Menu Region

Uwielbiam podglądać widzów

Uwielbiam podglądać widzów

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska
Prześlij Drukuj
Był muzycznym geniuszem i papieżem. Żeby udowodnić, że nie jest wykutym w kamieniu pomnikiem, przyjął rolę geja i kłamliwego palanta. Niedawno na planie serialu "Naznaczony" czuł się chwilami jak... Bruce Willis. Pytany, kogo by na pewno nie zagrał, rozbrajająco odpowiada - małej dziewczynki
Aktor, który żadnej roli się nie boi. To o panu.
Boi się, ale gra.

Przeczytałam, że słynna włoska reżyserka Liliana Cavani zaprosiła pana na plan.
Zagrałem w jej filmie o Einsteinie. Premiera we Włoszech już za trzy miesiące. Mam nadzieję, że widzowie w Polsce też będą mogli zobaczyć kiedyś ten film.

Jaka to rola?
Mój bohater jest czarnym charakterem. Jestem przyjacielem Einsteina z czasów studiów. Niemcem, niezwykle zdolnym człowiekiem, który jednak z zazdrości stał się antagonistą wielkiego uczonego i potem wstąpił do NSDAP. To postać lekko podkoloryzowana, ale prawdziwa.

Jednym słowem, prawdziwa włoska przygoda. Ale pan ma też za sobą syberyjską przygodę na planie filmu "Czeluskin 2".
Z Syberii wróciłem niedawno. Spełniło się moje dziecięce marzenie. Zawsze chciałem tam pojechać. To marzenie wiąże się z pewną rodzinną historią. Mój praprapradziadek jako powstaniec listopadowy został zesłany na Syberię. Opowieści o nim i o jego pobycie rozbudzały przez lata moją dziecięcą wyobraźnię.

"Czeluskin 2" to film wyjątkowy, coś na kształt horroru.
Na pewno eksperymentalny. Reżyserem jest Michał Bulik. Polak i debiutant. Chociaż w prasie można było przeczytać, że jest znanym... rosyjskim reżyserem. Nie pogniewał się jednak, bo napisali o nim, że jest znany (śmiech). Film był kręcony za polskie pieniądze i z polską ekipą, ale został zagrany w języku rosyjskim. Akcja dzieje się w bazie wojskowej Czeluskin - najdalej wysuniętej na północ. Naprawdę żyją tam pogranicznicy. Chociaż warunki są raczej nie do życia. Tubylców można spotkać dopiero kilkaset kilometrów dalej.

Pana bohater to...
Reporter polskiego pochodzenia, właściwie pół Litwin, pół Polak. Wpłynąłem nieco na scenariusz, dodając mojemu bohaterowi trochę polskiej krwi, żeby usprawiedliwić mój rosyjski akcent. Grana przez mnie postać dostaje się do bazy wojskowej i prowadzi w niej śledztwo. A dzieją się tam naprawdę niesamowite historie, takie z pogranicza horroru.

Co się pamięta z takiej wyprawy filmowej na Syberię?
Zacząłem się cieszyć wyjazdem już w chwili, kiedy wsiedliśmy do helikoptera. Na początku widziałem tylko zamarznięte rzeki i coraz mniejsze drzewa. Potem był zamarznięty ocean i wokół sama biel. Można więc sobie wyobrazić, jakie tam są temperatury, skoro ocean zamarza. Wylądowaliśmy w bazie wojskowej. Czekało na nas siedmiu żołnierzy. Warunki były wyjątkowe, jak na plan filmowy. Pamiętam, gdy przed wyjazdem ekipa TVN poprosiła nas, żeby zarezerwować hotel w pobliżu. Bo chcieli się do nas wybrać i zrobić reportaż z planu. Tymczasem już na miejscu okazało się, że najbliższa osada była oddalona od naszej bazy setki kilometrów. Nie było też zasięgu. Więc odpoczywaliśmy od telefonów komórkowych. Cisza, jakiej nigdy przedtem nie słyszałem. Kamera zamarzała. Największym luksusem była bania, a potem kąpiel w przerębli przy minus piętnastu stopniach Celsjusza. Ciepło, bo już wiosna.

Takie surowe życie może być piękne?
Żeby umyć talerz, trzeba było najpierw wyrzucić resztki jedzenia. Potem nalać z przerębli zimnej wody, ogrzać to na drewnianej kuchni. I dopiero wtedy można było go umyć. Dla człowieka z miasta taki pobyt to nieprawdopodobny odpoczynek. Chociaż wszystko na miejscu robiliśmy sami. Pyta pani, czy surowe życie jest piękne? Ja już za Syberią tęsknię. A co będzie na ekranie? Mam nadzieję, że jakaś prawda. Każdy amerykański producent zrobiłby taki film w studiu filmowym. I śnieg byłby sztuczny. Ja nie musiałem grać, że marznę. Naprawdę marzłem. Odmrożenia też były prawdziwe.

Horror syberyjski to jeszcze nie koniec worka z propozycjami, który się rozsypał. Teraz pracuje pan w Polsce nad serialem "Naznaczony". To kino tajemnicy. Coś w rodzaju "Twean Pinks". I znowu główna rola.
W tym serialu jestem matematykiem. Ojcem rodziny. Człowiekiem, który skrywa pewną tajemnicę. Taki grzech z przeszłości. I przez ten grzech ściga go człowiek, o którym tak do końca nie wiadomo, czy jest człowiekiem o paranormalnych zdolnościach, czy może zjawą. W naszym serialu rzeczywistość jest ładnie sfotografowana, ale niesamowita. Pierwszy odcinek kręciliśmy nad morzem. Na kutrze.

Aktor podobno jest nieszczęśliwy dwa razy - gdy nie gra i gdy gra. Daje pan radę żyć w tym szalonym tempie?
Wczoraj poszedłem sobie na molo w Sopocie. Właściwie przybiegłem, żeby je zaliczyć. Pamiętam, że kiedyś tu przyjeżdżałem. I mogłem sobie spokojnie popatrzeć na fale, pooddychać morskim powietrzem. Na szczęście troszkę odpocząłem na Syberii. Zdałem sobie sprawę z tego, jaka to rozkosz, kiedy telefon nie dzwoni. Ale na tempo życia się nie skarżę. Lubię pracować i dużo grać. Chociaż przydałby się teraz tydzień takiej swobody.

W filmie "Nie kłam, kochanie" zagrał pan kłamliwego palanta.
Na planie tego filmu najbardziej cieszyła mnie duża swoboda pracy. Z Tomkiem Karolakiem improwizowaliśmy od czasu do czasu jakieś dialogi, które potem wchodziły do filmu. To była zwykła praca. No, może poza moim wypadkiem. Podczas zdjęć złamałem nogę. Do dziś mam śrubki. Już po tygodniu od operacji wróciłem na plan. O kulach. W filmie jest taka scena, w której bardzo mocno obejmuję Martę Żmudę. Tak naprawdę obejmowałem ją dlatego, żeby się na niej wesprzeć. Jest też inna scena, w której jestem bardzo zielony. To było tuż po złamaniu nogi. Chociaż jeszcze wtedy myślałem, że to tylko skręcenie. Więc dalej grałem. Na szczęście sceny taneczne były filmowane przed wypadkiem z nogą.

Bardzo mnie pan zaskoczył rolą kryptogeja w "Lejdis". Nasi aktorzy uciekają od takich filmowych wizerunków. A pan się nie bał, w dodatku po... papieżu.

Bałem się. Zresztą aktor każdej roli się boi. Zastanawia się nad tym, czy to będzie dobry film. Czy nie napotka na planie zbyt wiele kompromisów. Pani pozytywnie oceniła ten wybór. Ale nie wszystkim się podobał. Dostawałem listy od ludzi, którzy czuli się rozczarowani tym, że pojawiłem się w "Lejdis". Pisali, że w tym filmie jest tyle wulgaryzmów. Chociaż ja uważam, że moja postać nie była wulgarna.

Była raczej tragiczna.
Może to zbyt górnolotnie zabrzmi, ale aktor czasami robi rzeczy ważne. Od czasu do czasu ma szansę na to, żeby na przykład powiedzieć, że nietolerancja czy rasizm biorą się często z niewiedzy. Nie wiemy, co czuje gej. Więc się go boimy. Nie najlepiej o nim myślimy. Aktorzy mają szansę pokazać tego innego, jak się nam wydaje, człowieka. A problem kryptogejów istnieje. Zwłaszcza w Polsce, w katolickim kraju. Uważam, że nasza historia opowiedziała coś szczerego.

Misja czy zarabianie? Co bardziej się liczy w tym zawodzie?
Aktor jest do wynajęcia. I każdy aktor ma swój kręgosłup. Wybiera to, co mu bardziej odpowiada. Myślę, że tylko misyjne spojrzenie na aktorstwo jest już nieaktualne. Zresztą trudno ocenić, co może być misją, a co nie. Czasami dubbingujemy głos myszki. I wydaje się nam, że to rzecz mało poważna. A potem się okazuje, że dzieci słuchając tego głosu, bawią się przy tym świetnie. Uwielbiam podglądać widzów w teatrze. Grając z panią Martą Lipińską w "Namiętnej kobiecie", podpatrywałem widownię przed pójściem kurtyny w górę. Widziałem człowieka, który siedział lekko naburmuszony. Może żona go wyciągnęła do teatru? A może tego dnia nie miał nastroju? I po jakimś czasie zaczyna się na spektaklu cieszyć jak dziecko.

Mówi pan, że czasem jest to sztuka, a czasem komercja?
Aktor jest do wynajęcia, ale nie za wszelką cenę. Wszyscy musimy teraz chodzić na dwóch nogach. Tworzyć coś lekkiego i coś poważnego. Ale cokolwiek się robi, trzeba to robić jak najlepiej. Tak naprawdę aktor jest panem sytuacji tylko w teatrze. Szmata - jak mówimy na kurtynę w na-szym żargonie - idzie w górę i aktor jest na scenie sam ze swoją rolą. Tymczasem w filmie jest inaczej. Wpływ na rolę jest dużo mniejszy. Montażysta za to wiele może. Ze złego aktora potrafi zrobić niemal geniusza i na odwrót.

Czego by pan nie zagrał?
Na pewno małej dziewczynki. A tak poważnie, staram się być wierny sobie. Role przyjmuję intuicyjnie. Czuję, że coś będzie wartościowe, więc biorę. Albo jest tak jak w "Czeluskinie". Chciałem spróbować ekstremalnego planu filmowego. I nie żałuję.

A jeśli pan odmawia, to kiedy?
Kiedy czuję, że coś jest nastawione tylko na zysk. Że nie ma w tym absolutnie żadnej dodatkowej wartości. Słyszę to już w telefonie, kiedy pada propozycja. Nie zagram też w filmie, w którym historia jest zakłamywana. Odmówiłem roli w amerykańskim filmie, w którym Polacy mieli rozstrzeliwać Żydów, a Niemcy się mieli temu przyglądać, pijąc alkohol. Nie przyjąłem propozycji zagrania i jestem zadowolony, bo ten film w końcu nie powstał.

Niedawno stanął pan też po drugiej stronie kamery jako producent. Był pan koproducentem filmu "Kierowca" z Christopherem Lambertem. Co pana w tej roli pociąga?

Od nas aktorów niby tak dużo zależy, ale naprawdę to zależy niewiele. A producent to człowiek, który decyduje o tym, jaki ten film będzie, w którą stronę pójdzie. Dlatego dla producentów też są Oscary.
..


Rozmawiała Ryszarda Wojciechowska (r.wojciechowska@prasa.gda.pl)

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się