Menu Region

Irlandczycy nie przejmują się Unią

Irlandczycy nie przejmują się Unią

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Tom Galvin

Prześlij Drukuj
Z Tomem Galvinem, dziennikarzem irlandzkiego dziennika "Evening Herald" i autorem książki o Polsce, rozmawia Anna Gwozdowska
Zwolennicy traktatu z Lizbony tłumaczyli Irlandczykom, że swój oszałamiający sukces gospodarczy zawdzięczają UE i dlatego powinni zagłosować na tak. Czy rzeczywiście o UE w Irlandii mówi się tak dobrze?
W każdym razie korzyści płynące z członkostwa były głównym argumentem obozu zwolenników traktatu. Rzeczywiście, po 1973 r., kiedy dołączyliśmy do EWG [dzisiejsza UE - red.], mogliśmy wreszcie cieszyć się wolnością handlu, przestaliśmy zależeć od brytyjskiego rynku. Otrzymaliśmy wtedy z Unii olbrzymią pomoc na inwestycje infrastrukturalne. Nie ma co do tego wątpliwości.

A gospodarka? W większości krajów UE podatki są wysokie, może więc wasz sukces zawdzięczacie korzystnemu systemowi podatkowemu i ciężkiej pracy...
Sukces "celtyckiego tygrysa" wziął się głównie z inwestycji wielkich korporacji, przede wszystkim amerykańskich, zwabionych niskimi podatkami od firm. Zresztą przeciwnicy UE obawiają się, że traktat z Lizbony nam ten korzystny system podatkowy odbierze.

A co zawdzięczacie Unii Europejskiej?
Nasza gospodarka rozwijała się szybciej niż w innych krajach UE m.in. dzięki boomowi na firmy informatyczne, ale nie mielibyśmy odpowiednio wysoko wykwalifikowanej siły roboczej gdyby nie Unia. Nie nadążylibyśmy z zapełnianiem nowych miejsc pracy. Myślę więc, że Irlandia nie stałaby się przykładem gospodarczej prosperity dla całej Europy bez pomocy z UE.

W przeddzień referendum we wszystkich mediach było pełno Irlandii. Tytuły gazet krzyczały, że przyszłość Unii Europejskiej zależy od trzech milionów Irlandczyków. Czuliście to brzemię odpowiedzialności?
To, co dzieje się w UE, wcale nie zaprząta uwagi Irlandczyków w takim stopniu, jakby to chciały widzieć europejskie media. Nie sądzę, abyśmy zdawali sobie sprawę z tego, że reszta Europy na nas patrzy. Żyjemy na wyspie. To oczywiście truizm, ale oznacza, że choć stanowimy część Unii Europejskiej, geograficznie rzecz biorąc, nie jesteśmy Europą. Tutejsi Polacy nazywają nas zresztą "wyspiarzami". Dlatego czujemy się trochę wyizolowani.

Trudno uwierzyć, że Irlandczycy nie emocjonowali się referendum. Nie rozmawialiście o tym na ulicach, w kawiarniach, w domach?

Rzeczywiście to był temat numer jeden, ale głównie dlatego, że zaangażował się w to cały rząd i poszczególne partie polityczne. Na co dzień toczyły się na temat traktatu ostre debaty. Gdyby jednak nie było referendum, UE mogłaby przyjąć traktat i proszę mi wierzyć, niewielu Irlandczyków wiedziałoby, że cokolwiek się stało.

Kto popiera w Irlandii traktat?
To zaskakujące, ale w tej sprawie większość partii politycznych jest zgodnych, mimo że na co dzień skaczą sobie do gardeł. Partia rządowa Fianna Fáil, główna partia opozycyjna Fine Gael, określająca się jako ugrupowanie postępowego centrum, a nawet tradycyjnie lewicowa Partia Pracy - wszystkie one są za traktatem.

A przeciwnicy ratyfikacji traktatu lizbońskiego? Stworzyli niezwykle głośną i przekonującą kampanię.
Głównym przeciwnikiem traktatu jest Sinn Féin, polityczne ramię IRA. Ich najpoważniejszym zarzutem jest zagrożenie, jakie traktat stanowi dla irlandzkiej neutralności. Jest też sporo innych grup politycznych, które obawiają się, że traktat zagrozi naszemu systemowi podatkowemu. Do przeciwników należą także prawicowi katolicy, którzy boją się, że unijne sądy zmuszą nas do zmiany irlandzkiego prawa zakazującego aborcji.

Przeciwnicy mówią, że Irlandia, kraj stosunkowo niewielki, z powodu ewentualnej ratyfikacji traktatu straci możliwość obrony swoich narodowych interesów. Mają rację?

Dobrze, że użyła Pani słowa "obawa". Jeśli nie zna się faktów, podejmuje się decyzję na podstawie lęków. Dlatego zresztą cała ta kampania była nakierowana na ludzkie emocje. Proszę pamiętać, że większość Irlandczyków, którzy wzięli udział w referendum, nie ma pojęcia o traktacie i w sumie niewiele ich to obchodzi.

Trudno im się dziwić. To wyjątkowo nieprzyjazny czytelnikowi dokument.

Też go nie czytałem. Znajomi, którzy to zrobili, uznali, że tego praktycznie nie da się czytać. Dlatego tak wielu ludzi przekonała kampania przeciwników traktatu. Taka nasza ludzka natura. Na ulicach irlandzkich miast widać było np. taksówki z wielkimi plakatami: "Głosuj nie!".

Eurosceptycy z innych krajów unijnych zazdroszczą Irlandczykom. Mówią nawet, że Irlandia jest w tej chwili jedynym demokratycznym państwem w Unii, bo tylko jej obywatele mogą decydować o polityce własnego kraju.
Jako jedyni w Unii przeprowadziliśmy referendum, bo tak mówi nasza konstytucja. Niektórzy obawiali się, że stracimy to prawo, jeśli powiemy traktatowi "tak". Przyznam, że to był rzeczywiście poważny argument przeciw.

Co się więc stanie, jeśli Irlandia odrzuci traktat?
Może będziemy się czuli jeszcze bardziej osobni? A może nic się nie stanie. Unia zaplanuje z pewnością coś nowego.Tom Galvin - publicysta i pisarz, mieszka w Irlandii, autor książki o Polsce "There?s an Egg in my Soup". Pracuje w dzienniku "Evening Herald". Od 1994 r. mieszkał przez kilka lat w Polsce, uczył angielskiego w szkole i pracował jako dziennikarz w "The Warsaw Voice" i w Radiu Polonia

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się