Mariusz Grabowski
Data dodania: 2008-09-03 09:28:57 ▪ Ostatnia aktualizacja: 2008-09-03 09:51:01
Edmund Niziurski, nauczyciel i powieściopisarz, od 54 lat pisze o urokach szkolnego życia (© PAP)
Zabawne cytaty z uczniowskich wypracowań, publikowane tu i ówdzie w ambitnej prasie kolorowej, pieszczą naszą intelektualną i estetyczną wrażliwość od niepamiętnych czasów.
Teraz możemy nabyć obszerny wybór tych cudownych lapsusów, ubrany w nieco poważniejszą okładkę: jutro do księgarń trafi tom "Humor zeszytów szkolnych z lat 1948-2008". Zapewniamy: to jedna z najzabawniejszych premier wydawniczych tej jesieni.
Warto włączyć go do swojej biblioteczki, bo przecież dziecięco-młodzieżowa inwencja intelektualna przekracza ciasne ramy wytyczone przez największych filozofów i komediantów. Blisko 300-stronicowa publikacja, skrzętnie podzielona na działy i poddana chronologicznej selekcji, wyrwie z okowów rozpaczy nawet najbardziej przybitego melancholika.
Zaglądamy więc przykładowo w ciemne lata stalinizmu i od razu znajdujemy uroczy wpis oddający klimat tamtej epoki: "Dziś kobiety nie pierzą się w domu, bo do tego służą im pralnie państwowe". Niżej kolejny, pochylony nad ciężką dolą niewiasty, którego autor z animuszem krytykuje obrzydliwy feudalizm: "Dawniej kobiety też były chłopami pańszczyźnianymi".
Duch socjalistycznego hurraoptymizmu zawisł także nad młodzieńcem, który postanowił aktywnie przyczynić się do lepszego jutra ojczyzny, ogłaszając w swoim wypracowaniu minimanifest: "Na żniwa pojadę do wuja, by pomóc mu w rżnięciu".
O tym, że młodzież chętniej uczestniczyła niegdyś w pracach nie tylko w polu, ale i w zagrodzie, przekonuje autor zdania: "Grzyby zamarynowaliśmy razem z ciocią".
Równie barwne są konstatacje historyczne i krytyczno-literackie: "Stanisław August Poniatowski został królem podczas erekcji" albo "Jacek Soplica szukał zapomnienia pod habitem zakonnym". Na koronę mistrza absurdu zasłużył smyk, któremu do głowy przyszła taka oto myśl: "Król Waza, jak sama nazwa wskazuje, lubił zupę".
Szczególny popis małolaty dają na niwie seksualnej. Pewien bezdyskusyjny znawca tematu zauważa w swojej rozprawce, że: "Choroby weneryczne są rozpowszechniane głównie przez radio i gazety". Inny znowuż paleoseksuolog wywodzi, że: "ludzie pierwotni mieli narządy z kamienia", a na baczniejszą uwagę zasługuje zdumiewająca wzmianka o Napoleonie, "który miał dużo dzieci, bo przywiózł sobie z Afryki członka".
Nic dziwnego, że świat szkolnego nonsensu padł łupem językoznawców. Trzy lata temu światło dzienne ujrzał opasły traktat "Humor z zeszytów szkolnych", w którym redaktor Marta Pelinko starała się dociec źródeł krętych drogi dziecięcych skojarzeń. I tak okazało się, że nic nie dzieje się tu przypadkiem. "Absurd królujący w szkolnych kajetach rodzi się na styku konstrukcji homonimicznych i dezautomatyzacyjnych" - wywnioskowała autorka.
My polecamy nieco bardziej przystępne opisy. Na przykład te z powieści Edmunda Niziurskiego. 83-letni dziś autor w "Sposobie na Alcybiadesa", "Niewiarygodnych przygodach Marka Piegusa" czy "Księdze urwisów" jak żaden inny pisarz na świecie przedstawia odwieczną walkę między uczniakami a belframi - również tę w dziedzinie nonsensu.
Urokowi absurdu ze szkolnych ławek nie oparli się także najbardziej zainteresowani, czyli belfrzy. Na internetowym nauczycielskim portalu Menis.pl powodzeniem cieszą się wypisy z uczniowskich dzienniczków, jak na przykład: "Rzucił w nauczycielkę doniczką i krzyknął trafiłem!". Nietrudno zrozumieć też nauczycielską traumę obecną w uwadze: "Namalował na ławce gołą babę goniącą knura" albo przy wpisie: "Wyrwany do odpowiedzi powiedział, że nie będzie zeznawał bez adwokata".
O tym, że belfrzy nie są gorsi od swoich podopiecznych, przekonują również redaktorki zbioru "Humor zeszytów szkolnych..." Ewa Rychlewska i Anna Januszkiewicz.
Drugą i trzecią część książki (zatytułowane "Nagany i uwagi" oraz "Pedagogiczne potknięcia") poświęciły bredniom autorstwa nauczycieli wpisywanym do uczniowskich dzienniczków. I tak w uwagach o zachowaniu czytamy m.in., że pewien śmiały malec "głaszcze koleżankę po przerwie". Inny "sprawdza językiem koleżance, czy ma wszystkie migdałki", zaś rekord twórczej inwencji popełniła pewna nauczycielka informatyki, zauważając, że "uczeń bawi się jej myszką".
Zmieniają się szkolne mundurki i listy lektur, nad którymi wciąż debatują politycy - jak powszechnie wiadomo, niedościgli znawcy literatury i edukacji. Nie zmienia się za to szkolna chandra (zwłaszcza ta z początku września), na którą najlepszy jest humor z zeszytów. Dokładnie taki sam, jak ten sprzed półwiecza, gdy po szkole przechadzali się Alcybiades, Marek Piegus i czeredy chwackich urwisów.