Menu Region

Mytkowska: Miasto zmienimy sztuką

Mytkowska: Miasto zmienimy sztuką

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Rozmawia Luiza Łuniewska

Prześlij Drukuj
Znawczyni sztuki i praska patriotka Joanna Mytkowska jest szefową powstającego Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Nam opowiada o tym, jak oswajała stolicę, gdzie znaleźć najbardziej intymne muzeum i jak mieszkając na Pradze, co dzień rano słyszeć nowy język.
Lubi Pani Warszawę?
No oczywiście, że lubię. Jakżeby inaczej...

Są tacy, którzy mieszkają w stolicy, a za nią nie przepadają.
Potrzeba trochę czasu, żeby ją pokochać. Ja przyjechałam do Warszawy na studia w 1988 roku. Wydawała mi się wtedy miastem bezładnym, chaotycznym, trudnym. Zupełnie innym niż mój rodzinny Słupsk, który mimo że też był zniszczony w czasie wojny, ma bardzo wyraźną strukturę urbanistyczną: ulice są ulicami, place placami.
Na początku była to raczej fascynacja tym warszawskim nieuporządkowaniem. Ten dystans do Warszawy wynika pewnie z tego, że w stolicy nie żyje się łatwo. Ścierają się tutaj różne ambicje, aspiracje. Ale też tutaj realizują się marzenia.

Gdzie Pani zamieszkała?
Przeprowadzałam się dwanaście razy. Najmilej wspominam dzielnice stare, z charakterem, np. Nowolipki czy stary segment na Górnym Mokotowie. Od 10 lat mieszkam na Grochowie i jestem praską patriotką. Uważam, że właśnie tam, po drugiej stronie Wisły, przetrwał kawałek starej stolicy. Mieszkam w plombie wciśniętej między stare kamienice. Dom obok mnie zajmuje rodzina romska, gdy budzę się rano, słyszę obcy język. Są niesamowite klimaty. Mając do wyboru inteligencki Ursynów i Grochów z jego podwórkami, bazarami, sąsiadami, którzy się znają, długo się nie wahałam.

Jak oswajała Pani Warszawę?
W latach 90. zaczęłam pracować w galerii Foksal. Współpracowałam z artystami, dla których ważna była praca z przestrzenią miasta. Kluczowym przeżyciem było spotkanie z Pawłem Althamerem, który realizował projekt "Bródno 2000". Paweł zorganizował akcję artystyczną polegającą na tym, żeby na bloku zapalone światła utworzyły rok 2000. Realizacja pomysłu była uzależniona od wszystkich lokatorów, z których każdy był zobowiązany do tego, aby o odpowiedniej godzinie zgasić lub zapalić światło w swoim mieszkaniu. Udało się. Dla mnie udział w tym przedsięwzięciu oznaczał wejście w pewną warszawską społeczność, w jej strukturę. Jak to się mówi: w tkankę ludzką. Kolejnym przełomowym etapem wrastania w Warszawę był kontakt z Oskarem Hansenem, architektem i wizjonerem, który zaprojektował m.in. otwarte, linearne osiedle na Przyczółku Grochowskim.

To raczej nie jest wymarzone lokum warszawiaka. Pieszczotliwie zwane jest Pekinem.
No cóż... (śmiech). Hansen chciał, żeby architektura zmieniała ludzkie życie. Zdawał sobie sprawę ze swoich porażek, uważał, że myśl była słuszna. To architekt, który brał odpowiedzialność za świat. W 2005 roku, już po śmierci artysty, zorganizowaliśmy wystawę jego projektów "Sen o Warszawie". To była próba rozwiązania problemu, z jakim nie potrafimy się zmierzyć przez 20 lat demokracji, jakim jest w architekturze Warszawy plac Defilad. Hansen twierdził, że w obecnym kształcie, z Pałacem Kultury, przypomina wieś z kościołem pośrodku.

Tuż obok stanie muzeum, którego jest pani dyrektorką. Czy to zmieni stolicę?
Fundamentalnie. I to zarówno wygląd centrum miasta, jak i postrzeganie Warszawy. Były już takie przypadki. Londyn przed 1987 rokiem, gdy powstała Tate Modern, nie był raczej nazywany miastem sztuki. A teraz jest artystyczną stolicą świata. Bilbao w ogóle nie było znane, zanim nie powstało tam Muzeum Guggenheima. Budynek Muzeum Sztuki Nowoczesnej będzie pierwszą w Polsce od zakończenia II wojny światowej dużą inwestycją poświęconą sz­tuce. Gmach muzeum usytuowany między nowym placem miejskim a parkiem będzie miejscem otwartym - umożliwi kontakt z dziełami sztuki współczesnej i unikalną architekturą, stanie się ponadto atrakcyjnym centrum edukacji, spotkań i wypoczynku.

Co jeszcze Pani lubi w Warszawie?
Park Skaryszewski za to, że jest najfajniejszy w Warszawie. Przepiękny, zaprojektowany jeszcze w latach 30. , a na dodatek leży na Pradze. Palmę na rondzie de Gaulle’a. Za to, że jest fantastycznym symbolem Warszawy. Takim na luzie, z przymrużeniem oka. Zresztą często tak się zdarza, że to, co budzi na początku opory i protesty, potem staje się czymś darzonym olbrzymim sentymentem. Choćby wieża Eiffla. Palma, myślę, trochę zmieniła mentalność warszawiaków. Otworzyła ich.

A gdzie Pani bywa?
Prawie nigdzie, głównie pracuję. Lubię klub Pod Gwiazdami na rogu Hożej i Marszałkowskiej, za to, że ma elitarny, specyficzny klimat, choć jest miejscem ogólnodostępnym. Często zapraszamy tam gości z zagranicy, bo to miejsce najlepiej oddaje pewną specyfikę spędzania wolnego czasu w Polsce. Przecież przez kilka dziesięcioleci ludzie bawili się głównie na prywatkach, zapraszali nawzajem. Coś z tamtych klimatów zostało w Pod Gwiazdami. Restaurację Esencja Smaku lubię za doskonałą kuchnię. I Zakąski Przekąski - jak pewnie połowa warszawiaków.

A jeśli chodzi o miejsca związane ze sztuką?
Bywam w Zachęcie, Muzeum Sztuki Współczesnej. Z racji zawodu właściwie na większości wystaw i ekspozycji. Jeśli chodzi o miejsce, z którym jestem szczególnie związana, to jest to pracownia Edwarda Krasińskiego i Henryka Stażewskiego. Artyści mieszkali w bloku w al. Solidarności w latach 70. Mieszkanie było jednym z najważniejszych intelektualnych salonów stolicy. Udało nam się (pracowałam wtedy w Fundacji galerii Foksal) to studio zachować w niezmienionym stanie, a na dachu budynku, po długich negocjacjach ze wspólnotą mieszkaniową, zbudować szklany pawilon. Nazwaliśmy to miejsce Instytutem Awangardy. To niezwykłe, tajemnicze muzeum, bardzo intymne. Pozwala obcować nie tylko z dziełem, ale i z ideą artysty.Jeśli czegoś w Warszawie brakuje, to właśnie takich artystycznych legend. A Stażewski, twórca polskiej awangardy, to bardzo barwna postać.

Pracuje Pani w Centrum Pompidou, podróżuje po Europie i świecie. Jak wypada Warszawa na tle innych metropolii?
Najbardziej przypomina mi Berlin. Z powodu rozmachu, tempa zmian. I u nas, i w stolicy Niemiec dużo się buduje. Tyle że w Berlinie jest taniej, bardziej przyjaźnie, międzynarodowo. Dlatego bardzo dobrze się tam żyje artystom. To miasto ich przyciąga. Warszawa - niekoniecznie.

Czy to znaczy, że jesteśmy prowincjonalni?
Broń Boże. Warszawa jest metropolią, czego np. nie można zupełnie powiedzieć o Krakowie czy Gdańsku. Może tylko Wrocław, z polskich miast, ma w sobie odrobinę tego rozmachu. Chodzi bardziej o infrastrukturę, mentalność ludzi. Ale to się powoli zmienia. Proszę zwrócić uwagę choćby na taki projekt jak akcja wycia pod zamkniętymi osiedlami. To pokazuje, że warszawiacy chcą żyć w mieście otwartym, przyjaznym.

Gdyby Pani mogła coś zmienić w Warszawie, to...
Chciałabym, żeby powstawało więcej budynków użyteczności publicznej. W Warszawie w ciągu ostatnich dwudziestu lat powstał właściwie tylko jeden - gmach BUW. Owszem, buduje się sporo, ale to wszystko są apartamentowce, biurowce, a nie galerie, muzea, kluby, restauracje czy kawiarnie. W Warszawie jest stanowczo za mało przestrzeni publicznej.

***

Joanna Mytkowska

(ur. 1970), kuratorka i krytyczka sztuki. Od 1992 roku związana z galerią Foksal, od 1997 roku współtworzyła Fundację Galerii Foksal, która stała się jedną z najważniejszych instytucji sztuki w Polsce. Była kuratorką wielu wystaw krajowych, m.in. "Spacer na koniec świata z Robertem Walserem" (2002), "Nova Popularna", "Ukryte w słońcu" (2003), "Prym", "Akcja równoległa" (2004), "Oskar Hansen. Sen Warszawy", "Leophole" (2005), oraz koordynatorką projektów międzynarodowych. W 2006 roku została kuratorką kolekcji i członkinią komisji zakupów w prestiżowym Centrum Pompidou w Paryżu. Obecnie dyrektor nowo powstającego Muzeum Sztuki Nowoczesnej
 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się