Sprawa Ziętary: groźne powiązania

    Sprawa Ziętary: groźne powiązania

    Krzysztof M. Kaźmierczak

    Głos Wielkopolski

    Aktualizacja:

    Głos Wielkopolski

    Jedyne w Polsce morderstwo dziennikarza na zlecenie pozostaje niewyjaśnione. Minęło 16 lat, odkąd 24-letni Jarosław Ziętara zaginął w drodze do redakcji "Gazety Poznańskiej".
    Jako pierwsi zapoznaliśmy się z wszystkim jawnymi (część jest tajna) dokumentami zgromadzonymi przez prokuraturę w sprawie dziennikarza. Dowodzą one nieudolności organów ścigania w wyjaśnianiu tej bulwersującej sprawy. Niektóre okoliczności wskazują na to, że popełnione błędy mogły nie być dziełem przypadku czy braku profesjonalizmu.

    Początek lat 90. był okresem tworzenia się w Polsce fortun. Wielu dzisiejszych milionerów robiło swoje pierwsze wielkie interesy. Często łamiąc prawo, wykorzystując nieformalne powiązania z urzędnikami oraz funkcjonariuszami PRL-owskich służb. Wielu policjantów uważa, że Ziętara zginął, bo trafił na jedną z takich ciemnych spraw.


    Śledztwo w sprawie dziennikarza prokuratura wszczęła dopiero po roku od jego zniknięcia i to nie z własnej inicjatywy, lecz pod naciskiem rodziny i mediów. Przez długi czas zakładano, że nie doszło do przestępstwa. Chociaż nie było podstaw do tego, przyjmowano, że Ziętara sam postanowił zniknąć lub popełnił samobójstwo. Z akt wynika, że zlekceważono sygnały, które mogły mieć istotne znaczenie. Jednym z nich była informacja, że Ziętara wkrótce po wyjściu z mieszkania wsiadł do radiowozu.

    Po zaginięciu dziennikarza do jego redakcji trafił też anonim z informacją, że kilku oficerów Urzędu Ochrony Państwa wie, co się z nim stało. Autor listu musiał być człowiekiem o sporej wiedzy, gdyż podał nazwiska, którymi funkcjonariusze posługują się operacyjnie, podczas utajonych działań. Z akt wynika, że prokuratura nie podjęła tego wątku, chociaż rodzina dziennikarza mówiła, że pół roku przed zaginięciem wezwano Ziętarę do UOP w Bydgoszczy i oferowano mu pracę lub współpracę.

    Nie doszło do przełomu nawet gdy w1998 roku świadkowie incognito wskazali, kto zabił Ziętarę. Ich zeznania (odmówiono nam wglądu w ich treść) były na tyle wiarygodne, że prokuratura podjęła umorzone śledztwo. Niestety, poszukiwania zwłok w okolicy wskazanej przez świadków nie dały rezultatu.

    - Nie podano dokładnego miejsca ukrycia ciała. Teren był rozległy. Jego przekopanie byłoby zbyt czasochłonne. Użyto zatem nietypowej metody, która nie jest stosowana do odnajdywania zwłok. To był eksperyment. Po niepowodzeniu powinno się zastosować metody tradycyjne, ale tego nie zrobiono - uważa poznański policjant (jak wszyscy nasi rozmówcy, nie chce podawać nazwiska).

    Po fiasku poszukiwań prokuratura zdecydowała się na desperacki krok: rozmowę w otwarte karty z osobą wskazaną jako morderca. Odsiadywał on wtedy karę wieloletniego więzienia za usiłowanie innego zabójstwa. Skazaniec odmówił rozmowy o dziennikarzu. - Jeśli on faktycznie zabił, to sprawę spalono, ostrzeżono podejrzewanego. Na coś takiego można się zdecydować tylko wtedy, gdy ma się mocne dowody - ocenia oficer policji.

    Ustaliliśmy, że skazaniec był na początku lat 90. powiązany z poznańskim biznesmenem, który należał do sponsorów policji i był dobrym znajomym Kazimierza K., ówczesnego komendanta wojewódzkiego. Z akt nie wynika, by kiedykolwiek badano ten wątek. W ubiegłym roku wskazany przez świadków incognito mężczyzna wyszedł na wolność...

    Zajmujący się przed 10 laty sprawą Ziętary prokurator Andrzej Laskowski nie chce o niej rozmawiać. Trudno się dziwić, w prokuraturze mówi się, że to jego największa porażka.

    Poważne wątpliwości budzą związki ze sprawą osób wywodzących się ze Służby Bezpieczeństwa oraz mających bliskie kontakty ze światem przestępczym. Ustaliliśmy, że policjant, który zajmował się zaginięciem Ziętary w początkowej fazie poszukiwań (w czasie, gdy popełniono liczne błędy utrudniające ustalenie jego losów), był byłym porucznikiem SB. Oficerowie bezpieki byli też wśród funkcjonariuszy UOP wskazywanych w anonimie jako osoby, które wiedzą, co stało się z dziennikarzem.

    Liderem powołanej w 1994 roku specgrupy policyjnej szukającej Jarka był natomiast policjant, którego potem aresztowano za korupcję na znaczną skalę (za pomoc w ukręcaniu śledztw przyjął łapówki w wysokości co najmniej kilkuset tysięcy złotych). Oficer ten podczas poszukiwań lekceważył istotne okoliczności związane z zaginięciem, a wręcz (jak uważał ojciec dziennikarza) sabotował śledztwo.

    - Nie wiadomo od jak dawna on pracował dla drugiej strony. Powinno się sprawdzić, jaka było jego rola w nieudolnych poszukiwaniach redaktora - mówi jeden z poznańskich policjantów.

    Obecnie, po umorzeniu sprawy w 1999 roku, nie robi się nic, by odkryć prawdę o zaginięciu Jarka. Nie żyją rodzice dziennikarza, którzy przez lata starali się, by organy ścigania nie zapomniały o sprawie. Ziętarą nie zajęło się utworzone w Poznaniu w 2005 roku tzw. Archiwum X. Nie zbadano nawet w bazie komputerowej odcisków palców, które zabezpieczono przed laty.

    Czy można jeszcze wyjaśnić, co stało się z dziennikarzem? Zdaniem naszych rozmówców jedyną szansą jest przekazanie śledztwa poza Wielkopolskę. - U nas jest syndrom Ziętary. To synonim porażki, a do zajmowania się sprawami przegranymi nie ma chętnych. Poza tym nie wiadomo do końca, kto w tej sprawie ma całkiem czyste ręce. Choćby z tego powodu powinna trafić do innego województwa - twierdzi oficer policji.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo

    Gry