Menu Region

Talenty utopione na dnie butelki

Talenty utopione na dnie butelki

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Paweł Zarzeczny

1Komentarz Prześlij Drukuj
Leo Beenhakker lubi powtarzać dwa zagraniczne zwroty. "International level" (poziom międzynarodowy) oraz "team spirit" (duch drużyny). Po libacji trzech zawodników we Lwowie i zawieszeniu ich w prawach reprezentantów (Artura Boruca, Dariusza Dudki i Radosława Majewskiego) - czas na wnioski. Ani poziomu, bo ten obnażyło Euro. Ani team spirit, z którego został tylko spiryt.
A właściwie to whisky, którą raczyło się ośmiu kadrowiczów po przegranym 0:1 meczu z Ukrainą, w którym Polacy nie przeprowadzili żadnej sensownej akcji. Leo przyłapał trzech. Trochę późno, bo Polacy pili alkohol po każdym meczu odbytym podczas jego kadencji. Niektórzy w hotelach, niektórzy w samolotach. Ale to nie wina Beenhakkera. Bo piłkarze pili od zawsze.

Pionierem libacji i to na wielką skalę był - bo jak zawsze musiał zostać prowodyrem piłkarz najlepszy - Ernest Wilimowski. Przed wojną zasłynął z silnych skłonności do alkoholu. Któregoś razu tak upił siebie i kolegów z Ruchu Chorzów, że przegrali na własnym boisku pucharowy mecz z Cracovią 0:12!
"Eziego" zdyskwalifikowano wówczas na sześć miesięcy, przez które stracił szansę gry na igrzyskach olimpijskich w Berlinie. Z nim Polska na pewno zajęłaby miejsce wyższe niż czwarte. Bo jak już wytrzeźwiał, dwa lata później strzelił na mundialu aż cztery gole Brazylii, z którą przegraliśmy dopiero po dogrywce 5:6.

Po wojnie palma pierwszeństwa przechodziła z rąk do rąk, a zawodnicy zażarcie walczyli o prawo do picia trunków. O Erneście Pohlu z Górnika Zabrze mawiano, że gdy zabraniano pić, potrafił wlać alkohol do zupy i z uśmiechem wiosłować łyżką. Też bywał dyskwalifikowany - gdy mimo zakazu selekcjonera Ryszarda Koncewicza przy nim otworzył piwo. Było to jego ostatnie piwko w reprezentacji.

Włodzimierz Lubański w swej książce opisuje, jak miał w Wielkim Górniku chrzciny. Starsi zawodnicy z Pohlem na czele zażądali przyniesienia całej siatki wódki. Ale piła i Wielka Legia (dlatego mecze tych drużyn były tak bardzo wyrównane?), a prym wiódł Kazimierz Deyna.

On to wprowadził światowe standardy, mianowicie potrafił polecieć na imprezę samolotem do innego miasta, rzadko wracał do domu na noc, a na zgrupowaniach regularnie zjawiał się nad ranem.

Trenerzy tolerowali wyskoki, bo z reguły sami pili, tyle że w odrębnych pokojach. Wyjątki? Oczywiście były. Kazimierz Górski w trakcie mundialu w Niemczech odsunął od drużyny Adama Musiała z Wisły, który zabalował na mieście. Ale i on znał realia, co oddawało jedno z jego słynnych powiedzeń: "Lepszy pijany Gorgoń niż trzeźwy Ostafiński!". A Janusz Wójcik, który potrafił nie wychodzić z hotelowego pokoju przez kilka dni, mawiał: "Lepszy ten Wojtek Kowalczyk prosto z baru Semafor niż ta cała reszta".
1 »

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

1

Komentarze

zwiń wszystkie wątki najnowsze najstarsze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się

No,no

+31 / -25

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

Omar (gość)  •

Ciekawych rzeczy się człowiek dowiaduje,choć co do Boruca to moje przeczucia się potwierdzają - ale nie żałuję go wcale.

odpowiedzi (0)

skomentuj