Menu Region

Winylowej płyty czar - pasja tych, którzy kochają muzykę

Winylowej płyty czar - pasja tych, którzy kochają muzykę

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Anita Czupryn

Prześlij Drukuj
Wojtek Żdanuk pierwsze płyty winylowe kupił w stanie wojennym i już nigdy się z nimi nie rozstał Wojtek Żdanuk pierwsze płyty winylowe kupił w stanie wojennym i już nigdy się z nimi nie rozstał

Wojtek Żdanuk pierwsze płyty winylowe kupił w stanie wojennym i już nigdy się z nimi nie rozstał (© Bartek Syta/Polskapresse)

Pasjonaci winyli - są wśród nich znani dziennikarze muzyczni, jak na przykład Wojciech Mann, ale też zwyczajni 40-, 50-latkowie i - co ciekawe - całkiem młodzi ludzie urodzeni już w cyfrowej epoce. Czarny krążek okazał się ponadczasowy.
Historia płyty winylowej zaczyna się w roku 1946, kiedy to amerykańska firma fonograficzna RCA Victor wypuściła pierwszą płytę. Wcześniej, o czym dziś mało kto już pamięta, płyty tłoczone były ze specjalnego materiału, zwanego szelakiem, a odtwarzane na gramofonie autorstwa Emila Berlinera. Te krążki, jak można to usłyszeć w starych filmach nieźle trzeszczały, co dziś ma może swój urok, wtedy jednak melomani chcieli lepszej jakości w odsłuchu.

I tak znaleziono masę z żywicy winylowej, która spełniała parametry doskonałego dźwięku. Dwa lata później, czyli w 1948 r. na rynek trafiła pierwsza płyta długogrająca, jaką wydała Columbia Records. Po jednej i po drugiej stronie krążka, czyli na awersie i rewersie, znalazły się aż po 23 minuty nagrania.
W porównaniu z wcześniejszym czasem nagrania - 4 minuty - była to prawdziwa rewolucja. I tak nastała era longpleyów, trwająca niemal do końca XX w., dająca popularność muzyce rockowej i pop, kiedy to liczba sprzedaży egzemplarzy płytowych biła prawdziwe rekordy.

Po krótkim zwrocie w stronę nowoczesnych nośników melomani wrócili do czaru czarnej płyty. W Stanach Zjednoczonych w ciągu kilkunastu ostatnich lat łącznie sprzedaż płyt analogowych wzrosła aż o 250 proc.! Płyta winylowa okazała się ponadczasowym nośnikiem muzyki.

Warren Leigh miał cztery lata, kiedy dostał od taty swoją pierwszą płytę. To był czwarty album The Beatles - "For Sale". Dziś Warren ma lat 50, sporą kolekcję ponad tysiąca winyli, choć nie jest, śmieje się, kolekcjonerem nawiedzonym. Ma tylko te płyty z tą muzyką, którą lubi i chce ją mieć zawsze pod reką. No i kupuje tylko winyle.

- Chodzi o dźwięk, przede wszystkim o dźwięk - podkreśla. Wyraźnie słyszy ogromne różnice w dźwięku, jaki wypływa z płyty winylowej w porównaniu np. z idealną płytą CD. Jakość dźwięku na winylowej płycie to zupełnie coś innego. Chodzi też o bas, który odbija się od całości, dzięki czemu ów dźwięk jest bogatszy, głębszy.

No ale gdyby nawet nie chodziło o dźwięk, to nie zrezygnowałby z czarnych krążków na rzecz innych muzycznych nośników, bo chodzi też o estetykę wydania okładki. Taki album możesz sobie pięknie przed sobą rozłożyć, a okładka, która w istocie jest artystycznym obrazem - to jak zaproszenie do innego świata. Poza tym niesie ze sobą całe mnóstwo informacji, jakich próżno szukać na CD - jak rodzaj instrumentów, na jakich grają czy grali artyści. I tego świata można dotknąć nieomal fizycznie. Ważny jest też rytuał włączania muzyki. Te magiczne kilka sekund, kiedy płyta się już kręci, cichutko chrobocze i nagle - jest. - I ty to widzisz, ten moment, który wydarza się w świecie fizycznym, kiedy zaczyna się dźwięk - mówi Warren.

Nie uważa, że w swojej kolekcji zebrał jakieś szczególne rarytasy. - Zależy, co kto uważa za rarytas - śmieje się. Dla niego czymś specjalnym są pierwsze wydania płyt Franka Zappy, no i oczywiście Beatlesów oraz Boba Marleya. Ale nie są to rzeczy, których kolekcjonerzy nie mogliby zdobyć. Szczególnie dumny jest z płyty Sérgia Mendesa z brazylijską sambą z lat 70. Miał to szczęście, że wszedł raz do sklepu muzycznego, w którym właściciel przyniósł właśnie całe pudło płyt, jakie przyszły do sklepu. Warren był pierwszym, który mógł je obejrzeć, no i znalazł dla siebie taki rodzynek.

Płyty winylowe, o czym mówi bez skrępowania, znajdował też na śmietniku w Walii, kiedy jeszcze pracował jako listonosz i widział, jak ludzie masowo pozbywają się ich, bo przecież pojawiły się CD. W Szwajcarii, gdzie mieszkał, szukał ich na targach i jarmarkach. Ludzie znosili tam nawet takie cuda, jak Clash z autografami wszystkich członków zespołu. Kilkanaście lat temu namiętnie kupował płyty z muzyką house, to były niewielkie wydania, malutki nakład i zupełnie nie spodziewał się, że dziś nabiorą tak wielkiej wartości dla kolekcjonerów.

Ale Warren nie lubi wyrażenia "lokata kapitału", choć dobrze zdaje sobie sprawę z tego, ile warta jest jego kolekcja. Widzi, że wiele wydawnictw, czując koniunkturę, wydaje na winylach muzykę współczesną po to tylko, by zarobić pieniądze. On sam szuka jednak, jak mówi, "muzyki godnej dla ucha", takiej, która przetrwa wieki. Lubi się nią bawić - sam komponuje składanki i gra dla znajomych. W Polsce - gdzie mieszka od 10 lat - dobrze wie, które sklepy zaspokoją jego muzyczne gusta. Rarytasów szuka najpierw w internecie, potem zamawia i tym razem to listonosz do niego jedzie z płytami parę razy w miesiącu.

Pojawia się też w Warszawie, bo tu znalazł sklep, który dobrze utrafia w jego muzyczne gusta. Zaprzyjaźnił się z właścicielem - Wojtkiem Żdanukiem. To kolejny pasjonat winyli.

O Żdanuku krążą po mieście niesamowite wprost legendy, jak ta, że zgromadził kolekcję 10, a może nawet i 15 tysięcy płyt winylowych. On sam śmieje się z tych pogłosek, ale też nigdy nie przeliczył, ile ich w rzeczywistości ma. - Te mity są nieprawdziwe - oponuje. - Zresztą mam i w tej kolekcji roszady, sprzedaję, kupuję, wymieniam. Nigdy nie miałem na to czasu, aby zająć się ich skatalogowaniem. Mam pracę, która nie polega tylko na tym, że się siedzi i słucha płyt. Jest oczywiście i na to czas, jest przyjemność, ale jest też harówka.

Jego pasja narodziła się w 1982 r. - Trwał jeszcze stan wojenny, miałem 12 lat, kiedy za kieszonkowe kupiłem sobie pierwsze płyty - to był Perfect i TSA. Nie miałem wtedy jeszcze nawet sprzętu do ich odsłuchania. Potem słuchałem ich na gramofonie Artur, niespecjalnie profesjonalnym, ale wystarczającym, aby wzbudzał we mnie ekscytację. Nie zapomnę, jak z niecierpliwością czekałem w szkole na zakończenie lekcji, aby biec do domu i celebrować odsłuch moich płyt - opowiada.

Z czasem kolekcja się powiększała, głównie o polskie krążki, bo te zagraniczne były wówczas droższe średnio 10 razy, jedna taka płyta kosztowała wtedy przeciętną robotniczą pensję.

Pasja Wojtka Żdanuka przetrwała do dziś, choć wiele się zmieniło. Po pierwsze - zaczął nimi handlować, założył jeden sklep, potem drugi.

- Winyle nigdy nie zniknęły z mojego życia - mówi.

Ludzie - pasjonaci, tacy jak on sam - wydają w jego sklepie majątek na płyty. - Są tacy, którzy wydają i po kilka tysięcy złotych miesięcznie. Są świadomi, że gromadzą spory majątek. No i ten trend nie tylko ratuje winyle. Ich powrót jest rewelacyjny - od lat zauważa się wzrost sprzedaży. A Polska goni te światowe tendencje, choć mam nadzieję, że ta wielka fala jeszcze do nas nie dotarła - mówi Wojtek.

Dziś jednak dla nikogo nie jest niespodzianką to, że winyle to cenne przedmioty. Na aukcjach osiągają zawrotne sumy. Wcześniej wiedza o nich była tą z rodzaju wiedzy tajemnej, trzeba było znać odpowiednie osoby, umieć się poruszać w tym, dziś dzięki internetowi ich dostępność jest o wiele szersza. No i ludzie wyjeżdżają też za granicę, a zachodnie sklepy są o wiele bogatsze niż polskie.

Klienci Wojtka najczęściej szukają nagrań i tych wydań, które są starsze niż oni sami - muzyki z lat 70., stylów takich jak funk, soul, jazz, ale też nowoczesnej muzyki. Coraz częściej w polskich sklepach zdarzają się też prawdziwe białe kruki, ale nie wynikają one ze starości, ale z tego, że nakład wydań płyt nie jest duży i już po 2-4 tygodniach od ich wydania cena płyty zaczyna rosnąć jak szalona.

Jeśli zapytać Wojtka, jaką płytę zabrałby na bezludną wyspę, to bezradnie kręci głową. - Nie mam tej jednej - mówi. - I wcale nie chodzi też o to, że najbardziej cenię te, które dziś stanowią już wielką wartość materialną. Mam mnóstwo płyt, które kocham i których bym się nigdy nie pozbył.

Fan page jego sklepu na Facebooku śledzą głównie ludzie w przedziale wiekowym 24-45 lat. - Mnóstwo ludzi młodych połknęło bakcyla kolekcjonowania i kupowania płyt winylowych. A są to przecież osoby wychowane w warunkach cyfrowych, skąd więc to zainteresowanie? - pyta retorycznie. Bo doskonale zna odpowiedź.

Powodów jest co najmniej kilka. Na przykład powód pierwszy z brzegu, o czym też wspominał Warren - okładki płyt winylowych to dzieła sztuki. Druga sprawa to celebracja odsłuchiwania muzyki. Trzecia - że płyty wytłoczone w latach 60. nadal świetnie brzmią i najnowsze osiągnięcia technologiczne wciąż się do nich nie umywają i nie potrafią im dorównać. Pliki muzyczne są bezduszne, nie wiadomo, co z nimi będzie za 10 lat. Płyta winylowa to konkret.

- Winyl to coś żywego. Dla młodych ludzi to nie jest sentymentalizm ani nostalgia, ale ciekawostka. Od tego się zaczyna. A potem człowiek nie może się już oderwać od tej igły gramofonu, która powoduje, że tworzy się konkretny wymiar i zaczyna rozbrzmiewać wewnętrzna materia - tak tłumaczy Warren.

O wielkim powrocie płyt winylowych mówią nie tylko sami kolekcjonerzy, piszą o tym media, podkreślają różnej maści eksperci. Statystyki mówią same za siebie - w 2013 r. sprzedaż płyt winylowych wzrosła w porównaniu z wcześniejszym rokiem o ponad 30 proc. W tym roku - sprzedaż już dobiega do 40 proc.! Miłośnicy analogowego źródła muzyki szturmem zrzeszają się w portalach internetowych, wymieniają nowinkami, adresami sklepów, samymi płytami. Niektórzy wróżą nawet, że za kilka lat winyle zupełnie wypchną ze sklepów płyty CD i na nowo przywrócą dawną wartość obcowania z muzyką. Już dziś przecież są one droższe od CD.
Teraz już wiadomo również, że te słynne szumy na czarnych winylach nie zakłócają odbioru, bo na tym polega właśnie muzyczny świat, nie na absolutnej ciszy w tle, do czego doprowadzili inżynierowie dźwięku w CD. Szumy nadają wyjątkowy klimat studiom nagraniowym. A to oznacza, że muzyka jest prawdziwa. Dla jednych ważnym argumentem dotyczącym tej prawdziwości jest to - że instrumenty nie wysyłają sygnału za pomocą bezdusznych zer i jedynek. Potęga winylu tkwi w ciepłym brzmieniu, który wciąga i wzmacnia doznania słuchaczy.

Paradoksalnie, na popularność płyt winylowych wpływa też dostępność muzyki dzięki portalom takim jak Spotify, iTunes czy choćby YouTube, nie wspominając o całym mnóstwie pirackich stron, skąd bezkarnie można sobie ściągać to, co się chce. Ta zalewająca internet powszechność i łatwość odsłuchania muzyki, o jakiej tylko nam się zamarzy, sprawia, że święto przestało być świętem - to jak codzienne jedzenie szynki i tortów czy picie szampana. Po jakimś czasie taki dobrobyt się nudzi - bo co w takim razie będziemy jeść w święta? Pasjonaci winyli z lubością wspominają te czasy, kiedy na święto słuchania muzyki się czekało: najpierw pojawiała się informacja o nowym wydaniu albumu ulubionego artysty, potem było niecierpliwe czekanie na ten moment, kiedy płyta w końcu pojawiała się w sklepach, odkładanie na nią pieniędzy. Z tych opowieści przebija tęsknota za czasami młodości, gdy muzykę odbierało się w sposób świeży, a przez to wyjątkowy i niepowtarzalny.

***

Firma fonograficzna RCA Victor wypuściła pierwszą płytę winylową w 1946 r. Od tego momentu masa z żywicy winylowej zrewolucjonizowała rynek muzyczny niemal na resztę XX w. Jak się jednak okazało, idealne, bez szumów płyty CD nie tylko nie wyparły winyli, ale dziś wydają się w odwrocie. Płyty winylowe mają się świetnie, ich sprzedaż wciąż rośnie, zdobywają coraz więcej fanów wśród młodych ludzi urodzonych w czasach Google
 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się