Menu Region

Świat według Obamy

Świat według Obamy

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Grzegorz Kostrzewa-Zorbas, politolog

Prześlij Drukuj
W polityce międzynarodowej Obama wróci do stylu prezentowanego przez prezydenta Billa Clintona. Ale w świecie Obamy nie będzie miejsca dla Polski i Europy - twierdzi politolog i amerykanista Grzegorz Kostrzewa-Zorbas.
Zmiana - jeżeli w polityce zagranicznej - to tylko w porównaniu z prezydentem George?em Walkerem Bushem wraz z Partią Republikańską, i tylko częściowo. Nie rewolucja, nie tworzenie od zera, ale rutynowe przesunięcie w lewo wewnątrz dwupartyjnego systemu.

Barack Obama, kandydat prowadzącej w sondażach do Białego Domu Partii Demokratycznej, wygrał prawybory głównie obietnicą wszechogarniającej "zmiany, w którą możemy uwierzyć" - mgławicowej, zdolnej skupiać najróżniejsze nadzieje i dlatego atrakcyjnej dla Amerykanów zmęczonych zamorskimi wojnami i bojących się gospodarczej recesji.

Ale jego rzeczywisty program polityki wobec świata wygląda jak "powrót do przyszłości". Jest zgodny ze starymi i trwałymi standardami Demokratów. Jedyną nowość - zwiększenie roli siły zbrojnej - Obama przejął z politycznych standardów Republikanów.

Europa, Unia Europejska - te słowa Amerykanie wypowiadają coraz rzadziej, a Barack Obama nie wypowiada ich wcale w swoim głównym manifeście programowym pod tytułem "Plan zapewnienia Ameryce bezpieczeństwa i odbudowania jej miejsca w świecie". Podobnie unika drogich wielu Europejczykom pojęć "Zachód" i "cywilizacja zachodnia". Uwagę poświęca przede wszystkim Bliskiemu Wschodowi, a potem Azji i Afryce. Spośród państw europejskich wymienia tylko Rosję i to w sprawie problemu broni nuklearnej, co brzmi jak echo przeszłej zimnej wojny zamiast wizji przyszłości.

Europa jest bliska ostatecznego zniknięcia z horyzontu amerykańskich priorytetów. W ideologicznej i politycznej geologii przepaść między kontynentami amerykańskim i europejskim powiększa się błyskawicznie, i to pomimo mocnych kulturowych wpływów Ameryki na resztę świata, z Europą włącznie. Epoka Obamy oznacza podział na dwie odrębne cywilizacje zachodnie, z których młodsza i bardziej dynamiczna odrzuca uprzywilejowaną więź ze starszą, a nawet odziedziczone po niej nazwisko.

Polska w świecie według Obamy nie istnieje. Mimo że uwzględnia on inne kraje podtrzymujące "specjalny związek" lub "strategiczne partnerstwo" ze Stanami Zjednoczonymi. Należą do nich wyłącznie kraje pozaeuropejskie: Izrael, Japonia, Korea Południowa, Australia. Jednak sami jesteśmy sobie winni, że tak się stało. Ponosimy też współodpowiedzialność za zmarginalizowanie Europy przez Obamę.

Podczas prawyborów prezydenckich i wcześniej w swojej karierze politycznej Obama - senator ze stanu Illinois, którego stolicą jest Chicago o blisko milionowej społeczności polonijnej - proponował Polonii polityczny sojusz i w tym celu podkreślał znaczenie stosunków USA z Polską w takim stopniu, jak nie robił tego żaden inny kandydat do amerykańskiej prezydentury w ostatnich kampaniach wyborczych. Jednak wyciągnięta dłoń senatora zawisła w powietrzu. Teraz może być za późno.

Według profesjonalnych prognoz, uwzględniających sposób działania amerykańskiego systemu pośrednich wyborów prezydenckich, kandydat Partii Demokratycznej ma wysoką przewagę nad republikaninem Johnem McCainem. Jeszcze wyższą niż w prostych ogólnoamerykańskich sondażach popularności.

Dziś Obama mógłby liczyć na blisko 60 procent członków kolegium elektorskiego. Aby wyrównać stratę, McCain musiałby odwojować co najmniej dwa duże stany, żadnego nie tracąc - co teoretycznie jest możliwe, lecz mało prawdopodobne.

McCainowi i wszystkim Republikanom nie sprzyja ogólny klimat polityczny w USA, w tym historyczna klęska rządów Busha, który jest najbardziej niepopularnym prezydentem.

W wielu częściach kraju Partii Republikańskiej trudno nawet znaleźć kandydatów do Kongresu, bo mało kto chce przegrać. Sytuacja w całym świecie - toczące się bez końca wojny, rosnąca globalna niestabilność polityczna i gospodarcza - sprzyja kandydatowi "zmiany", ale on sam nie ma na nową globalną sytuację żadnej nowej odpowiedzi.

Do programu amerykańskiej polityki zagranicznej Obama nie wnosi jak dotąd nic naprawdę nowego i własnego. Jeżeli nie okaże się kreatywny i odważny w decydujących miesiącach kampanii - latem i jesienią - to jego zwycięstwo wyborcze będzie oznaczać wznowienie, po ośmioletniej przerwie, polityki poprzedniego Demokraty w Białym Domu - Billa Clintona.

Taka ciągłość może mieć także dobre strony. Obok więzi ideowych i partyjnych Baracka Obamę łączy z Billem Clintonem wykształcenie w dziedzinie stosunków międzynarodowych zdobyte na czołowych amerykańskich uczelniach. Podobnego przygotowania nie miał George W. Bush ani nie ma John McCain. Clinton ukończył kierunek służba zagraniczna na Uniwersytecie Georgetown w Waszyngtonie. Natomiast Obama politologię o specjalności stosunki międzynarodowe na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku.

Ze strony Obamy nie grozi amatorszczyzna i improwizacja na stanowisku pierwszego dyplomaty Ameryki i świata. W tym świetle trzeba widzieć kampanijny spór Obamy z McCainem o to, czy rozmawiać z rządami Iranu lub Kuby. Obama chce powrotu do uniwersalnych reguł dyplomacji, które nakazują rozmawiać nawet z wrogiem, tak jak demokratyczni i republikańscy prezydenci USA rozmawiali ze Stalinem i Breżniewem.

"Ameryka jest ostatnią, najlepszą nadzieją Ziemi" - głosi Obama w czystym duchu amerykańskiego idealizmu i poczucia misji cywilizacyjnej. W historii ich lewicowa wersja łatwo przechodziła w fanatyzm, a Demokraci potrafili być nie mniej wojowniczy niż Republikanie. Przykładem tego jest wojna wietnamska rozpoczęta przez Kennedy?ego i "wojna o prawa człowieka" w Kosowie stoczona przez Billa Clintona.

Do ważnych punktów programu Obamy należy wzmocnienie amerykańskich sił zbrojnych i nacisk na to, aby zawsze były najpotężniejsze i najlepiej uzbrojone w świecie. Sprzeciw wobec wojny w Iraku i ewentualnego użycia siły w Iranie jest głównie taktyką wyborczą, polem bitwy politycznej wybranym przez demokratycznego kandydata dla ostrego odróżnienia się od Republikanów, a zwłaszcza od Busha i McCaina. Obama reprezentuje standardowy u Demokratów multilateralizm - współpracę wielostronną i poprzez organizacje międzynarodowe - w odróżnieniu od Republikanów preferujących politykę samodzielną i niezależną, często odbieraną na świecie jako dyktat.

Jak każdy polityk demokratyczny Obama podkreśla centralną rolę ONZ i innych instytucji globalnych, z których wyróżnia Bank Światowy, oraz głosi, że "wobec wyzwań rozciągających się od terroryzmu po epidemie, od broni nuklearnej po zmianę klimatu, nie możemy osiągnąć postępu bez uzyskania mocnego poparcia międzynarodowego". Nie licząc spraw Iraku i Iranu oraz utrwalonego w polityce amerykańskiej bezwarunkowego poparcia i gwarancji bezpieczeństwa dla Izraela, właśnie tradycyjne w Partii Demokratycznej sprawy globalne dominują w programie Obamy. Do tej listy dochodzą jeszcze problemy uchodźców i biedy w wielu regionach świata.

Nawet NATO jest traktowane przez Obamę jako instytucja zbiorowego bezpieczeństwa - nie zbiorowej obrony - w służbie spraw globalnych. Obama zapowiada nacisk na europejskich sojuszników Ameryki, by angażowali się w więcej operacji wojskowych w dalekich regionach ogarniętych kryzysami. Zatem Irak nie, lecz Afganistan tak, i liczne nowe Afganistany. Mocnym dowodem ciągłości wizji świata według Demokratów jest priorytet nuklearny. Obama ocenia rozprzestrzenianie się broni nuklearnej w świecie - w tym możliwość nuklearnego ataku terrorystycznego - jako "największe niebezpieczeństwo dla Amerykanów".

To cytat z niezliczonych wypowiedzi Billa Clintona i jego demokratycznych poprzedników od początku wieku atomowego. Podobnie sądzili Harry Truman, John Kennedy, Lyndon Johnson i Jimmy Carter. Tymczasem Republikanie byli skłonni wierzyć, że broń atomowa w rękach zaufanych sojuszników i przyjaciół wzmacnia Amerykę i stabilizuje stosunki międzynarodowe. Dlatego prezydent George W. Bush pogodził się z nuklearnym Pakistanem, chociaż nie z perspektywą nuklearnego Iranu. Moim zdaniem stąd Iran powinien bać się Obamy bardziej nawet niż senatora McCaina.

Wyobraźmy sobie więc wiosnę 2009 r. W imieniu prezydenta Baracka Obamy nowy amerykański plan wzmocnienia Rady Bezpieczeństwa ONZ i utworzenia Światowej Organizacji Ochrony Środowiska przedstawia państwom europejskim sekretarz stanu Hillary Clinton.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się