Menu Region

Życiowa misja Ryszarda Bugajskiego

Życiowa misja Ryszarda Bugajskiego

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Magdalena Rigamonti

Prześlij Drukuj
Twórca słynnego "Przesłuchania" niedawno skończył zdjęcia do filmu "Generał Nil". O kinie historycznym, problemach polskiej kinematografii i niechęci do telenowel z Ryszardem Bugajskim rozmawia Magdalena Rigamonti
Twierdzi Pan, że jest specjalistą od ubeków. Czy ten bohater od czasów "Przesłuchania" (1982) w Pana twórczości ewoluował?
Nie. Przede wszystkim nie zmienił się mój stosunek do bohaterów. Nigdy nie lubiłem postaci jednowymiarowych. Nawet najwięksi dranie mają jasne cechy, przez co stają się bardziej ludzcy. Bandzior może być kochającym ojcem i mężem, a człowiek, który robi szlachetne rzeczy, może bić żonę i pastwić się nad zwierzętami.
Staram się, by postaci, które kreuję na ekranie, były pełnowymiarowe. Po "Przesłuchaniu" więźniarki zarzucały mi, że mój ubek, porucznik Morawski, ma ludzkie cechy, a według nich takich ubeków nie było. W "Misiu Kolabo", "Śmierci rotmistrza Pileckiego" i teraz w filmie "Generał Nil" wszyscy ubecy są, mam nadzieję, pełnokrwistymi postaciami.

A spotkał Pan wielowymiarowego ubeka?
Tak inteligentnych ubeków, jakich stworzyłem, chyba nie było lub było ich niewielu. Pułkownik Różański, oprawca rotmistrza Pileckiego, był bardzo inteligentnym typem. Przed wojną pracował jako adwokat, więc zaliczał się do towarzyskiej i intelektualnej śmietanki. Prywatnie był miły, błyskotliwy i czarujący. Ale w pracy nie miał żadnych skrupułów. Potrafił nowo narodzone dziecko więźniarki wystawić za okno na dwudziestostopniowy mróz. Dziecko umarło. Ta kobieta po wyjściu na wolność poszła do Państwowego Instytutu Wydawniczego odzyskać swoje stanowisko. Przyjął ją nowy dyrektor PIW-u - były pułkownik MBP Józef Różański. Z wrażenia zemdlała. Wykorzystałem tę historię w "Przesłuchaniu" (jest w książce, w filmie scena została wycięta). Różański miał świadomość swoich zbrodni, ale był psychopatą, więc nie dręczyło go poczucie winy.

Powiedział Pan, że mamy tak wielkie luki w wiedzy o naszej historii, że obowiązkiem reżysera jest je wypełniać.

Nasza historia była intensywnie fałszowana przez 200 lat. Sami historycy nie są w stanie odrobić strat, które są w społecznej świadomości. Jestem pewien, że filmowcy mogą szybciej dotrzeć do ludzi. Poza tym mnie po prostu interesuje historia. Uważam, że trudno by było wymyślić takie postaci jak rotmistrz Pilecki czy generał Fieldorf. A gdyby zostały wymyślone, nikt by w nie nie uwierzył. Pilecki to tak dziwna konstrukcja psychiczna, że aż fascynująca. On postanowił świadomie umrzeć za swój kraj. Uważał, że człowiek powinien naśladować Chrystusa. Kiedy pokazałem "Śmierć rotmistrza Pileckiego" na Festiwalu Polskich Filmów w Los Angeles, po projekcji pytano mnie, dlaczego taki człowiek jak Pilecki jest nieznany na świecie. Tłumaczyłem, że jest wymieniany przez zachodnich historyków jako jeden z głównych bohaterów II wojny światowej, tyle że nie spopularyzowany przez samych Polaków. Za komuny nie wolno było nawet wymieniać jego nazwiska. Jestem pierwszym filmowcem, który spróbował opowiedzieć w fabule o jego życiu.

Myśli Pan, że podobne zainteresowanie wywoła Pana film o generale Fieldorfie?
Na pewno Fieldorf to też postać godna uwagi. Jednak o ile Pilecki był romantykiem, o tyle Fieldorf to rzeczowy pragmatyk i realista. Fieldorf nie chciał walczyć zbrojnie z komunizmem. Po powrocie z Uralu wiedział, że walka jest skazana na porażkę. Uważał, że skoro nic nie jest wieczne, Związek Sowiecki też kiedyś upadnie. Należy na to poczekać, zachowując swe przekonania i wartości. Oczywiście się nie doczekał.

Długo Pan nosił w sobie tę historię Fieldorfa?

Jakieś 10 lat temu złożyłem w TVP projekt serii 35 filmów "Waga i miecz". To była historia PRL widziana poprzez procesy sądowe. Wśród nich były procesy Pileckiego i Fieldorfa. Chciałem opowiedzieć o tym, jak władza niszczyła społeczeństwo. Walczyłem o realizację tego cyklu latami. Wszyscy twierdzili, że to fantastyczny pomysł i na tym się kończyło. TVP była wtedy w rękach SLD z Robertem Kwiatkowskim na czele i odrzucała mój projekt ze wstrętem. Dopiero gdy prezesem został Jan Dworak, coś się zmieniło. Dworak wydał zgodę na zrobienie "Śmierci rotmistrza Pileckiego". Dostałem jednak jedną piątą budżetu, o jaki się starałem, i wystarczyło tylko na teatr telewizji. Na szczęście o Fieldorfie udało mi się zrobić pełnometrażową fabułę.

Mamy spodziewać się filmowego pomnika, lekcji historii czy dzieła sztuki?

To ocenią widzowie. Nie czytałem scenariusza "Tajemnicy Westerplatte", ale domyślam się, że pewna grupa ludzi chce filmów historycznych, które byłyby pomnikami. Nie obchodzi ich, jak było naprawdę. Wolą patriotyczne fałszywe laurki.

Podpisał się Pan pod protestem Stowarzyszenia Filmowców Polskich przeciw ingerowaniu polityków w scenariusze?
Nie, bo nikt się do mnie nie zwrócił. Ale gdyby tak się stało, to i tak bym nie podpisał, bo musiałbym najpierw przeczytać scenariusz.

A nie przypomniały się Panu czasy, w których "Przesłuchanie" powędrowało na półkę?

Wtedy jeden minister mógł zablokować film. Teraz nie ma cenzury wprost - powstaje szum prasowy, aktywizuje się wroga projektowi opinia publiczna, na artystę wywierana jest presja, tchórzliwi, niemający własnego zdania urzędnicy odbierają środki z kasy publicznej i projekt upada. Każda interwencja w sztukę jest naganna. Jestem przeciwnikiem ograniczania swobód twórczych przez państwo, Kościół czy jakąkolwiek inną instytucję. Jedyną rzeczą, której nie toleruję, to brak tolerancji. Filmowcy powinni walczyć z uschematyzowanym poglądem na historię. Ja nie chcę robić filmów ideologicznych ani pomnikowych. Chociaż zarzucano mi, że mój scenariusz "Generała Nila" jest hagiografią i opisuję tylko bohaterskie cechy generała.

A doszukał się Pan w nim jakiś ciemnych stron?
Podobno był kobieciarzem, ale nie wydaje mi się, że to była jego ciemna strona. W filmie nie zajmuję się zbytnio tym aspektem jego życia - jest to dla mnie sprawa trzeciorzędna - ale widzowie mogą sami trochę się tego domyślić z niektórych scen. Z tego powodu mam już problemy. Pani Maria Fieldorf-Czarska, 85-letnia córka generała, której dałem scenariusz do przeczytania, jest walczącą moherową słuchaczką Radia Maryja i antysemitką. Uważa, że Fieldorfa zamordowali Żydzi z UB dlatego, że był Polakiem - czyli gdyby w policji politycznej i w sądownictwie byli sami Polacy, to by przeżył. Przeżyłby też wtedy, gdyby sam był Żydem. Fieldorf po powrocie z Uralu przez jakiś czas ukrywał się przed bezpieką w mieszkaniu pewnej kobiety i pani Czarska ten fakt oprotestowała z powodów obyczajowych, jak sądzę, choć fakty historyczne są po mojej stronie.

Dlaczego nie pokazał Pan filmu na festiwalu Gdyni?
Bo nie zdążyłem. Produkcja jest tak niesprawna, że wszystko się ślimaczy. Nie wiem, czy film będzie gotowy na 1 listopada - wtedy mija termin zgłaszania filmów na festiwal do Berlina. Przez wiele miesięcy z winy produkcji ciągnęły się sprawy efektów komputerowych, muzyki, ścieżki dźwiękowej i kopii. Zresztą już podczas zdjęć było tyle trudności, że nawet nie chce mi się o nich mówić. Jestem tym filmem mocno zmęczony. To moja ostatnia fabuła patriotyczno-martyrologiczna. Więcej się już za tę tematykę nie zabieram.

Dlaczego?

Zmęczenie. Naciski "patriotów" różnej maści, którzy są zwykłymi kołtunami. Przede wszystkim jednak jestem zmęczony walką z producentami. Wielu z nich zadowala się tandetą rodem z telenoweli. Ważne, że zdjęcia są odfajkowane, a nie jest ważne, czy są dobre. W Polsce nie ma szans na porządną kinematografię dopóty, dopóki producenci będą liczyli tylko na zyski z produkcji, a nie z dystrybucji. Producent dostaje część pieniędzy z PISF, część z TVP, od różnych sponsorów, od dystrybutora itp. Sam nie inwestuje nic, więc nie ryzykuje. A przy różnych szwindlach, przy pomocy "twórczego księgowania" może zarobić na samej produkcji spore pieniądze. Potem film pada, a producent robi kolejny film.

Wróci Pan do telenowel?
Nie. Telenoweli spróbowałem tylko dwa razy. Zrobiłem kilka odcinków "Na Wspólnej" i "Samego życia". Przy tej pracy nie używa się mózgu i niektórzy to lubią - ja nie.

To co, zrobi Pan komedię? Bez przesady. To będzie thriller polityczny zatytułowany "Kryptonim Luksemburg". Idea jest taka: 13 grudnia 1981 r. na prywatnych kontach obywateli polskich banku PKO było 6 mld dol. Tego dnia te pieniądze zostały zamrożone i przez rok nie można było ich ruszać. Myśli pani, że 6 mld dol. leżało bezczynnie? Siedzieli sobie faceci, którzy mieli łeb na karku i możliwości - MSW, wywiad i KC - i kombinowali. Polska miała wtedy 30 mld długu wobec międzynarodowego konsorcjum banków. Ci panowie wiedzieli, że długami można po cichu handlować i jeżeli kraj chyli się ku upadkowi, to dług robi się tani (w tamtym czasie nasz dług kosztował około 20 centów za dolara). Przekazali więc wierzycielom, że odkupią ten dług i postraszyli ich, że jeśli nastąpi inwazja sowiecka na Polskę, to dług całkowicie straci na wartości i zaproponowali 15 centów za dolara. W nocy 13 grudnia pod NBP podjechała kolumna ciężarówek z odziałem komandosów. Panowie weszli do sejfu, wzięli gotówkę, samolotem przewieźli ją do Zurychu i odkupili część polskiego długu. Po roku, gdy sytuacja Polski trochę się ustabilizowała, sprzedali dług za 25 centów za dolara, a potem pieniądze zainwestowali na Zachodzie - w sumie zarobili kilka miliardów na czysto. Moim zdaniem kilka wielkich postkomunistycznych fortun powstało w Polsce po 1989 roku dzięki tej forsie. Będę miał niezłą zabawę, robiąc o tym film.
Raczej wielu wrogów. To zawsze jest możliwe, ale przecież to tylko film.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się