Od dziś w polskich kinach rządzi "Jaskinia zapomnianych snów", najnowszy dokument Wernera Herzoga. Okazuje się, że nawet z wizyty w prehistorycznej grocie można zrobić cudo - dowodzi Lucjan Strzyga.
Lubi o sobie mówić "wizjoner", który za pomocą filmowego dokumentu chce opisać tajemnice świata. I to we wszystkich jego aspektach, no, może z wyjątkiem religijnego, bo jak sam przyznaje w wywiadach, "religia to wyjątkowo niepewny grunt dla filmowca". Dziś do polskich kin trafi "Jaskinia zapomnianych snów", nowy film dokumentalny Wernera Herzoga, powalający rozmachem trójwymiarowy reportaż z wnętrza jaskini w dolinie Rodanu, którą w 1994 roku odkrył francuski speleolog Jean-Marie Chauvet.
Nim jednak rozpoczniemy wędrówkę po jednej z najpiękniejszych naskalnych galerii świata, zastanówmy się, dlaczego niemiecki reżyser wybrał na narzędzie artystycznego spełnienia właśnie dokument? On sam twierdzi, że "fabuła w czystej formie jest zbyt wieloznaczna", by precyzyjnie uchwycić istotę przedstawianej rzeczy. To chyba jednak za mało, by zrozumieć, z jakiego powodu uwielbiany autor "Stroszka", "Fitzcarraldo" i "Cobra Verde" tak łatwo przeszedł na pozycje dokumentalisty. Podpowiedzią mogłyby być głosy tych, którzy od lat wieszczą "kino przeszłości", synkretyczny nurt, w którym wyrażanie artystycznych pasji będzie się dokonywać za pomocą różnych gatunków filmowego wyrazu: fabuły, dokumentu, wreszcie krótkiego metrażu, a nawet animacji.
Niewykluczone zatem, że Herzog swoje wizjonerskie posłannictwo realizuje właśnie w ten sposób. Miesza style, dokumentalizuje, ale nie ucieka też od fabularnych niespodzianek, choć akurat te wychodzą mu w ciągu ostatnich lat nie najlepiej (wystarczy wspomnieć remake "Złego porucznika" z 2009 roku, nakręconego raczej z powodu nadmiaru rozsadzającej Herzoga energii niż artystycznej konieczności). Zresztą głośnych nazwisk, które stosują metodę reżyserskiego płodozmianu, jest w ostatnich latach znacznie więcej. Choćby James Cameron, który między "Titanikiem" a "Avatarem" wiódł żywot dokumentalisty, Oliver Stone, autor nakręconego rok temu manifestu "Wall Street: Pieniądz nie śpi" czy wreszcie Martin Scorsese, twórca "Taksówkarza", niewidzący nic niestosownego w firmowaniu swoim nazwiskiem muzycznego paradokumentu "Rolling Stones w blasku świateł".
Kolejnym dowodem tezy, że Herzog trzyma rękę na pulsie współczesnego kina, jest użycie w "Jaskini zapomnianych snów" technologii 3D. Już z tego powodu jego dokument zamienia się w wypasione plastycznie widowisko, poruszające ludzkie zmysły. Co ciekawe, jeszcze dziesięć lat temu był zdecydowanym przeciwnikiem wprowadzania trójwymiaru do kina. Skrupulatni dziennikarze odkurzyli niedawno jego wywiad dla "Die Zeit", w którym reżyserów sięgających po nowoczesne technologie przyrównywał do "efekciarzy" pokrywających artystyczną mierność technicznymi trikami. Po latach nie jest już tak apodyktyczny, co jest zapewne także efektem bacznego obserwowania konkurencji (ponoć decyzję o zrealizowaniu "Jaskini..." w 3D podjął na wieść, że nestor branży Martin Scorsese postanowił swój nowy film "Hugo Cabret" zwielowymiarować).
Uczciwie trzeba jednak przyznać, że trzy wymiary w przypadku "Jaskini..." świetnie spełniają swoją rolę. Wyprawa w prehistorię i kontemplowanie 447 naskalnych rysunków powstałych 20 tys. lat temu nabiera w technice 3D zupełnie nowego wyrazu. W jaskini Chauvet życie niejako zastygło i dopiero kamera Herzoga wydobywa je z mroków dziejów. A gdy dodamy do tego, że nasi prehistoryczni antenaci zostawili malowidła na wypukłych powierzchniach, efekt dla oglądających jest nieporównywalny z niczym innym. Herzog zresztą sprytnie wykorzystuje zdumienie widzów i serwuje im filozoficzny przekaz, w którym podbudowana metafizycznym optymizmem wiara w homo sapiens idzie o lepsze z demistyfikacją platońskiej teorii o cieniach tańczących po ścianach filozoficznych jaskiń wszech czasów.
Lucjan Strzyga