Menu Region

Bój o dusze uczniów

Bój o dusze uczniów

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Marek Zając

Prześlij Drukuj
W swoich dziejach Kościół doświadczał już, że wiara nie może korzystać z jakichkolwiek narzędzi przymusu. Dlatego nie wolno upodabniać katechezy do lekcji matematyki czy biologii - pisze Marek Zając, publicysta "Polski"
Zaskakująco szerokim echem odbił się w mediach niewielki, wydrukowany na podwale artykuł z czwartkowego wydania "Polski". Tytuł brzmiał: "Księża nie chcą uczyć religii w szkołach, ponieważ boją się agresywnych uczniów". Nikt nie prowadzi statystyk, ilu duchownych czy świeckich katechetów odczuwa podobny lęk. Ale nie ulega wątpliwości, że problemu nie da się zbagatelizować stwierdzeniem, że w grę wchodzą pojedyncze incydenty. Wystarczy porozmawiać z katechetami, zapytać dzieci czy przypomnieć sobie własne szkolne lata.

Naukę religii zacząłem jeszcze przed 1989 r., w cieplarnianych warunkach salki, którą proboszcz wygospodarował w przykościelnym budynku. Piszę o warunkach cieplarnianych nie z przekąsem, ale z prostego powodu: nie pamiętam, żeby w tamtym czasie dochodziło na katechezie do jakichkolwiek drastycznych ekscesów.

Co innego, gdy religia wróciła do szkół. Przez kilka lat w podstawówce napatrzyłem się na najdziksze swawole: szarpanie księdza za sutannę, obrzucanie świeckiego katechety kapslami, odwracanie do góry nogami krzyża powieszonego na ścianie, smarowanie na tablicy wulgaryzmów i pentagramów albo prowokowanie zakonnicy obscenicznymi gestami. Pusty śmiech mnie ogarnia, gdy w mediach demonizuje się zachowanie dzisiejszych uczniów, z rozrzewnieniem wskazując na nie tak dawne czasy, gdy dzieci były ułożone i posłuszne. Otóż nie, mogę zaświadczyć, że już na początku lat 90. działy się rzeczy straszne. Tyle że nie mieliśmy wtedy telefonów komórkowych, żeby tamte wybryki utrwalić, a potem wrzucić do internetu.

Z kolei w liceum, jak na elitarną szkołę przystało, zamiast prymitywnego pastwienia się kwitło lekceważenie i bojkot demonstrowany np. czytaniem gazet ostentacyjnie rozłożonych na ławce albo nieskrępowanym odrabianiem zadań z innych przedmiotów. Przez pierwszą klasę na religii utrzymywała się stuprocentowa frekwencja, potem szeregi powoli rzedły. Masowy odpływ nastąpił po ukończeniu osiemnastu lat, gdy już samemu, bez zgody rodziców, można było zrezygnować z udziału w katechezie. Do matury dotrwała ledwie garstka.

Wcale jednak nie twierdzę, że lekarstwem na wszystkie bolączki byłoby wyprowadzenie - tym razem dobrowolne, a nie wymuszone przez komunistyczne władze - religii ze szkół z powrotem do parafialnych sal. To nie byłoby rozwiązanie, lecz kapitulacja i ucieczka. Katecheza w szkole pozostanie i nie ma sensu strzępić sobie języka na rozważanie alternatywy. Ale tym potrzebniejsza jest refleksja, co zrobić, żeby lekcje religii przestały być dla nauczycieli połączeniem tortur z obozem survivalowym.
1 »

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się