Menu Region

Nerwy kibica ukoi Żelazna Bogini

Nerwy kibica ukoi Żelazna Bogini

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Oskar Berezowski, Pekin

Prześlij Drukuj
Jak świętują olimpijskie sukcesy mieszkańcy Pekinu? Ponad 60 medali nie wywołuje euforii na ulicach. Chińczycy są opanowani, a wielu z nich z okazji sukcesów celebruje... herbatę. Zielony napar to niemal narodowy skarb i czasem właśnie jak skarb jest wyceniany.
Gdy pytałem znajomą Chinkę, gdzie w dzielnicy Haidian można zobaczyć, jak świętują zdobycie medalu mieszkańcy miasta, wysłała mnie do stylowej herbaciarni. To kilka pawilonów rozrzuconych nad małym jeziorkiem. Łączą je malownicze domki i małe telewizory, które przynieśli ze sobą goście. Przycupnąłem niedaleko i poprosiłem: - To samo, co ci panowie.

Pech chciał, że to bardzo bogaci panowie. Filiżanka ich herbaty kosztowała 880 yuanów (jakieś 290 zł).

Kelner szybko ustalił, że jestem z Polski.

- Dobry wybór, to Żelazna Bogini Miłosierdzia, a wy, zdaje się, musicie umieć wybaczać, żeby jakoś przetrwać te igrzyska - puszcza do mnie oko.

To nieco niesamowite, ale w Pekinie większość ludzi śledzi igrzyska. Kelner potrafi powiedzieć, na co jutro warto iść i kto przegrał z Chińczykami. A że na przykład Otylia Jędrzejczak przegrała z dwoma reprezentantkami gospodarzy, to Żelazna Bogini Miłosierdzia najlepiej ukoiłaby nerwy, gdyby nie ta cena.

- Tego dnia, którego na 200 motylkiem dwie nasze zawodniczki po raz pierwszy historii zajęły dwie czołowe lokaty w jednym wyścigu w pływaniu, Bogini nie szła - mówi kelner.

Tylko dlaczego, u licha, ona tyle kosztuje? Okazuje się, że ważne jest, by klient znał legendę. Podobno pewien nauczyciel Wang znalazł krzewy niedaleko góry Guanyin. Krzaczki przesadził, wyhodował więcej i zaniósł w darze cesarzowi Qianlong. Tak powstała Guanyiun Wong Tea. Nasza Misja Olimpijska powinna kupić jej cały karton.

Kolejnym miejscem, do którego bogaci ludzie trafiają po zawodach, jest restauracja niedaleko "Ptasiego Gniazda", czyli stadionu olimpijskiego. Aby tam wejść, trzeba zarezerwować pokój kilka dni wcześniej.

Dla plebsu jest parter ze stolikami wśród szemrzącego strumyka. Na piętrze w zamkniętych salkach dla VIP-ów z pięknymi paniami zamykają się biznesmeni. Jedyną mówiącą po angielsku istotą w tym przybytku jest gwarek. Skrzeczy: "good morning". "Nihao" (dzień dobry) - wtóruje mu obsługa. Tu ceny herbaty zaczynają się od 100 yuanów, a kończą na 1800 za szklaneczkę.

Szczypta suszu plus woda to wydatek 600 zł. To takie trochę Château Petrus, najdroższe wino świata z apelacji Pomerol. Tyle że nazwę herbatki trudniej wymówić: Da Heng Pao. Głowy za tę nazwę nie dam, bo spisywałem ją pospiesznie - niestety, nie wyglądam jak chiński przemysłowiec i pani z obsługi zaproponowała mi miejsce na dole, gdzie mogę zjeść rybę przyniesioną z sąsiedniej restauracji.

O tym, co powinienem pić, oglądając porażki Polaków, pytałem w kilkunastu miejscach. Zwykle dostawałem jedną odpowiedź - wódkę! Dopiero w słynnym Herbacianym Domu za placem Tiananmen kustosz muzeum podrapał się po głowie i przyniósł pudełeczko Tai Ping Kou Kui.

- To jedna z 10 najsłynniejszych chińskich herbat. Koi nerwy, odpręża i przeczyszcza - wyrokuje z miną księdza udzielającego ostatniego namaszczenia.

Wątpię, by herbatka pomogła kibicom w Polsce.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się