Menu Region

Tadeusz Drozda - mistrz kalmarów

Tadeusz Drozda - mistrz kalmarów

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Rozmawia Marta Mońko

Prześlij Drukuj
Owoce morza muszą być delikatne, a więc krótko przyrządzane, a nie duszone godzinę i twarde jak guma. I kiedy mówi to Tadeusz Drozda, uwierzcie mu, bo to prawdziwy spec - nie tylko od kalmarów.
Trudno przegadać Tadeusza Drozdę, zwłaszcza jeśli tematem są kulinaria. Bo znany satyryk uwielbia gotować i jeść. Jego dwie wielkie miłości to golf i sielawa. Nic dziwnego, że rozmowa z nim na te tematy wciąga bardziej, niż "Śmiechu warte"! Do księgarń trafiła właśnie jego pierwsza książka kulinarna "Ja smakosz".

Naprawdę jest Pan smakoszem?
Nie powiem, znam się na kuchni. Znajomi o tym wiedzą, więc się przy mnie nie mądrzą. A kiedy mam odwiedzić na przykład przyjaciół w Stanach Zjednoczonych, wszyscy czekają na mnie z niecierpliwością i dopytują: "Kiedy przyjedzie Tadek? Wreszcie będzie można sobie dobrze podjeść!". Chociaż nie jestem pewien, czy wynika to tylko z moich umiejętności kulinarnych...

To znaczy?
Amerykanie mają w sklepach wszystkie niezbędne składniki, żeby zrobić świetny obiad czy kolację. A jednak amerykańskie restauracje serwują dania po prostu niejadalne. Ktoś oczywiście te wszystkie wspaniałości musi kupować, inaczej nikt by tego nie sprzedawał, ale jeszcze mi się nie zdarzyło w Stanach smacznie zjeść. No dobrze, są wyjątki. Steki i knajpy z kuchnią różnych krajów, np. japońską, są świetne! Uwielbiam za to kupować w amerykańskich sklepach. Mam nawet swoje ulubione delikatesy, w których jest po prostu... wszystko! Od najróżniejszych rodzajów mięs i owoców morza, przez orientalne dodatki, po takie dania, których nawet nie potrafimy sobie wyobrazić.

Udało się Panu odkryć tam coś ciekawego?
Kupiłem raz steki z kalmara. Zawsze wiedziałem, że kalmary to krążki, w mojej restauracji były zresztą specjalnością zakładu. W amerykańskich delikatesach kupiłem kalmary w kawałkach o długości 12-15 cm, grube na 1,5 cm. Czyli żyją gdzieś na świecie olbrzymy, z których można wykroić takie steki, że hej!

Opowie Pan coś więcej o restauracji?
Zamknęliśmy ją w ubiegłym roku po dwóch latach działalności. Mieściła się w Warszawie przy ulicy Długiej, nazywała się Seafood i serwowaliśmy w niej właśnie owoce morza. Niestety, trafiliśmy w niezbyt dobry okres. Polacy niechętnie jadają owoce morza. Przyrządzaliśmy na przykład ośmiornicę w specjalnym piecu, była genialna! Ale kiedy ktoś ją zamawiał, to przechodząca obok restauracji młodzież zaglądała przez okna i śmiała się, co za kretyni jedzą takie świństwa. Ktoś, kto lubi owoce morza, często słyszy pytanie, co mu smakuje w tych robakach. I chyba dlatego nawet w piękne słoneczne dni, kiedy w okolicznych restauracjach kłębiły się tłumy, u nas zajęte były może dwa z ośmiu stolików. Teraz na miejscu mojej restauracji jest kolejna pierogarnia.

Ale ci goście, którzy do Was trafiali, wychodzili chyba zadowoleni?
Ba! Niektórzy byli naszą kuchnią zachwyceni! Odwiedził nas kiedyś facet z Las Vegas i tak mu posmakowały nasze owoce morza, że przez siedem dni pobytu w Warszawie codziennie jadł właśnie u nas. Mówił: "Panie! Gdybyś otworzył taką knajpę w Las Vegas, tobyś się od klientów nie odgonił!". Takie mieliśmy owoce morza.

1 3 »

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się