Menu Region

Stocznie to nie Westerplatte

Stocznie to nie Westerplatte

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Jeremi Mordasewicz, ekspert PKPP "Lewiatan"

4Komentarze Prześlij Drukuj
Rząd chce ratować stocznie, a ogłaszanie ich upadłości minister skarbu Aleksander Grad uważa za ostateczność. Ale chęci to za mało, by przekonać Unię, której cierpliwość do Polski już dawno się wyczerpała - pisze Jeremi Mordasewicz, ekspert "Lewiatana".
Tej sytuacji winne są kolejne rządy niechętne prywatyzacji i urzędnicy Ministerstwa Skarbu. Ludzie, którzy przetrwali niejednego szefa tego resortu. Nie bardzo się starali, by przyspieszyć proces prywatyzacji. Na pytania potencjalnych inwestorów odpowiadali po skandalicznie długim czasie.

Na ile była to świadoma blokada polityczna, nieudolność, a na ile obawa przed podejmowaniem decyzji? Z pewnością bezpieczniej jest po staremu zarządzać majątkiem. A że w ten sposób przynosi on straty? To już nie problem urzędników.

Straty stoczni w Szczecinie w ostatnich latach wynoszą 1,3 mld, a Gdyni - 1,2 mld zł. Oczywiście, można je tłumaczyć wzrostem wartości złotego wobec dolara. Ale to nas, podatników, nie powinno obchodzić. Od zarządu firmy należałoby oczekiwać, że będzie się ubezpieczał od ryzyka kursowego.

Politycy mówią, że na uratowanie jednego miejsca pracy trzeba wyłożyć około 100 tys. zł. Gdyby udało się w ten sposób zabezpieczyć stoczniowcom pracę na najbliższe 10 czy nawet 20 lat, byłaby to dobra inwestycja. Ta kwota nie powinna szokować, skoro już od lat na jednego stoczniowca wydajemy kwotę rzędu 50 tys. zł rocznie.

Plan restrukturyzacji może stworzyć właściciel, który wykłada pieniądze, a nie państwo, które nic nie ryzykuje. Cały ten polityczny dialog o stoczniach zmierza ostatnio w złym kierunku. Mark Twain pisał: pamiętaj, że za 20 lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. I tak właśnie jest z naszymi ministrami skarbu. Nie rozliczamy ich ze spraw, które zostały zlekceważone. I jeżeli nadal bez sensu mamy dokładać do stoczni pół miliarda zł rocznie, to może lepiej wypłacić stoczniowcom te pieniądze do ręki? Dla ponad 10 tys. ludzi to spora kwota do podziału.

Na wyzerowanie długów stoczni potrzeba 400 mln zł dla Szczecina oraz 800 mln dla Gdańska i Gdyni. Ale samo wrzucanie pieniędzy do tej studni bez dna nie wystarczy. Potrzebny jest plan, który zagwarantuje rentowność i perspektywę rozwoju. Nie dziwię się, że Komisja Europejska jest tak oporna na nasze argumenty. Sami jesteśmy sobie winni. Poprzednie rządy wielokrotnie składały Unii obietnice i nie wywiązywały się z nich.

Na razie KE mówi tak: dokładanie pieniędzy do stoczni jest zakłócaniem konkurencji między stoczniami polskimi, niemieckimi czy włoskimi. Dlatego Wspólnota gotowa jest jeszcze chwilę przymykać na to oko pod warunkiem, że przedstawiony przez Polskę program restrukturyzacji stoczni będzie realny.
1 »

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

3

Komentarze

zwiń wszystkie wątki najnowsze najstarsze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się

KR - co ty pleciesz?

+8 / -3

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

Kaszebe (gość)  •

Owszem,były w Łodzi przestarzałe fabryki ale były też nowoczesne.Pieprzenie że cała produkcja szła do Ruskich za frajer to takie samo kłamstwo jak rozliczenia polskich stoczni.Polski przemysł odzieżowy zaopatrywał przede wszystkim polski rynek.Do przemysłu odzieżowego państwo nie dopłacało.Sprawy Łodzi znam lepiej niż to Ci się wydaje.

odpowiedzi (0)

skomentuj

do Kaszebe

+7 / -3

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

KR (gość)  •

Polskie przedsiębiorstwa odzieżowe opierały swoją produkcję na eksporcie do Rosji sowieckiej. Nigdy za to nikt im nie płacił, za to dostawali pieniądze z budżetu państwowego. Tony bubli 'na Rosję' były niskiej wartości, robione w długich seriach, gdzie latami się szyło ten sam chłam, bo ruscy i tak wszystko brali. Niewielkie produkcje na Zachód były bardzo tanie i tylko i wyłącznie dlatego, że sprzedawano je za grosze i pod nazwą zupełnie innych producentów, można było coś tam wysłać i zarobić. Fabryki odzieżowe i tekstylne w momencie kiedy straciły Rosyjskich klientów (bo byli niewypłacalni i 'dawali' nam za to kałasznikowy), nie miały gdzie upchnąć tego chłamu. Stare maszyny, (krosna pamiętające czas międzywojenny), brak surowców i brak rynków zbytu spowodował, że te molochy były warte tyle, co budynki o ziemia, na której stały. Państwo wówczas nie miało programów pomostowych, restrukturyzacyjnych dla przemysłu lekkiego, więc żeby nie dopłacać tak jak dopłacali i dopłacaja stoczniom i kopalniom, molochy zostały pozamykane. Polski przemysł odzieżowy to był kolos na glinianych nogach, produkujący m.innymi kalesony dla sowieckiej armii za darmo. I nie opowiadaj głupot Kaszebe, jak nie wiesz o co chodzi. Mnie nie zagniesz, bo ja jestem z Łodzi i z tej branży.

odpowiedzi (0)

skomentuj

Pan Mordasewicz bzdury pisze.

+7 / -3

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

Kaszebe (gość)  •

Polski przemysł odzieżowy padł dlatego,że w wynku złodziejskiej prywatyzacji fabryki przeszły za psi grosz w prywatne ręce i zostały natychmiast zamknięte.Pewnie że polityka nie może sterować gospodarką ale też powtarzanie mantry że tylko prywatne przedsiębiorstwo będzie dobrze pracować to zwykłe kłamstwo.Po prostu prywatni właściciele są bezkarni - spokojnie mogą oszukiwać pracowników i klientów.

odpowiedzi (0)

skomentuj