Menu Region

Europa nie obroni się przed globalną zapaścią

Europa nie obroni się przed globalną zapaścią

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Krzysztof Rybiński, ekonomista, były wiceprezes NBP

1Komentarz Prześlij Drukuj
Unia musi mówić jednym głosem, a świat powinien powołać globalny bank centralny - z Krzysztofem Rybińskim, ekonomistą, byłym wiceprezesem NBP, rozmawia Marek Pielach.
Czy Unia Europejska poradziłaby sobie z takim kryzysem gospodarczym, z jakim mierzą się teraz Stany Zjednoczone?
Pewnie nie. Nie mamy rządu federalnego, nie mamy też odpowiednika FED, czyli banku centralnego, który składa się z ekonomistów i bankierów, którzy mówią tym samym językiem. Obawiam się więc, że tempo podejmowania decyzji i sprzeczne interesy różnych krajów spowodowałyby, że bylibyśmy znacznie mniej efektywni od Amerykanów.

Jesteśmy bezbronni wobec kryzysów?
Zupełnie bezbronni nie jesteśmy. Podpisano przecież specjalne memorandum między krajami Unii Europejskiej, które reguluje działania w przypadku kryzysu przekraczającego granice jednego państwa. Treść tego dokumentu jest jednak poufna, żeby nie stwarzać wrażenia, że za długi prywatnych firm w sytuacji kryzysowej zapłacą podatnicy.

To znaczy, że w razie czego znajdą się tak duże pieniądze na ratowanie kursu euro?

Akurat Amerykanie nie ratowali kursu dolara, tylko pozwolili mu się znacząco osłabić, żeby eksporterzy osiągali dobre wyniki i zatrudniali te osoby, które zwalnia sektor budowlany. W ekonomii jednak zawsze jest coś za coś i wkrótce zapłacą za to wzrostem inflacji. W ogóle Amerykanie podjęli szereg decyzji, które będą miały bardzo negatywne konsekwencje. Bo przecież nawet gdyby policzyć wszystkie aktywa przejęte przez komunistów po 1945 roku, to i tak ta suma będzie drobnym ułamkiem tego, co Amerykanie w ciągu kilku ostatnich dni znacjonalizowali. I to jest zupełnie szokujące w kraju o takich tradycjach wolnorynkowych.

To jaka byłaby wolnorynkowa recepta na kryzys? Jeśli nie znacjonalizujemy banków, one zbankrutują, zwolnią ludzi i sytuacja zrobi się jeszcze gorsza.
Niekoniecznie. Na miejscu bankrutów powstałyby nowe, lepsze firmy. Zadziwiające, że Międzynarodowy Fundusz Walutowy nie wsłuchał się w recepty, które dawał w takich sytuacjach innym krajom - pozwólcie, żeby niewidzialna ręka rynku zadziałała, niech słabi upadną, a mocni przetrwają. Nie powiększajcie deficytu budżetowego, regulujcie rynek finansowy. Kiedy na nich przyszedł kryzys, Amerykanie zachowali się dokładnie odwrotnie. To taka dwoistość - dr Jekyll i Mr Hyde. Co innego mówi się innym krajom, co innego robi u siebie.

Skoro USA uległy takim pokusom, to mniej wolnorynkowa Europa też jest na nie narażona?
Tak. W Europie ta pokusa wzmocnienia roli państwa będzie jeszcze silniejsza. To widać wyraźnie na przykład w podejściu Bundesbanku. Znakiem czasu jest to, że nawet liberalna Wielka Brytania nacjonalizuje banki. W dodatku Rosja i Chiny kupują akcje za rządowe pieniądze i wszyscy ten kryzys pogłębiają.

Największym europejskim problemem jest jednak brak synergii - w razie kryzysu Niemcy mogą zrobić co innego, Polacy co innego, a ich decyzje mogą się wzajemnie znosić?
Tak. Jest to problem na skalę europejską, ale i na skalę światową. Pisałem o tym na łamach "Financial Times" i "The Economist". Żyjemy w czasach, w których zjawiska ekonomiczne mają wymiar globalny. I kryzysy są globalne, i inflacja jest globalna. Ta ostatnia już tylko w połowie zależy od zjawisk krajowych, a w połowie od sytuacji na rynkach międzynarodowych. Dlatego potrzeba nam więc globalnej polityki ekonomicznej. Nadszedł po prostu czas, aby powstał globalny bank centralny, globalny regulator.

Wyobraża Pan sobie europejskich biurokratów, którzy mówią "my się nie znamy, oddajmy naszą władzę globalnemu bankowi centralnemu"?
Ma pan rację, że to trudne do wyobrażenia. Europa przez ostatnią dekadę udowodniła przecież, że jest krótkowzroczna i myśli tylko kategoriami czteroletnich cykli politycznych. Zamiast myśleć o tym, jak będzie wyglądał nasz kontynent za 20 lat, zastanawiamy się, jak przekonać Irlandczyków, aby zmienili zdanie co do traktatu lizbońskiego. Otrzeźwienie kiedyś jednak musi przyjść. Obyśmy zrozumieli to, zanim nadejdzie u nas kryzys gorszy niż w Stanach.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

1

Komentarze

zwiń wszystkie wątki najnowsze najstarsze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się

Naiwna ekonomia

+1 / -2

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

Jacek zarazek (gość)  •

"I to jest zupełnie szokujące w kraju o takich tradycjach wolnorynkowych. "
Ilekroć czytam wypowiedzi polskich ekonomistów, tylekroć nie mogę się nadziwić, czym ci ludzie naprawdę są. Bo ta wypowiedź świadczy o kompletnym niezrozumieniu sytuacji ekonomicznej. Przecież, panie ekonomisto, to upaństwowienie jest tylko czasowe. Po pewnym czasie znacjonalizowane instytucje zostaną znowu sprywatyzowane i państwo na tym zarobi. To w ogóle jest metoda w krajach, gdzie rządzą ludzie rozsądni. Wiele lat temu namawiałem, aby coś podobnego robić w Polsce. Jest wiele przedsiębiorstw prywatnych, które można by znacjonalizować z różnych powodów, zamiast pozwalać im na bankructwo, a potem znowu sprywatyzować ponownie. Niestety polska szkoła ekonomii jest zbyt ograniczona, aby zrozumieć takie rozwiązania.
No i ta opinia o inflacji. Inflacja w USA już byłą, teraz zaczyna się proces odwrotny.

odpowiedzi (0)

skomentuj