Jamie Oliver chce wreszcie spełnić swe marzenie, otworzyć...

    Jamie Oliver chce wreszcie spełnić swe marzenie, otworzyć wiejski pub

    Andrew Billen

    Polska

    Polska

    Jamie Oliver ma czterdzieści lat. Dojrzał do tego, że właśnie robi bilans swojego życia. Chce uprościć swoje biznesowe imperium i… charakter najdłużej trwającej przyjaźni. Fani nie dopuszczają myśli, by mógł wyhamować, co zapowiada
    Jamie Oliver chce wreszcie spełnić swe marzenie, otworzyć wiejski pub

    ©fot. Joel Ryan

    Gdy pierwszy raz przeprowadzałem z nim wywiad, młody wówczas Oliver już mierzył wysoko. Wrócił właśnie z trasy po Australii. Wyraźnie miał zamiar zdominować świat. Tak też się stało. Ten mający charakter żartownisia chłopak-szef kuchni stał się gwiazdą telewizji i biznesmenem. To on stoi za kampaniami na rzecz standardów rolniczej produkcji żywności czy posiłków szkolnych. Niestrudzenie propaguje zdrową kuchnię. Walczy z fast foodami.
    To także gwiazda telewizji. Poprzez własną firmę działa zresztą w telewizyjnym biznesie. I jest wreszcie właścicielem sieci restauracji.
    Spotykamy się czternaście lat później w jego londyńskiej restauracji Fifteen.
    Otworzył ją w jednym celu - aby dać sposobność zaistnienia klepiącym biedę przyszłym mistrzom kucharskim i szefom kuchni. Nie wygląda na czterdziestkę. Jaskrawoniebieski T-shirt. Pod spodem - biały. Włosy blond - gęste jak zawsze. Gdy "grożę", że przypomnę mu pewne zabawne zdarzenie związane z naszą poprzednia rozmową, przybiera minę podenerwowanego chłopaka.
    Bez obaw. Po prostu powiedział mi wtedy, że idzie o zakład o swoje życie, iż w ciągu dekady stanie się właścicielem wiejskiej restauracji-pubu. Takiej, jaką mieli jego rodzice. Pięć czy sześć stolików. Sam z żoną i dziećmi będzie mieszkać na górze. Dziś ma ich czwórkę. Chociaż z małżonką Jools zaczynali powoli.
    - Miałem takie marzenie. I w dziwny sposób chyba wciąż jej mam - mówi ze swoim słynnym akcentem łączącym akcent londyński z wymową standardową. W końcu urodził się w Essex. Naprawdę o tym marzy? Dodajmy, że Oliver z majątkiem - razem z żoną - 180 mln funtów znajduje się na liście "The Sunday Times" najbogatszych ludzi w Wielkiej Brytanii.
    - Trochę tak. Wszystko, co wiąże się z takim pubem, siedzi głęboko w moim sercu. I to w sposób najbardziej łagodny. Przepełniony wdzięcznością. Pozostałe rzeczy to właściwie dodatek. Oderwanie i odmiana. Nie planowałem ich. Tak się po prostu zdarzyło. Gdy masz czterdziestkę, zaczynasz uprawiać refleksję. Myślę, że najważniejsze, co zrobiłem podczas 20-letniej kariery mistrza kucharskiego, polega na tym, iż próbowałem zachować przyzwoitość. Budować [dobre] relacje z innymi - mówi Oliver.
    Cztery tysiące osób, które dziś zatrudnia, tworzą jego zdaniem "rodzinę". Jednak gdy chodzi o relacje biznesowe, najdłużej współpracuje z Gennarem Contaldem, który teraz sprawuje nadzór nad ciągle poszerzająca się siecią włoskich restauracji Olivera. Ostatnio wydał on książkę z przepisami na przyrządzanie past. Na okładce nazwisko Olivera wydrukowano większą czcionka niż samego autora.
    66-letni Contaldo to młodsza połowa duetu - drugą był Antonio Carluccio - prowadzącego słynny emitowany najpierw przez BBC program telewizyjny "Two Greedy Italians". Teraz siedzi razem z nami. Kremowa koszula i granatowa marynarka. Włosy nieco przerzedzone. Ale - jak sam mówi - jeszcze trochę zostało z dawnego bożyszcza kobiet.
    Pub jednak - jak wspomina Contaldo - chyba nie odpowiadał ambicjom młodego Olivera, gdy w połowie lat 90. razem pracowali w restauracji Antonia Carlucciego przy Neal Street. Pamięta, jak każdego ranka, po nocnej zmianie spędzanej na przyrządzaniu pasty i pieczeniu chleba, Oliver mówił: "Wiesz co? Nie wiem, czy kiedyś zarobię trochę szmalu, ale jednego jestem pewny - będę sławny".
    - Naprawdę tak mówiłem - śmieje się Oliver.
    - Tak - odpowiada Contaldo. Kiedyś oświadczył: "Pragnę otworzyć restaurację. Nie jedną. Trzy! Cztery! I to na całym świecie". Ja na to: "Po jaką cholerę. To, co mamy dziś, jest OK! Idealne miejsce".
    Paradoksalnie na szczęście, gdy w czasach recesji za rządów Gordona Browna należąca do Contalda i często nagradzana londyńska restauracja "Passione" zaczęła przynosić straty, oferta pracy już na niego czekała. Oliver zdecydował właśnie, że [utworzona przezeń sieć] ma "generować jakieś pieniądze na wszystkie cholerne rzeczy, które robimy". W "Jamie's Italian" miano serwować najlepszą pastę. Contaldo nie ma formalnego zakresu obowiązków, ale zawsze ma ręce pełne roboty. Dzień w dzień dogląda - i sam gotuje - pracy w różnych restauracjach sieci "Jamie's Italian". Od pierwszej założonej w Oksfordzie do ostatniej powstałej aż w Sydney.
    - Dużo myślę o tamtej rozmowie. Mieliśmy wtedy rollercoaster. Pracowaliśmy bez wytchnienia - mówi Contaldo. A Oliver dodaje: - Spójrzmy wstecz na ostatnie dwie dekady. Akurat skończyłem szkołę gastronomiczną. Wielka Brytania słynęła z syfiastego kucharzenia. Prawda, że świetnie i znakomicie potrafiliśmy obsługiwać ludzi bogatych. Ale z drugiej strony tradycja taniej brytyjskiej knajpy bez wyszynku. I nic pomiędzy. Naszym marzeniem była "demokratyzacja" jedzenia i sztuki jego spożywania.
    Najnowszą iteracją tego rodzaju działania jest uruchomiony na YouTube w styczniu 2013 r. kanał telewizyjny "Jamie Oliver's Food Tube". Dziś ma on niemal 1,7 mln abonentów! 65 proc. stanowią mężczyźni. Jestem pewien, że uwielbiają oni "surowe" i nieliczące się z zasadami czy regułami przepisy Contalda. Teraz można zresztą przebierać w nich do woli, bo właśnie wydał on książkę "The Pasta Book".
    Gennaro Contaldo przybył do Wielkiej Brytanii w wieku 20 lat w 1969 r.. Miał tylko jedno marzenie - poprawę własnej sytuacji życiowej. Z powodu biedy i bezrobocia musiał wyjechać ze swojego rodzinnego miasteczka Minori. Pierwsza praca? Pomoc kuchenna w szpitalu w Putney. Tęsknił za domem.
    - Wie pan, jak udało mi się przeżyć? Zawsze gdy przyjeżdżałem do Brighton, szedłem na plażę i zanurzałem ręce w wodzie. Naprawdę. Jestem za stary, żeby błaznować. Dlaczego to robiłem? Bo morze otacza też moje rodzinne miasteczko.
    Pierwszy raz ożenił się w 1974 r. Mieli trójkę dzieci. Razem walczyli o ich utrzymanie. Przez chwilę sprzedawał antyki. Poza tym - zawsze pracował w jakiejś restauracji. Któregoś dnia zjawił się w jednej ze słynących z dań z grzybów restauracji sieci należącej do Antonia Carlucciego sieci Carluccio's. Przyniósł cały koszyk dopiero co zebranych. Przychodził raz po raz i przynosił coraz więcej grzybów. Właściciel docenił jego starania - został kucharzem odpowiedzialnym za przyrządzanie pieczywa i past.
    Mamy rok 1993. Czas, aby Oliver pokazał swoją smykałkę. Właśnie skończył szkołę gastronomiczną i dostał robotę we wspomnianej restauracji przy londyńskiej Neal Street. Pragnął poznać tajniki prawdziwego włoskiego chleba i pasty. Gdy Contaldo przychodził rano do pracy, znajdował już przygotowane dla niego do wypieku formy z ciastem. Bułeczki nieomylnie stanowiły prezent od Olivera, bo miały kształt kobiecych piersi i siusiaków. Mentor i protegowany znaleźli się jak w korcu maku.
    Z pewnością musieli czuć, że mają coś z sobą wspólnego. Obaj pochodzili z domów, gdzie wysoko ceniono sztukę kucharską. Nie interesowały ich szczegóły prowadzenia biznesu. Obaj byli jednak gotowi użyć całej swojej pomysłowości, aby przetrwać. Oliver zachowuje się jak ktoś skaczący po kanałach telewizyjnych, otwiera i zamyka firmy. Ma w nosie krytyków jego kampanii o zdrową żywność i posiłki w szkołach. Załagodził oskarżenia o hipokryzję - zmienił dostawcę, gdy jedna z gazet podała, iż kupuje mleko po niższej cenie. Co więcej, jest dyslektykiem. W szkole uczył się w grupie dzieci specjalnej troski. Bardziej interesowało go wtedy pomaganie rodzicom prowadzącym restaurację-pub w Clavering w Essex. Contaldo natomiast w ogóle rzadko zjawiał się w szkole. Wolał wędkować albo zbierać grzyby dla matki.
    - Jeśli on jest dyslektykiem, ja jestem zupełnym matołem - mówi Contaldo, pokazując mi parę wysłużonych okularów z popękanymi szkłami. Nosi je w kieszeni, na wypadek gdyby ktoś poprosił go o przeczytanie czegoś. Oliver nie widzi jednak żadnych podobieństw.
    Trzecią osobą w tym "małżeństwie" jest Antonio Carluccio. Chociaż w tym wypadku nie było tak łatwo z prawdziwą miłością. Nie miał pretensji, gdy Oliver odszedł do pracy w "River Cafe", gdzie zresztą szybko wypatrzyła go BBC. Jednak był naprawdę wściekły, gdy w 1998 Contaldo zostawił wspólny biznes, aby otworzyć "Passione". Nie tylko dlatego, że zabrał ze sobą kierownika sali, ale i osobistą sekretarkę Carlucciego Liz Przybylski. Contaldo zakochał się w niej po uszy. Do dziś są małżeństwem. 12 lat temu urodziły się im bliźniaczki.
    - Miałem wtedy 54 lata! Kto chce mieć dzieci w tym wieku! - niemal krzyczy ze śmiechem Contaldo.
    Z Carluccim nie odzywali się do siebie przez całe lata. Ale dekadę temu, gdy rozpadło się małżeństwo Antonia, Contaldo usłyszał, że dawny przyjaciel pogrąża się w depresji. - Był bardzo załamany. Żona odeszła lub właśnie miała odejść. Próbował popełnić samobójstwo. Tak gadali ludzie. Zadzwoniłem, bo się o niego martwiłem. "Co z tobą?" zapytałem. A on się odezwał. "Zapomnijmy, co było. Róbmy coś razem" - powiedziałem.
    Zgodę przypieczętował Oliver, gdy w 2011 r. jego firma telewizyjna Fresh One zamówiła odcinki "Two Greedy Italians". Producent Nicola Grooch zmienił formułę programu, która teraz z humorem i w radosny sposób dokonywała analizy fenomenu przyjaźni. Pochodzący z północy Włoch Carluccio traktował południowca Contalda z łagodną protekcjonalnością. Ten współczuł przyjacielowi, że nie ma dzieci. Ale gdy razem zasiadali do stołu, widz zaczynał odczuwać tylko jeden smak - wzajemnego uwielbienia obu mistrzów kucharskich.
    Można je zresztą czuć także, siedząc obok Olivera i Contalda. - Jamie na okrągło mi powtarza: "Musisz przestać tak ciężko pracować dzień w dzień - mówi Contaldo. - To dlatego, że go uwielbiam. Naprawdę kocham tego faceta - mówi Oliver. - Czasem bywam szorstki - przyznaje Contaldo. - Nie szorstki, lecz trudny i twardy - śmiejąc się, poprawia go Jamie.
    Sądzę jednak, że to, co dostrzega Oliver, to nie tyle "twardy charakter", co pewna fizyczna słabość przyjaciela. Dziewięć lata temu Contaldo przeszedł okres silnych zawrotów głowy. Sądził, że może chodziło o udar, ale nie poszedł do lekarza. - Umieściłem go w szpitalu - mówi Oliver. - Okazało się, że doszło do niewielkiego uszkodzenia ucha wewnętrznego.
    - A później wysłał mnie do tego niesamowicie pięknego hotelu - dodaje Contaldo.
    Dziś to on z kolei chce, aby jego młodszy przyjaciel nieco wyhamował i wyluzował. - Dokonuję teraz przeglądu mojego życia. Jedna z dobrych, ale i złych rzeczy polega w nim na tym, że nie jestem wiewiórką. Nie chomikuję. Wszystko, co mam, wydaję na to, aby móc stworzyć coś nowego. Zawsze czegoś się uczyłem - nawet ze swoich porażek. Teraz staram się jednak bardziej koncentrować na jednym - mówi Oliver.
    Zamknie którąś ze swoich firm. - Zdecydowanie. Którąkolwiek. Zamknę. Niech pracowników przejmie kadra kierownicza. Zredukować to, co robią. Sam chcę się naprawdę skupić na gotowaniu oraz pisaniu. I tyle - mówi Oliver.
    Na tym i uczynieniu "Food Tube" kanałem przynoszącym zyski. - Mówię panu podejdzie do tego na luzie. Tak samo ja. Bo jeśli nie, to złamię mu nogę - dodaje Contaldo.
    - Za jakieś dziesięć lat - śmieje się Oliver.
    Wiemy jednak, że "dziesięć lat" do dla Olivera termin elastyczny. Możemy być pewni tylko jednego - jeśli kiedyś otworzy wymarzoną restaurację-pub Gennaro Contaldo będzie miał ostatnie słowo w kwestii chleba i pasty.
    tłumaczenie: Zbigniew Mach
    ============08 Cytat mag(51498405)============
    Jeśli chodzi o relacje biznesowe, Oliver najdłużej współpracuje z Contaldem, który ma pod swoją pieczą jego lokale
    ============40 Ramka Nagłówek - red(51498420)============
    Imperium Jamiego
    ============41 Tytuł Ramka black(51498417)============
    Pół setki restauracji, sześć marek, książki kucharskie i kanał TV

    Za Jamiem Oliverem, sympatycznym brytyjskim kucharzem telewizyjnym, stoi dochodowy biznes. Do Jamie Oliver Holdings należy 51 restauracji i sześć marek restauracyjnych, 19 książek kucharskich i kanał telewizji cyfrowej. Firma wydaje magazyn kulinarny, produkuje całą gamę naczyń i sprzętów kuchennych, sosy i oliwę z oliwek firmowane jego nazwiskiem, a nawet kilka modeli piekarników opalanych drewnem, z których najtańszy kosztuje 1300 funtów.

    Choć biznes nie jest tak duży jak Kavalake, gastronomiczne imperium innego znanego szefa kuchni Gordona Ramsaya, firma Olivera wykazała ostatnio przychód w wysokości nieco powyżej 30 mln funtów i zyski w wysokości 6,2 mln funtów (dla porównania przychód firmy Ramsaya to 45,6 mln funtów, ale jego biznes generował straty).

    Mózgiem operacji był John Jackson, były bliski współpracownik Richarda Bransona, który odszedł w ubiegłym roku. Zastąpił go Paul Hunt, dyrektor zarządu, a prywatnie szwagier Olivera. Oliver określa go jako człowieka bystrego i sprytnego.

    Jamie's Italian, najbardziej znana marka restauracyjna Olivera, ma 38 lokali w Wielkiej Brytanii i jeden na pokładzie "Anthem of the Seas", statku wycieczkowego Royal Caribbean; a także kilka za granicą od Szwecji po Australię. Oliver jest właścicielem holdingów Jamie Oliver's Fifteen i Barbecoa, restauracji i ekskluzywnych sklepów rzeźniczych w Londynie. Jego firma Fabulous Feasts odpowiada za catering na liczącym 48 tysięcy miejsc stadionie Etihad w Manchesterze.

    Mimo licznych sukcesów nie wszystko, czego się dotknie, zamienia się w złoto. W 2014 r. Oliver wycofał się z pomysłu stworzenia nowej sieci restauracji zwanej Union Jacks, specjalizującej się w tradycyjnej kuchni brytyjskiej, i zamknął trzy z czterech lokali.

    Marka nie uniknęła też skandalu. Jego firmie zarzucono, że jedzenie podawane w restauracjach nie przystaje do publicznego wizerunku i haseł promowanych przez Olivera, gdy test wykazał, że ważąca 570 g porcja klopsików z dziczyzny serwowanych w Jamie's Italia, zawiera 8,1 g soli, co przekracza zalecaną dzienną dawkę. (Oliver oprotestował wyniki testu, twierdząc, że restauracja bada zawartość soli inną metodą).

    Media rozpisywały się też o niskim standardzie higieny. W 2014 r. inspektorzy sanitarni przyznali Barbecoa drugą najniższą notę po tym, jak w lokalu znaleźli mysie odchody, spleśniałe mięso, a także przeterminowaną wołowinę wagyu i hiszpańską wieprzowinę. Lokal zamknięto na 24 godziny, później inspektorzy potwierdzili, że problemy rozwiązano.

    Rzecznik firmy tłumaczył, że pleśń to naturalne zjawisko towarzyszące procesowi suszenia i że mięso nadaje się do jedzenia. Zapewnił też, że zgodnie ze standardem sanitarnym Jamie's Italian zatrudniono dwóch specjalistów ds. bezpieczeństwa i higieny, a uchybienia wskazane przez inspektorów natychmiast usunięto.
    Tłumaczenie: Lidia Rafa

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (1)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Pomoge zrealizowac marzenia

    Maria (gość)

    Zgłoś naruszenie treści

    Witam, mieszkam za granica.W Polsce mam miejsce idealne na realizowanie marzen zostania drigim Oliverem. Szukam pary otwartej,kreatywnej by pomoc im zrealizowac marzenia otwarcia wlasnej...rozwiń całość

    Witam, mieszkam za granica.W Polsce mam miejsce idealne na realizowanie marzen zostania drigim Oliverem. Szukam pary otwartej,kreatywnej by pomoc im zrealizowac marzenia otwarcia wlasnej restauracji z przydomowym ogrodem. prosze o kontakt nhs@wp.plzwiń

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo