydaje się onieśmielona, niewprawiona, jakby szukała odpowiedniego słowa. Od niektórych jej odpowiedzi włos jeży się na głowie, aż dziw, że pozwala jej się udzielać wywiadów. Weźmy chociażby jej wypowiedź na temat rzekomo powiększonych plastycznie ust: - Nie zrobiłam sobie operacji, wy poj..by - nie mam nawet własnego mieszkania, a co dopiero kasy na spiep…enie sobie twarzy.
I właśnie dlatego, choć nie wydarzyło się nic specjalnego, zniechęciłam się i przestało mi zależeć na tym, by zostać znaczącą artystką. Nie zniechęciłam się jednak na szczęście do tworzenia rzeczy, które - moim zdaniem - są piękne. Prawdę mówiąc, od 10 lat nie słyszałam niczego nowego, ale cóż, lubię to, co lubię, i kropka. Czasami natrafiam na coś, co mnie zaskoczy, ale generalnie mam kilka stałych, inspirujących nazwisk. Raczej związanych z latami 60., 70. i 80. Na przykład Jeff Buckley. Gdy oglądam zapisy jego koncertów, zawsze myślę, że jest niepokonany. Albo Kurt Cobain, wystarczy sama jego twarz. Nawet nie musiał śpiewać, jego obecność robiła wystarczające wrażenie, to było straszne, chore. I do tego oczywiście Elvis Presley, Frank Sinatra czy Bob Dylan.
Ale 24-letnia Lana Del Rey - która pseudonim zawdzięcza po połowie hollywoodzkiej aktorce i produkowanemu w latach 30. modelowi Forda - ma też przebłyski znacznie bardziej wyrazistej, mniej oszołomionej, nie tak wyniosłej osobowości.
Na przykład wtedy, gdy wraca do tematu wycofanej ze sprzedaży debiutanckiej płyty. Album - nad którym pieczę sprawowali tacy profesjonaliści jak Paul McCartney i producent m.in. Linkin Park czy Reginy Spektor - David Kahne - nosił tytuł lub może tylko był określany jako "Nevada", internet nie daje w tej sprawie jednoznacznej odpowiedzi - poprzedzała całkiem dobrze przyjęta epka wydana pod koniec 2008 r. Kilka kawałków z krążka, który do sklepów trafił dwa lata później, można jeszcze znaleźć w sieci.
Choć Lana piosenki takie jak "Kill Kill", "Kinda Outta Luck" czy leniwy, wzbogacony smyczkami "Yayo" śpiewała pod innym nazwiskiem, nawet mało spostrzegawczy słuchacz zauważy, że są to wyraźnie dzieła tej samej artystki, którą dziś słychać w "Video Games" i "Blue Jeans". Wszystko to utwory nostalgiczne, jakby zamroczone ody do splendoru, ale niepozbawione ponurych akcentów, równie sugestywne co historie opowiadane w wideoklipach złożonych z ziarnistych obrazów rejestrowanych kamerą Super 8, przeplatających się z urywkami newsów, z amerykańską flagą w tle i artystką ubraną w ciuchy vintage. Sądząc po tych kawałkach, płyta musiała być fantastyczna lub przynajmniej dobra. Wycofanie jej ze sklepowych półek (menedżerowie artystki do dziś z uporem bronią swojej decyzji, wolą promować nowy materiał) bez widocznego powodu musiało być dla niej ciosem. Czy to sprawiło, że stała się tak nieufna?
- Och, tak, jestem bardzo nieufna - potwierdza Lizzy Grant. - Ale nie jestem zblazowana. Jestem nerwowa, to na pewno, pewnie bardziej nerwowa niż większość ludzi. Chyba niczego nie ukryłam, moje nowe piosenki są nadal autobiograficzne i filmowe. Artyście ciężko pogodzić się z tym, że jego płyta na dwa lata znika ze sklepów, zwłaszcza gdy jest młody, a płytę nagrał ze znanym producentem, takim jak David.
- To było ekscytujące doświadczenie, podczas nagrywania myślałam, że… nie chodziło mi o to, by było to jakieś arcydzieło, po prostu myślałam: Oto jestem na dobrej drodze, by w przyszłości nie musieć już nic robić - dodaje. - Nagrywasz płytę, która wydaje ci się absolutnie perfekcyjna, a która wywołuje absolutnie zero reakcji, żadnej sławy, nic. Człowiek zaczyna wtedy myśleć: No, dobra, spróbowałam, zrobiłam, co mogłam, i najlepiej, jak potrafiłam, ale teraz muszę zacząć robić coś, co zadziała. Jeśli będziesz uganiać się za czymś, co nie przynosi efektu, to zwyczajnie oszalejesz.
Powód, dla którego producenci album ze sprzedaży wycofali, i ten, dla którego dziś tak niechętnie się do jego istnienia przyznają, jest równie tajemniczy jak to, dlaczego jej współpracownicy pozwalają Grant opowiadać w mediach historie o tym, że mieszkała w przyczepie kempingowej w New Jersey, choć jej ojciec jest multimilionerem i filantropem.
Zdaniem krytyków z Lany Del Rey próbuje się robić artystkę indie - nieśmiałą, zwykłą dziewczynę z sąsiedztwa, która z wielkim światem ma niewiele wspólnego (nawet jej single wydaje teraz mała wytwórnia Stranger Records) - choć nie trzeba wynajmować detektywa, by dojść do tego, że inwestują w nią wielkie wytwórnie, a na jej sukces pracuje cała armia doświadczonych autorów piosenek.
Jej nerwowość i sztuczki taktyczne zbijają nieco z tropu - kogo obchodzi, że nie jest autentyczna (cokolwiek to znaczy) i wydaje się produktem? Ani Grant, ani jej opiekunowie nie śpieszą się z wyjaśnianiem intrygujących kwestii, wydaje się wręcz, że energię kierują w przeciwną stronę. To wszystko skutkuje czymś, co łagodnie określić można jako efekt tajemniczego upiększenia kreowany zgodnie z zasadą, że to, co budzi wątpliwości, kontrowersje i na dodatek bywa tajemnicze, świetnie się sprzedaje.
To odwracanie uwagi - niepotrzebne, a czasami wręcz przynoszące odwrotne skutki - to nie jest wina wyłącznie pracującej z nią ekipy. Wszyscy ponosimy winę, bo prawdopodobnie powinniśmy skupiać się na tym, co naprawdę ważne, na muzyce, ignorując producenckie zagrywki mające poprawić jej wizerunek. Widać, że Grant zaczyna mieć świadomość niebezpieczeństwa jej obecnej sytuacji. O komentarzach pod jej wideoklipami mówi: - Oczywiście nikt nie lubi, gdy piszą "Przereklamowana" czy "Skończy się, zanim w ogóle się zacznie". Gdybym mogła zacząć od nowa - dodaje ze smutkiem - po prostu zamieściłabym w sieci piosenkę. Bez żadnego kamuflażu.
Być może w tym rzecz. Posłuchajcie tego niesamowitego przejścia w "Video Games", gdzie milkną harfa i fortepian, a ona śpiewa - niemal szeptem - "It's you, it's you, it's all for you", i powiedzcie, że nadal przeszkadzają wam jej usta czy pochodzenie. Jeśli tak, to mówi to więcej o was niż o Lizzy Grant.
Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie PolskaTimes.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.