Cuda, jakie wyczynia na boisku futbolu amerykańskiego rozgrywający Tim Tebow, wierny wyznawca Jezusa, sprawiają, że Amerykanie zastanawiają się, czy Bóg wspiera niektóre drużyny. Tony Allen-Mills
Wczoraj po południu miliony Amerykanów, wśród nich nawet tacy, którzy tylko okazyjnie interesują się sportem, zasiadły na sofach i wrzeszczały na swoje telewizory. Niektórzy się modlili, by mierzący 191 cm niedoświadczony zawodnik ligi profesjonalnej dokonał cudu. Inni byli pewni, że mu się nie uda.
Wszyscy byli i są jednak zgodni, że amerykański futbol jeszcze nie oglądał takiego fenomenu, jakim jest Tim Tebow, niezdarny 24-leni rozgrywający Denver Broncos, którego manifestacyjna wiara w Jezusa wywołała pełną emocji narodową debatę o tym, czy Bóg sprzyja swoim ulubionym drużynom sportowym.
Tebow, którego jeszcze w październiku, gdy Detroit Lions zmiażdżyli Broncos, uważano za najgorszego gracza ligi profesjonalnej, w ostatnich tygodniach dokonał niemal niemożliwego.
Wygrał dla swojej drużyny sześć meczów z rzędu. Ale wygrał je nie w jakiś zwyczajny sposób, a niczym superbohater boiska. W większości grał tak kiepsko, że zdawało się, iż drużyna zmierza do pewnej porażki.
A jednak jakimś sposobem w krytycznym momencie każdego meczu Tebow nagle przechodził przemianę. Pędził do przodu, mijał obronę przeciwnika, jego podania nie przelatywały nad głowami rozwścieczonych kolegów, ale trafiały prosto w ich ręce. Przeciwnik wpadał w panikę. Nawet jego krytycy zaczęli się zastanawiać, czy nie prowadzi go jakaś siła wyższa.
Po każdej akcji, w której niczym Houdini wymyka się nieuniknionej porażce, Tebow klęka na jedno kolano, zamyka oczy i dziękuje "zbawicielowi Jezusowi Chrystusowi".
Tim Tebow, syn misjonarzy Kościoła Chrześcijan Baptystów, urodził się na Filipinach i sporą część swoich wielomilionowych zarobków przeznacza na budowę szpitali na wyspach. Dzięki niemu język angielski wzbogacił się o nowe słowo - "tebowing" - oznaczające publiczne okazywanie wiary. Kibice wiedzą, że te kilka ostatnich minut, gdy jest w grze, to "czas Tebowa". W Denver, położonej na dużej wysokości stolicy stanu Colorado, z widokiem na Góry Skaliste, nazywają go Mesjaszem wysokim na milę. Jego fani gotowi są wydać nawet 100 dol. na koszulkę z jego numerem 15 na piersi i napisem "Jezus" na plecach.
Nawet historia jego przyjścia na świat budzi dziś komentarze. Jego matka nie zgodziła się na aborcję, gdy okazało się, że ciąża jest zagrożona. Od tej pory Tebow jest symbolem ruchu antyaborcyjnego.
Naukowcy i felietoniści, którzy rzadko podejmują tematy sportowe, analizują jego wpływ na publiczną religijność i rozprawiają nad jego wartością finansową dla National Football League (NFL), największej i najbardziej dochodowej zawodowej ligi futbolu amerykańskiego, która właśnie wywalczyła dziewięcioletni kontrakt na prawo do transmisji z CBS, Fox i NBC, wart około 27 mld dol.
- W 1966 r. John Lennon ogłosił, że Bitlesi są popularniejsi od Jezusa - mówi Stephen Prothero, profesor religioznawstwa z Boston University. - Dziś ten tytuł prawdopodobnie należy się Timowi Tebowowi.
Na wszystkie te kontrowersje Tebow reaguje uśmiechem na twarzy i uprzejmym słowem kierowanym do najbardziej zajadłych krytyków. Z wulgaryzmów używa tylko "jejku", do reporterów zwraca się "proszę pana/pani" i jest chyba jedynym piłkarzem, którego podczas konferencji prasowej pytano o to, czy "wierzy w sens czekania ze współżyciem seksualnym do ślubu".
Zamiast naskoczyć na impertynenckiego dziennikarza, jak zrobiłaby większość jego kolegów z NFL, Tebow bez najmniejszego skrępowania odparł, że owszem, jest prawiczkiem. - To jedyny prawiczek w NFL - twierdzi jeden z byłych zawodników.
- Tego gościa nie da się nienawidzić - mówi Bill Romanowski, były wspomagający, który przez 25 lat skutecznie szarżował rozgrywających NFL.
- Na tych, którzy próbują mu dopiec i urazić go inwektywami, patrzy z uśmiechem i mówi "Niech wam Bóg błogosławi".
Zanim rozpoczęła się jego zwycięska passa, Tebow był graczem drużyny Uniwersytetu Florydy. Jego imponujący wzrost i siła sprawdzały się na poziomie akademickim, ale wydawały się niewystarczające, by przejść na profesjonalizm. Komentatorzy i ludzie zbliżeni do NFL zawsze twierdzili, że brakuje mu mentalnej szybkości i precyzji w rzutach, by móc konkurować z zawodnikami pokroju Toma Brady'ego czy Peytona Manninga, najlepszych rozgrywających w lidze.
Po klęsce Detroit - gdy przeciwnicy dosłownie wdeptali Tebowa w błoto, a Broncos przegrali 45:10 - Mark Kiszla, komentator sportowy z "The Denver Post", zachęcał do "modlitwy o litość". "Błagamy, w imię niebios, dajcie nam wreszcie prawdziwego rozgrywającego" - pisał.
To, co wydarzyło się później, wstrząsnęło Kiszlą, bo to właśnie Tebow okazał się zawodnikiem, o którego się modlił. W ostatni weekend miliony telewidzów kręciły z niedowierzaniem głowami, gdy Tim Tebow, odczekawszy cierpliwie do drugiej minuty przed zakończeniem meczu przeciwko Chicago Bears, dokonał szóstego z rzędu cudu. - To była prawdziwa magia - podsumował oszołomiony Kiszla.
Dla wielu kolegów z drużyny manifestacyjna religijność Tebowa jest jednak odpychająca. Jeden z byłych rozgrywających Broncos mówił niedawno, że wolałby, żeby Tebow "przestał wreszcie gadać o Jezusie". Inni zauważają, że nie wiadomo, czy Bóg kocha Tebowa, ale na pewno nienawidzi Chicago Bears, którzy aż do spektakularnej akcji rozgrywającego całkiem nieźle sobie radzili.
Wczoraj po południu Tebowa czekał jednak prawdziwy test. Broncos grali przeciwko Brady'emu, trzykrotnemu zwycięzcy finałowego meczu o mistrzostwo i zdobywcy pucharu Super Bowl, oraz jego niepokonanym kolegom z New England Patriots.
Statystyki sugerowały, że tym razem szczęście może odwrócić się od Tebowa, i to podczas meczu, który prawdopodobnie zgromadzi przed telewizorami rekordową widownię w Ameryce.
Wszyscy się zastanawiali, dyskutowali, spierali, zagryzali palce. Wszyscy, tylko nie Tim Tebow. Cóż, statystyka nigdy nie była jego mocną stroną. Tebow woli wierzyć w siłę modlitwy.
Niezależnie jednak od wyniku meczu, który zakończył się po zamknięciu tego wydania, magia Tebowa nie zgaśnie w społeczeństwie amerykańskim. Nie ma wątpliwości, że dokonał już cudu większego nawet niż cudowne zwycięstwa - pokazał, że sportowe gwiazdorstwo nie musi być pozbawione zasad.
Tłumaczenie: Lidia Rafa
Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie PolskaTimes.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.