Menu Region

Maja Włoszczowska po medal jechała z zestawem Małysza

Maja Włoszczowska po medal jechała z zestawem Małysza

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Oskar Berezowski, Pekin

Prześlij Drukuj
Z Mają Włoszczowską, wicemistrzynią olimpijską w kolarstwie górskim, rozmawia w Pekinie Oskar Berezowski.
Dobrze Pani spała przed startem?
Fatalnie, pół nocy nie mogłam zmrużyć oka. Miałam kłopot z aklimatyzacją od poniedziałku, gdy przylecieliśmy. Zasypiałam późno i spałam do dziewiątej. To nie byłoby złe, bo wyścig miał być przeprowadzony o godzinie 15. I tak większość zawodniczek starała się ustawić swoje zegary biologiczne, ale w ostatniej chwili przeniesiono go na rano. Wiedziałam wtedy, że się nie wyśpię, bo nagle iść spać o 20 to trudna sztuka.

Jednak jak grzeczna dziewczynka położyła się Pani wcześniej?
Tylko że nerwy dały znać o sobie i musiałam korzystać z różnych technik relaksacyjnych, uspokajającej muzyki. Niewiele to pomogło. Starałam się dodatkowo nie denerwować tym, że sen nie nadchodzi. Nieraz już jechałam dobrze po nieprzespanej nocy.

To jak wyglądało śniadanie wicemistrzyni?
Kolarze przeważnie jedzą masę makaronu, lecz ja wolę płatki z gorącą wodą i odrobiną jogurtu. Do tego zestaw Małysza: bułka i banan. W sumie to spory zastrzyk węglowodanów, a więc energii do startu.

Miała Pani startować w czwartek, ale organizatorzy stwierdzili, że trasa jest w złym stanie i wyścig trzeba przełożyć. Czy takie decyzje nie wybijają zawodnika z rytmu?
Trasa nie była wcale zbyt rozmoknięta, jak to próbowano wmawiać. Gdybym wczoraj wsiadła na rower, to na pewno bym pojechała. Ja nawet lubię ścigać się w błocie.

Kogo taka trasa, jak ta w Pekinie, faworyzowała?
Chinki. Gdy byliśmy tu na rekonesansie w zeszłym roku, jechaliśmy niby po tej samej trasie, ale jednak dziś była ona nieco zmieniona. Więcej tu wystających kamieni, korzeni drzew. Stała się trudniejsza i widać było, że Chinki czują się na niej pewnie, jadą niemal na pamięć. Większość innych dziewczyn potrzebowała czasu, by się z nią oswoić.

Jaka była taktyka na ten wyścig?
Zacząć spokojnie, nie wyrywać do przodu i jechać swoim tempem. To się udało zrealizować.

Nadrabiała Pani chyba na zjazdach.
Tak to wyglądało? Hamulce zawodziły i czasem jechałam za szybko, na granicy bezpieczeństwa, lecz nie z wyboru. Zjazdy mogły w takiej sytuacji okazać się katastrofą, ale byłam na szczęście do tego elementu dobrze przygotowana. Tu muszę podziękować Markowi Galińskiemu, który jeździł z nami po trasie i uczył techniki zjazdowej.

Jeszcze przed wylotem do Chin mówiła Pani, że ten medal jest bardzo daleko…
Bo tak czułam. W zeszłym sezonie miałam wiele upadków na zawodach. Bardziej wynikało to z presji, jaką na siebie wywierałam - strasznie chciałam wygrywać, wyrywałam się do przodu, gnałam na granicy bezpieczeństwa i kończyłam na ziemi. Początek tego roku też był nie najlepszy. Popełniliśmy jakieś błędy w przygotowaniach, bo czułam się przetrenowana. Miałam nieudane mistrzostwa Europy, ale w mistrzostwach świata w Val di Sole w czerwcu zajęłam piąte miejsce. Wielu mówiło, że to moja porażka, lecz czułam wtedy, że na igrzyska będę miała dobrą formę. Potem to już nie chciałam zapeszać, obiecując złote góry.

Ma Pani dopiero 25 lat. Triumfatorka Sabine Spitz 37. Ile igrzysk jeszcze przed Panią?
Nie myślę na razie nawet o kolejnych. Teoretycznie mogę startować jeszcze długo, ale wolę żyć dniem dzisiejszym i czerpać radość z chwili, która właśnie trwa. Teraz jestem wicemistrzynią olimpijską, muszę wykorzystać formę, którą przygotowałam na igrzyska. Jeśli wszystko się dobrze ułoży, to pojadę do Londynu w 2012 r. Plany mają jednak to do siebie, że ulegają niespodziewanym zmianom.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się