Menu Region

Agnieszka Perepeczko: Sama sobie dogadzam

Agnieszka Perepeczko: Sama sobie dogadzam

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Rozmawia Izabela Pałucha

Prześlij Drukuj
Dla aktorki Agnieszki Perepeczko kuchnia nie ma tajemnic. Piecze, smaży, gotuje... Nie tylko z myślą o śniadaniach do łóżka. Mówi o sobie: kulinarna hedonistka. Zamiłowanie do bardziej i mniej wyrafinowanych smaków wyssała z mlekiem matki. Bo to właśnie w rodzinnym domu w Milanówku nauczyła się czerpać radość z jedzenia. I bardzo jej z tym do twarzy.
Powiedziała Pani kiedyś, że śniadania w łóżku dodają energii życiowej. Co to znaczy?
Są dwa rodzaje śniadań w łóżku. Pierwszy, kiedy jemy je wspólnie z ukochaną osobą. To oczywiste. Ale również fascynujące jest śniadanie w pojedynkę. Ja do tego drugiego typu śniadań przywiązuję szczególną wagę. Rano, kiedy tylko mam więcej czasu i nigdzie nie muszę się spieszyć, sama sobie robię śniadaniową ucztę do łóżka.
Szykuję coś pysznego, np. jajko na miękko, grzanki, naleśnik ze szpinakiem, kawę ze śmietanką, sok pomarańczowy albo jakiś owoc. Spokojnie, bez pośpiechu przekładam to wszystko na wielką tacę i wracam z nią do łóżka. Wsuwam się pod kołdrę, włączam telewizor i cieszę się każdym kęsem. Po takim posiłku, nasycona i pobudzona do życia, robię sobie długą, relaksującą, aromatyczną kąpiel. I co z tego, że jestem sama?! Wtedy też można sobie dogadzać.

Wróćmy do klasycznych łóżkowych śniadań we dwoje. Następują zwykle po wspólnych kolacjach. Ma Pani na nie swój sprawdzony przepis?
A to już wyższa szkoła jazdy. Bo połączenie tych posiłków nie tylko wymaga pomysłu, ale także większej wprawy i rozwiniętych umiejętności logistycznych. Wszystko powinno się zacząć od listy zakupów. Nie jestem zwolenniczką gotowania niebotycznych ilości jedzenia, ale zdaję sobie sprawę, że organizując kolację ze śniadaniem dla ukochanej osoby, jesteśmy w miłosnym szale, nie kontrolujemy się i zwykle kupujemy za dużo. Ważne, aby dania, z których składa się romantyczna kolacja, były niewielkie, lekkostrawne, ale za to bardzo smakowite. No i nie powinno się przesadzać z cebulą, czosnkiem i ostrymi przyprawami. Są ciężkostrawne i w nadmiarze wydają niezbyt przyjemny dla kochanków zapach. Ich nadmiar może zepsuć najbardziej romantyczne chwile.

Co wobec tego proponuje Pani na taką romantyczną kolację?
Mam dobry, sprawdzony zestaw. Kiedy prowadziliśmy z Markiem wczesne życie małżeńskie, znajomi z bloku, w którym wtedy mieszkaliśmy, m.in. Wojtek Młynarski, nazywali mnie królową befsztyków. W tamtych czasach polędwicę wołową było bardzo trudno dostać, ale dla mnie nie było rzeczy niemożliwych. Mój befsztyk smarowałam z obydwu stron musztardą i smażyłam bez tłuszczu na bardzo gorącej patelni. Do niego, w zależności od humoru i fantazji, robiłam delikatny sos, między innymi ze śmietany i zielonego pieprzu, i kroplę takiego sosu kładłam na gruby befsztyk z kosteczką masła. Robiłam też sałatę z sosem winegret - w tamtych czasach wielkie odkrycie - i moje słynne kartofle walicowskie (mieszkaliśmy kiedyś w Warszawie przy ul. Waliców). Robi się je tylko ze starych ziemniaków. Obrane, wilgotne po umyciu kartofle wkłada się do foliowego woreczka z mąką, odrobiną czosnku w proszku, pieprzem, majerankiem, tymiankiem i kminkiem. Torebkę związuje się i mocno nią potrząsa, aby ziemniaki obtoczyła mączna otulinka. Potem wyjmuje się je z woreczka i wkłada do bardzo gorącego pieca. Najlepiej smakują jedzone po prostu rękami. Wyglądają jak szare kamienie, ale nie należy się zrażać. Do tego podaję czerwone wino. A na deser owoce w likierze pomarańczowym. Najlepsze są truskawki, a do sosu czekoladowego, który błyskawicznie sama przyrządzam, likier pomarańczowy. Deser podaję w pucharach. Pełnia szczęścia...

A rano?
Na przykład omlet z różyczkami łososia. Marek przepadał za omletami. Potrafił zjeść taki nawet z 18 jaj! Kiedyś pojechaliśmy jako narzeczeństwo na pierwsze wspólne wakacje. Ja byłam na pierwszym roku, Marek na drugim. Pojechaliśmy na wieś do mojej niani. Brakowało tam prądu, telefonów, bieżącej wody, za to mieliśmy lampy naftowe, materac wypchany sianem, jezioro i las. Byliśmy my, przyroda i jedzenie, które sama przyrządzałam. Wstawaliśmy dość późno, bo wieczór obfitował w rozrywki własnego przemysłu do późnej nocy. Rano rozpalaliśmy pod blachą kaflową kuchnię. I robiłam słynne omlety z kilkunastu jaj. Marek sam je przynosił z kurnika. Nie mówiło się wtedy, że to jest niezdrowe, że cholesterol, skleroza... Do takiego jajecznego giganta smażyłam naprędce konfitury z leśnych jeżyn, ubijałam śmietanę i kładłam na wierzch jej puchaty kleks. On to jadł i mówił z zachwytem: "Chyba się z Tobą ożenię".

1 »
 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się