Menu Region

Irlandia może pogrzebać traktat

Irlandia może pogrzebać traktat

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

David Sharrock "The Times"

Prześlij Drukuj
Nawet najbardziej zagorzali euroentuzjaści twierdzą, że traktat lizboński nie jest fascynującą lekturą. W Irlandii, gdzie dzisiejsze referendum zdecyduje o jego losie, nikt nawet nie pokwapił się, by przeczytać tekst stanowiący podstawę reformy UE.


Nawet premier Irlandii Brian Cowen przyznał niechętnie, że nie czytał tekstu od deski do deski. A jego minister obrony Willie O'Dea mówi, że czytanie dokumentu "bardziej przypomina mu lekturę prac wizjonera Stephena Hawkinga niż autorki "Harry'ego Pottera - Joan Rowling".

Liczący 346 stron traktat zawiera poprawki do dwu poprzednich - rzymskiego i traktatu z Maastricht - oraz lwią cześć tekstu odrzuconej konstytucji europejskiej. Trudno się więc dziwić, że nikt nie zadał sobie trudu przeczytania tak skomplikowanego i obszernego dokumentu.

Eddie Conlon z lewicowego People Before Profit Alliance (Sojusz "Ludzie ważniejsi od zysków") twierdzi, że rząd świadomie utrzymywał opinię publiczną w niewiedzy co do szczegółów dokumentu. Jego ugrupowanie uważa, iż opowiedzenie się za traktatem oznacza utratę przez Irlandię neutralności i podwyżkę podatków.

Obóz przeciwników traktatu lizbońskiego zamówił najbardziej przyciągające wzrok plakaty. Na jednym z nich widnieje slogan - "Ludzie umierali za twoją wolność. Nie odrzucaj jej". Napis umieszczono na egzemplarzu - powstałej w następstwie powstania wielkanocnego z 1916 r. - deklaracji powołującej irlandzką republikę.

Declan Ganley, biznesmen stojący na czele przeciwnej traktatowi organizacji Libertas, straszył Irlandczyków, że przyjęcie dokumentu oznaczać będzie wyższe podatki oraz zgodę na aborcję, eutanazję i homoseksualne małżeństwa.

Jedyną partią w parlamencie, która opowiadała się za odrzuceniem traktatu, była Sinn Fein, dawne polityczne skrzydło IRA. Jednak nawet współtworzący koalicję rządową Zieloni byli w tej sprawie podzieleni.

Rząd odrzucił postulaty opozycji, by - w ramach akcji informacyjnej - egzemplarze traktatu trafiły pod irlandzkie strzechy. Nic więc dziwnego, że - jak pokazały sondaże - aż dwie trzecie ankietowanych nie rozumie zagadnień poruszanych w unijnym dokumencie.

Jak dotąd traktat lizboński ratyfikowało 16 z 27 krajów członkowskich UE. Tylko w Irlandii referendum w tej sprawie jest obowiązkowe, gdyż wymaga tego tamtejsza konstytucja.

Sprawa ratyfikacji jest na tyle drażliwa, że Bertie Ahern, poprzednik premiera Cowena, ustąpił miesiąc temu ze stanowiska, by toczące się przeciw niemu dochodzenie w sprawie korupcji nie stało się dla obywateli zachęcą do głosowania za odrzuceniem traktatu.

Irlandia w zasadzie powinna być całym sercem za wzmocnieniem Unii. Dotacje z Brukseli w ciągu kilku lat zamieniły jeden z najbiedniejszych krajów UE w zamożne państwo, które zapracowało sobie na przydomek celtyckiego tygrysa. Dzisiejsze zmagania o przyjęcie traktatu reformującego UE przypominają wydarzenia sprzed siedmiu lat.

W czerwcu 2001 r. w Irlandii miała miejsce największa polityczna niespodzianka - beneficjent Unii w referendum odrzucił wtedy traktat nicejski. Rząd w Dublinie przyznał, że nie przeprowadził odpowiedniej kampanii propagandowej. Głosowanie powtórzono ponownie w październiku 2002 r., uzyskując 62 proc. poparcia dla Nicei.

Próbując ratować traktat lizboński, premier Cowen oświadczył, że jego przyjęcie będzie miało "fundamentalne znaczenie dla naszych strategicznych i narodowych interesów". Nie wiadomo jednak, czy Irlandczycy nie potraktują dzisiejszego referendum jako okazji do wymierzenia bolesnego policzka własnemu rządowi.

Tłum. Zbigniew Mach

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się