Ciucholandy, lumpeksy, second-handy, czyli sklepy z używaną odzieżą, kiedyś chowały się w oficynach, dzisiaj wychodzą na reprezentacyjne ulice wielkich miast. Można je spotkać w nowych apartamentowcach i w ekskluzywnych kamienicach.
Według szacunków Krajowej Izby Gospodarczej Tekstylnych Surowców Wtórnych liczba sklepów, gdzie można kupić ciuszki z drugiej ręki, przekroczyła właśnie 24 tys., podczas gdy jeszcze w 2004 r. działało ich niespełna 16 tys.
Rozwój lumpeksów można porównać jedynie do boomu na rynku aptek, których liczba w ciągu ostatnich 6 lat wzrosła z 10 do 13 tys. Wartość tego rynku szacuje się na 4-5 mld zł rocznie, co stanowi prawie 1/6 krajowego rynku nowej odzieży i obuwia.
Liczba sklepów z używanymi ubraniami rośnie, bo przybywa Polaków, którzy robią tam zakupy. Federacja Konsumentów szacuje, że już 1/3 Polaków powyżej 15. roku życia robi zakupy w lumpeksach.
To około 10 mln osób. Jedni kupują tam z oszczędności , ale rośnie też liczba zamożnych klientów, którzy szukają w second-handach rzeczy oryginalnych.
Pojedyncze sztuki, jakie można upolować w takim sklepie, dają gwarancję, że nasza kreacja będzie niepowtarzalna. - W lumpeksach nie ma dwóch takich samych rzeczy - przyznaje Krystyna Mnich, która od czterech lat prowadzi butik z używaną odzieżą w Katowicach.
Właściciele lumpeksów twierdzą, że Polacy doskonale znają się na markowej odzieży i wiedzą, ile jest warta. Armani, Dolce & Gabana czy Chanel to elita cenowa w second-handach. Za ubrania z metkami kreatorów, czyli te z segmentu cream, jak zwykli nazywać go bywalcy ciuchlandów, trzeba zapłacić często powyżej 80-100 zł za sztukę. Ale i tak jest to około 10 razy mniej niż w firmowym salonie, gdzie dżinsy od Armaniego kosztują 700-800 zł.
Krystyna Mnich raz na miesiąc jeździ po towar do Szwajcarii lub Anglii. Mówi , że tam w hurtowniach można spotkać najwięcej luksusowych marek. Trafiają się spodnie od Armaniego czy torebki od Prady. Mnich jest dumna, że na początku lata wielkie zakupy w jej sklepie zrobili aktorzy z "Klanu", a Barbara Bursztynowicz kupiła kilka torebek.
Do noszenia ubrań kupionych w second-handach przyznają się Kayah i Reni Jusis, gwiazdy uznawane przez prestiżowe magazyny za najlepiej ubrane osoby w Polsce. Na świecie do zakupów w szmateksach przyznają się m.in. Madonna i Julia Roberts. Tłumaczą, że kupując używane ciuchy, promują ekologiczny styl życia.
Popyt na ubrania z drugiej ręki rośnie, choć jeszcze niedawno wydawało się, że nie wytrzymają one konkurencji z sieciami takimi jak C&A, H&M czy Reserved oferującymi odzież po przystępnej cenie.
Tak się nie stało, bo ubrania w ciuchlandach są i tak 2-3 razy tańsze niż w dużych sieciach.
- Dla wielu osób są więc sposobem na uzupełnienie własnej szafy niewielkim kosztem - mówi Ewa Metelska-Świat, prezes Krajowej Izby Gospodarczej Tekstylnych Surowców Wtórnych.
Niższa półka w szmateksie to tzw. miks, czyli ubrania nieposegregowane wysypane do kontenerów wprost z worka i sprzedawane na wagę.
Za kilogram takich fatałaszków trzeba zapłacić od 45 do 60 zł. Nie ma tu ubrań sygnowanych markami wielkich projektantów, za to trafiają się ciuchy popularnych marek, takich jak H&M, KappAhl, czy Marks & Spencer. Dwa razy taniej (20 zł za kg) można kupić rzeczy z tzw. kosza. Są tu przebrane ubrania, które nie sprzedały się zaraz po nowej dostawie.
Coraz większy popyt na używane ciuchy sprawia, że rośnie ich import. GUS wyliczył, że w ub.r. do Polski sprowadzono ponad 72 tys. ton używanych ubrań, pasków, kapeluszy, torebek i butów. To 20 proc. więcej niż cztery lata temu. A kolejne lumpeksy powstają na prestiżowych ulicach i zajmują domy luksusowych kamienic, gdzie cena metra mieszkania przekracza 15 tys. zł - np. na Świętokrzyskiej, Chmielnej, czy Brackiej w Warszawie.
Współpraca: Magda Olczak
Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie PolskaTimes.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.