Tomasz Bocheński: Gazety nie umierają. Umiera niepogłębiona...

    Tomasz Bocheński: Gazety nie umierają. Umiera niepogłębiona informacja

    Witold Głowacki

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    - Nie ma dziś mowy o sukcesie żadnego medium bez wysokojakościowej treści - mówi w rozmowie z Witoldem Głowackim wielokrotnie nagradzany projektant prasowy Tomasz Bocheński.
    Tomasz Bocheński, dyrektor artystyczny wydawnictwa Polskapresse, twórca projektu graficznego "Polski" oraz gazet regionalnych wydawnictwa

    Tomasz Bocheński, dyrektor artystyczny wydawnictwa Polskapresse, twórca projektu graficznego "Polski" oraz gazet regionalnych wydawnictwa Polskapresse i Media Regionalne. Wcześniej dyrektor artystyczny "Dziennika Polskiego". Wielokrotny laureat europejskich i światowych nagród dla designerów prasowych m.in. World's Best Designed Newspaper, European Newspaper Award. Na rynku krajowym nagrodzony Chimerą (Grand Prix, Złoto, Srebro, Brąz) oraz wielokrotnie Art Frontem w konkursie Izby Wydawców Prasy. Współtworzył także nagrodzony Grand Prix w konkursie Śląska Rzecz projekt identyfikacji wizualnej klasztoru paulinów na Jasnej Górze

    Dostałeś właśnie sześć nagród European Newspaper Award jednocześnie - za okładki "Polski", "Naszego Miasta" i "Kuriera Porannego", za strony sportowe i za projekt graficzny nowych internetowych tygodników lokalnych - ze slaskplus.pl na czele. Kiedy przyszedłem ci gratulować tego nagrodowego rekordu Polski, powiedziałeś od razu, że to właśnie ta ostatnia - internetowa - nagroda jest dla ciebie bardzo ważna. Potwierdzasz?
    Cieszę się bo to nagroda za design stricte internetowy. Doceniono layout, na którym oparto zawartość wspomnianych tygodników. To moje nowe doświadczenie, duży projekt, który dzięki pracy zespołów redakcyjnych, technologicznych i graficznych dotarł do nagrody ENA.


    Tygodniki internetowe, które projektowałeś graficznie, to autentyczna nowa jakość. Docenili je czytelnicy, tak zwana branża, wreszcie jury ENA. "Zaj..." - napisał dosadnie wpływowy bloger technologiczny Przemysław Pająk, posypały się porównania z największymi projektami medialnymi świata, sam widzę w slaskplus.pl projekt na naprawdę globalnym poziomie. To jak, kończysz z papierem?
    Nie. Nie zamierzam kończyć, ale też nie zamykam się w szufladce z napisem "projektant prasowy". Lubię nowe wyzwania. Nie byłoby tych ostatnich projektów, gdyby nie wiedza nabyta przy projektowaniu prasy, magazynów i samego obserwowania zmian w designie. Dzisiejsze, hiperszybkie czasy dają ciekawą możliwość współistnienia dwóch światów. Po jednej stronie mamy papier - znany, sprawdzony nośnik informacji, który dobrze zaprojektowany i z dobrą treścią staje się czymś bardziej prestiżowym. Z drugiej strony mamy prawie nieograniczone możliwości projektowe i pełną gamę możliwości oddziaływania na odbiorcę w cyfrowym świecie. Ale w obu przypadkach chodzi o to samo - o jakościowo dobrą informację. Bo to właśnie treść decyduje o sukcesie w branży informacyjnej. Projektant pomaga jedynie jak najlepiej ją eksponować, nadając odpowiednie funkcje grafice.

    Musisz to rozwinąć.
    Przy projektowaniu trzeba mieć świadomość, że projekt będzie czyimś narzędziem pracy. Zrobienie projektu dla gazety czy internetu nie polega na narysowaniu pięknych stron, byłoby to zbyt proste i niczemu nie służyło. Podstawą jest zapoznanie się z całym biznesem - by zrozumieć potrzeby nie tylko czytelnika, redakcji, ale też marketingu, reklamy. I tworzyć projekt tak, by to wszystko tworzyło spójną całość.

    Co robisz, żeby mieć pewność, że właśnie taki będzie? I to zanim kości zostaną rzucone, maszyny drukarskie ruszą, a z serwerów zdjęte zostaną zaślepki?
    Testuję, sprawdzam, konsultuję... aż do momentu gdy mam poczucie, że dany projekt spełnia swoją funkcję. W dużej mierze polegam na intuicji i doświadczeniu.

    Dobrze się czujesz jako prasowy designer w dobie kryzysu prasy? Podobno i tak wszyscy umieramy.
    To zależy od tego, czy będę patrzył na satysfakcję ze swojej pracy, czy też na frustrację, która towarzyszy całej branży. Satysfakcję mam olbrzymią, bo zwyczajnie lubię to, co robię. A gdy myślę o tej drugiej stronie, to zaczynam jak każdy szukać genezy tej choroby. Przypomina mi się tutaj rozmową z Miguelem Buckenmeyerem*, kiedy spieraliśmy się o to, czy prasa przetrwa. On wtedy wykładał komunikację wizualną w Madrycie i swoich studentów utwierdzał w przekonaniu, że prasa w zasadzie nie ma przyszłości - że szanse mają tylko potężne, doskonale sprofilowane biznesowo sieciowe magazyny o globalnym zasięgu. Ja zaś uważałem, że również informacja regionalna, dobra jakościowo ma rację bytu. Po dyskusji wspólna konkluzja brzmiała: prasa centralna będzie miała się coraz gorzej, w przeciwieństwie do treści regionalnej. To było pięć, sześć lat temu. I co dziś widzimy na rynku? Dynamika sprzedaży prasy regionalnej spada o wiele wolniej - w niektórych wypadkach spadków właściwie nie ma. Mało kto jest dziś zainteresowany informacją o charakterze ogólnym, bo jesteśmy nią bombardowani wszystkimi możliwymi kanałami - radio, telewizja, internet - ten młynek działa na pełnych obrotach. Kiedy idziesz spać, masz to już wszystko wielokrotnie przetworzone, więc po co miałbyś czytać o tym w gazecie następnego ranka? To może mieć sens tylko wtedy, jeśli towarzyszy temu nowe ujęcie, jakaś autentyczna umysłowa praca, która na przykład budzi w tobie chęć polemiki, pogłębienia wiedzy, reakcji. I tylko taka - naprawdę wysokojakościowa - informacja ma sens, na tym też opierają się sukcesy startupów takich jak np. De Correspondent. Jeżeli zaś mamy do czynienia tylko z przetworzeniem informacji - to jest to droga do smutnego końca.

    No właśnie. Tworząc kolejną nagrodową okładkę, nie masz czasem myśli, że tak naprawdę możesz zbudować wspaniałą fasadę dla treści, które za nią bynajmniej nie nadążą? Że czytelnika zwabi dobra grafika, a w środku będzie jednak po prostu wata?
    Po części jest to ryzyko wpisane w zawód - bo to okładka idzie na pierwszą konfrontację z odbiorcą - ma go przyciągnąć i zachęcić, ale jestem przekonany, że mam to szczęście pracy z dobrymi zespołami redakcyjnymi, które nie zapełniają stron tą "watą". Poza tym okładki gazet, które najczęściej są nagradzane, to projekty odnoszące się do wyjątkowych wydarzeń - tak było w przypadku okładki Dziennika Polskiego - po tragedii 10 kwietnia w Smoleńsku - krzyż zbudowany z nazwisk - wtedy miałem pełne poczucie, że powaga sytuacji, informacji w pełni współgra z jedynkową grafiką.

    To była wstrząsająca okładka - moim zdaniem jedna z najlepszych w dekadzie. Tylko ja nie wiem, czy właśnie wtedy, gdy ją tworzyłeś, treść - i to czyjakolwiek, nie czepiam się bynajmniej "Dziennika Polskiego" - gdziekolwiek nadążyła. Dziennikarze z całej Polski do dziś chodzą za sprawami, które może właśnie 10, 11 czy 20 kwietnia były do opisania.
    Ja robię okładki, a to, co jest dalej, to już jednak wasza robota. Kiedyś natrafiłem na książkę Phillipa Meyera**, który w swojej słynnej już pracy "The Vanishing Newspaper: Saving Journalism in the Information Age", postawił tezę, że skończyła się na zawsze era czystego newsa, tego, którego szukało się gdziekolwiek, ale który po prostu musiał być. Teraz to, co wszyscy zdolni ludzie w mediach robią, to news analityczny - w jakimś sensie pokazany po raz drugi, jeśli chodzi o samą warstwę informacyjną, ale pogłębiony. Pogłębiony - to nie znaczy "rozpisany" czy tylko uszczegółowiony. To już nie jest suchy elaborat, opis przedstawiony przez dziennikarza, który rejestruje rzeczywistość, ale analiza, materiał, który idzie dalej, przedstawia skutki albo głębsze przyczyny faktów. Dziś, kiedy patrzę na spektakularne sukcesy niektórych startupów printowych i słucham, co mówią ich twórcy, w pełni rozumiem słowa profesora Meyera, który pisząc swoje przemyślenia, miał rację. Mnie jako grafikowi pozostaje stworzyć formę, która umożliwi przekazanie takich treści. Jeżeli zmienia się podejście do treści, a co za tym idzie zmiana profilu biznesowego gazet, to musi zmieniać się podejście projektowe. Popatrzmy na nasz rodzimy rynek. Gazety powoli stają się magazynami - takie jest teraz zapotrzebowanie rynku. Pierwszy zrobił to "niebieski" Dziennik, potem "Polska", jeszcze później "Wyborcza", "Rzeczpospolita". To dość oczywista ewolucja gazet i całego segmentu mediów drukowanych. Coś podobnego dzieje się też z dystrybucją, kolportażem. W XVIII i XIX wieku nie było prawie gazet codziennych - one wszystkie ukazywały się w rzadszych odstępach - nie bez powodu zresztą - takie były potrzeby odbiorców. Teraz też maleje zapotrzebowanie na tradycyjne newsy - one przecież są dookoła, na wyciągnięcie ręki. A gazety nie zajmują się już tradycyjnymi newsami. To przejął darmowy, pełen informacji internet.

    A może to ludziom wystarcza, i to aż nadto?
    Większości może tak. Ale to znów bardzo złożony problem. Problem tożsamościowy. W dzisiejszych czasach możemy łatwo wskazać na "trzy prędkości" uczestniczenia w konsumpcji informacji. Pierwsza dotyczy nas wszystkich. To ogólnodostępny internet, media elektroniczne i społecznościowe, ta codzienna bezpłatna sieczka. To przestrzeń, w której wartościowa opinia miesza się z newsem opartym na niesprawdzonej informacji, który to news i tak staje się wiedzą powszechną. Rytm tej prędkości i tak to wymusza - bo tam liczy się tylko jedno - pierwszeństwo.

    W drugiej prędkości za wiedzę - choć jeszcze ciągle niekoniecznie pogłębioną inaczej niż przez uszczegółowienie - trzeba już zapłacić. Ale za to dostajemy ją wyselekcjonowaną, opracowaną, sprofilowaną pod nasze potrzeby. Takie propozycje coraz częściej pojawiają się w sieci - są zamknięte na szum, odizolowane.

    Ale dopiero w trzeciej prędkości są gazety, czy serwisy takie jak nasze nowe tygodniki. Tutaj odbiorca płaci, zatem i żąda więcej. O wiele więcej niż w pierwszej prędkości. Zarówno odpowiedniej formy, jak i naprawdę niepowtarzalnej, doskonale przygotowanej treści - nieporównywalnej ze wszystkim, co możemy usłyszeć i zobaczyć w pierwszej prędkości. Tylko takie przedsięwzięcia, które sprostają wymaganiom trzeciej prędkości, przetrwają.

    Wierzysz, że gazety zdążą z tą transformacją?
    Wierzę, że tak. Są tytuły, które już to zrobiły albo nigdy nie musiały tego robić. Tutaj idealnym przykładem jest "The Economist", czyli gazeta, która zawsze nazywała sama siebie gazetą, a tak naprawdę nigdy nią nie była - bo była czymś więcej. To tygodnik, który od zawsze był właśnie w trzeciej prędkości - nastawiony wyłącznie na jakość, oferujący materiały tak wysokiej klasy, że mógł zawsze istnieć obok gazet codziennych, radia, telewizji, a później internetu - bo i tu świetnie zadziałały modele płatnych treści.

    Znów sobie możemy skoczyć do XIX w. Do rzeczywistości, w której wprawdzie wszystkie kucharki w mieście plotkują o tym, że markiz był u hrabiny, ale to tylko markiz (i może hrabina) czytają Spectatora.
    Trzecia prędkość nigdy nie była dla każdego. I nigdy nie będzie.

    ***

    * Miguel Buckenmeyer był dyrektorem artystycznym w "El Economista" - dostał nagrodę dla najlepiej zaprojektowanej gazety na świecie "Society for News Design". Pracował jako projektant w takich tytułach jak: "The New York Times", "Washington Post" i "El Mundo Magazine" (Madryt). Obecnie Miguel jest dyrektorem artystycznym agencji kreatywnej Area 17, gdzie koncentruje się na projektowaniu stron internetowych dla redakcji i firm wydawniczych. Pracuje m.in. dla Facebooka

    ** Philip Meyer, The Vanishing Newspaper. W wolnym tłumaczeniu "Zanik gazet". Słynna książka amerykańskiego dziennikarza i medioznawcy. Meyer dokonał w niej analizy sytuacji prasy w pierwszej fazie kryzysu mediów. Sformułował tezę o końcu tradycyjnego newsa, dodał też prognozy, według których ostatnia gazeta w Stanach Zjednoczonych oparta na prostej informacji zakończy żywot w 2043 r.

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo