Grażyna K. w 37. tygodniu ciąży biega po szpitalach, usiłując zrobić badanie kontrolne. Lecznice odmawiają, bo... mają przepełnione porodówki.
Ratusz uważa, że katastrofy nie ma. I twierdzi, że kobiety mają gdzie rodzić. Pani Grażynie K. do porodu zostały trzy tygodnie. Ponieważ ma cukrzycę, musi co trzy dni robić badanie KTG (mierzy ono parametry życiowe dziecka w łonie matki). Od kilku dni biega od szpitala do szpitala i błaga o jego wykonanie.
- Na ul. Karowej, gdzie jest poradnia dla ciężarnych z cukrzycą, nie zrobiono mi badania, bo nie miałam skierowania od lekarza z tej placówki - żali się pani Grażyna.
Pojechała więc do Szpitala Bielańskiego. Tam pracuje jej lekarz prowadzący. - Usłyszałam tłumaczenie, że nie mogą mi zrobić KTG, bo miejski koordynator służby zdrowia zakazał im przyjmowania pacjentek - opowiada. - Wyjaśniono, że jeśli badanie wykazałoby jakieś nieprawidłowości, musieliby mnie przyjąć - dodaje. - A tak po prostu mnie wyrzucili.
- Koordynator nie ma prawa niczego lecznicy narzucać. Nie ma takich uprawnień - mówi Włodzimierz Rycerski z Biura Polityki Zdrowotnej. - Gdyby szpital prosił o pomoc, wtedy koordynator szukałby miejsca dla pacjentki w innym szpitalu.
- To jakieś nieporozumienie - mówi Dorota Gałczyńska-Zych, dyrektor Szpitala Bielańskiego. - Kilka dni temu nie przyjmowaliśmy na oddział ginekologiczno-położniczy ze względu na dezynfekcję.
Dodaje jednak, że sytuacja jest fatalna. - My tu pracujemy jak na wojnie. Porodówka jest oblężona i zdarzają się dni, że nie ma gdzie kłaść pacjentek - alarmuje Gałczyńska-Zych. Jej zdaniem taki stan to wynik zaniedbań z poprzednich lat.
Obłożone są też inne stołeczne szpitale położnicze, m.in. przy ul. Inflanckiej, Madalińskiego czy Żelaznej. A będzie jeszcze gorzej. Porodówka na Solcu może zostać zamknięta, bo nie ma lekarzy. Od niedzieli rodzących nie będzie przyjmował Szpital Bródnowski, bo tamtejszy oddział położniczy idzie do remontu.
Tymczasem ratusz bagatelizuje sprawę. - Roztaczanie katastroficznych wizji, że kobiety nie będą miały gdzie rodzić, to przesada - mówi Rycerski. - Jak nie urodzą w Warszawie, to w Wołominie - dodaje.
Problem w tym, że na Mazowszu też zaczyna brakować miejsc. Z raportu mazowieckiego konsultanta ds. ginekologii i położnictwa wynika, że w województwie do końca roku zabraknie miejsc dla co najmniej 1,5 tys. rodzących.