Sprawa Madzi zakończyła się tragicznie, tak dla dziewczynki, jak dla jej rodziny. Dzisiaj nikt jednak nie pyta o przyczyny tego, co się stało, za to wszyscy ekscytują się konfliktem między policją a Rutkowskim - analizuje Dorota Kowalska.
Mariusz Sokołowski, rzecznik prasowy komendanta głównego policji, nie dalej jak w środę przekazał w TVN24 informację, że oto koniec jego dalszych wystąpień w telewizji i komentowania słów Krzysztofa Rutkowskiego, mianowanego przez niektórych detektywem. Mam wrażenie, że nic lepszego nie mógł Sokołowski powiedzieć, a jego szefowie wymyślić. Medialna przepychanka, żeby nie powiedzieć pyskówka, między policją a Rutkowskim była po prostu żenująca.
Pewnie gdyby policja na zaczepki Rutkowskiego nie reagowała, gdyby przedstawiciele policji odmawiali wizyt w telewizyjnych studiach zrodziłoby się podejrzenie, że mają coś do ukrycia albo więcej - że boją się, bo poszukiwania Madzi najzwyczajniej w świecie przespali. Tyle tylko, że reagowaniem na każde rzucane pod swoim adresem oskarżenia pracują na medialny splendor pana Rutkowskiego, a w dalszej perspektywie na zawartość jego portfela. Już dzisiaj media rozprawiają o tym, czy aby na pewno policja z należytą starannością i fachowością poszukiwała Madzi, czy psychologowie otoczyli jej rodzinę właściwą opieką, co niektórzy naiwnie, żeby nie powiedzieć głupio, zastanawiają się, czy śledczy w ogóle brali pod uwagę wersję zakładającą, że Magda zginęła w swoim własnym domu. Krzysztof Rutkowski tak naprawdę może być z siebie dumny: wielu ludzi w skuteczność mundurowych zwątpiła, a jego uznała za "pierwszego sprawiedliwego".
Daleko mi do oceny pracy katowickiej policji, zrobią to fachowcy, zresztą tak naprawdę nie wiemy, jak wyglądała praca grupy śledczej utworzonej do sprawy Magdy, ale pewne kwestie warte są wyjaśnienia, zwłaszcza tym, którzy o hipotezach, śladach i dowodach wiedzą tyle, ile dowiedzieli się z seriali wyświetlanych na AXN czy z W-11 emitowanego w TVN.
Sprawa pierwsza - same zarzuty rzucane przez Rutkowskiego. Rutkowski listę błędów policji wyczytał na pierwszej konferencji prasowej po tym, jak Katarzyna W. przyznała mu się z płaczem, że upuściła dziecko. Zrobił to płynnie, na bezdechu i tak pewnym tonem, jakby sam dowodził utworzoną w komendzie grupą do poszukiwań dziewczynki. W każdym razie słuchacz odniósł wrażenie, że Rutkowski doskonale znał założenia i plan pracy śledczych, wiedział, w co wierzą, w co nie wierzą, jakie hipotezy przyjmują za najbardziej prawdopodobne. Niczym szef szefów oceniał, którzy gliniarze mają policyjnego nosa, a którzy najzwyczajniej w świecie schrzanili robotę. Był przy tym tak przekonujący, że słuchacz laik pomyślał nawet, iż może warto byłoby Rutkowskiego posadzić w komendzie głównej, bo wtedy policjanci chodziliby jak w zegarku, a już na pewno wiedzieliby, jak poszukiwać półrocznego dziecka.
Zaraz też po traumatycznym wyznaniu matki Madzi Rutkowski stwierdził, że była w jego oczach jedną z podejrzanych, ba, już w czwartek nieoficjalnie szeptał dziennikarzom o swojej "piątej hipotezie" zakładającej, że Katarzyna W. ma coś wspólnego ze śmiercią swojej córki. A policja? Tu Rutkowski niczego sugerować nie musiał, wystarczy, że telewizje jak jeden mąż emitowały wypowiedzi podinspektora Andrzeja Gąski, rzecznika śląskiej policji, który niczym mantrę powtarzał przed kamerą, że policja skupia się zwłaszcza na wersji zakładającej porwanie. No to co? Niezdary? Niezdary!
I tu dochodzimy do sprawy kolejnej: medialnej przewagi pana Rutkowskiego nad polską, ale właściwie każdą, policją. Rutkowski może opowiadać do kamer, co zechce, mundurowi już niekoniecznie.
Każdy dziennikarz zajmujący się tematami służb, w tym także policji, doskonale zna podstawową zasadę obowiązującą w każdym śledztwie: "Dobrze, jeśli media wiedzą o jego szczegółach jak najmniej, świetnie, jeśli nie wiedzą o nich wcale". Policjantom operacyjnym czy śledczym niepotrzebny jest, w przeciwieństwie do pana Rutkowskiego, błysk fleszy, kamery i stronicowe wywiady w gazetach. Oni pracują w ciszy i spokoju, wiedząc, że medialny rozgłos może spaprać właściwie każdą sprawę. Wersję, że Magda zaginęła w innych okolicznościach, niż przedstawiała to matka, zakładali od samego początku, wersję, że mogła zginąć wśród najbliższych, także. Mówili o tym już w pierwszych dniach śledztwa nieoficjalnie zaufanym dziennikarzom, dużo wcześniej niż swoją "piątą hipotezą" dzielił się z nimi pan Rutkowski. Tyle tylko, że nie chwalili się tym przed kamerą. Zresztą, tak naprawdę, nie ma się czym chwalić. Wszyscy, którzy choć trochę zajmują się tematyką kryminalną, wiedzą, że dzieciom krzywda dzieje się najczęściej z rąk najbliższych i to oni, w razie śmierci czy porwania dziecka, stają się pierwszymi podejrzanymi. Tak naprawdę Katarzyna W. od dnia, w którym zgłosiła zaginięcie córeczki, była, jak to się mówi w policyjnym żargonie, w zainteresowaniu śledczych. Nawet po tym, jak prokurator i pani psycholog uznali jej zeznania za wiarygodne, policjanci zakładali, że mogła umyślnie lub przez przypadek zrobić dziecku krzywdę.
Sprawa trzecia - metoda dojścia do prawdy. Tak jak Krzysztof Rutkowski może przed kamerami mówić, co zechce, tak samo, jako osoba prywatna, może posuwać się do chwytów rodem z filmów akcji.
Był przy rodzinie cały czas, zdobywał jej zaufanie, obserwował matkę dziecka. Wreszcie zagrał va banque i wyciągnął nieistniejących świadków, którzy mieli widzieć, jak Katarzyna W. sama kładzie się na chodniku. Bomba! Słuchacz zawył z zachwytu. Jeśli wierzyć policji, rodzina Madzi nie chciała pomocy psychologów, nie zgodziła się też na obecność funkcjonariuszy w domu. Śledczy nie mieli więc takiego komfortu pracy jak Rutkowski. Pewnie mogli wezwać matkę Magdy na przesłuchanie i zagrać, nie do końca zgodnie z prawem, tak jak zagrał Rutkowski, w każdej policji znajdzie się przecież Brudny Harry. Tyle tylko, że przy medialnym nagłośnieniu sprawy, wielkim zaangażowaniu ludzi w poszukiwania Magdy, gdyby Katarzyna W. się nie złamała, za to poskarżyła dziennikarzom, śmiem przypuszczać, że wielu śląskich policjantów straciłoby robotę. O samych etycznych aspektach pracy Krzysztofa Rutkowskiego, presji wywieranej na kobietę, nagraniu, bez jej zgody, całej rozmowy, wysłaniu taśmy mediom, wreszcie całemu teatrowi, który stworzył wokół poszukiwań dziewczynki, nie będę już wspominać. Powstały na ten temat dziesiątki artykułów, powstawały już wcześniej, podczas innych akcji słynnego śledczego.
Więcej przeczytasz w weekendowym wydaniu dziennika "Polska" lub w serwisie prasa24.pl
Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie PolskaTimes.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.