Menu Region

Zaślubiny pośród Czarnych Stóp

Zaślubiny pośród Czarnych Stóp

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Anita Czupryn

Prześlij Drukuj
Karolina i Bogdan Zdanowiczowie wzięli ślub indiański. Dla Karoliny to była niespodzianka. O wszystkim dowiedziała się tuż przed ceremonią. Ślubu udzielali im wodzowie z plemienia Czarnych Stóp. Młodzi wcale nie musieli jechać do Montany. To Indianie przyjechali do Polski.
Karolina (32 lata) razem z mężem Bogdanem (41 lat) mieszkają w Spytkowie pod Węgorzewem. Prowadzą tam wioskę indiańską dla turystów. Mają też niewielkie prywatne muzeum kultury i tradycji indiańskiej. Karolina kilka lat temu skończyła religioznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, a Bogdan pochodzi z Giżycka i jest z zawodu przewodnikiem turystycznym.

Ich pasją jest kultura Indian. Bogdan zawsze wyobrażał sobie, że jeśli kiedykolwiek się ożeni, to ślub będzie na indiańskiej ziemi. - Stało się jednak inaczej - uśmiecha się. - Nie planowaliśmy tej ceremonii, to była spontaniczna akcja - dopowiada Karolina, stawiając na drewnianym stole dzban pełen soku z kwiatów czarnego bzu.

Karolina ma na sobie indiańską suknię, z dzwoneczkami. Bogdan jest ubrany w indiański strój, obok leży imponujący pióropusz, który włoży, gdy zjawią się u nich turyści. Rozpoczynają ślubną opowieść.

To był 2003 rok, Biskupin, festyn archeologiczny, na który zjechali się indianiści z całej Polski. Gośćmi byli też duchowi przewodnicy plemienia Czarne Stopy: Leon Rattler i Rick Ground z żoną Elsie i 12-letnią córeczką Amarette. Leon Rattler jest liderem Crazy Dog Society - grupy czuwającej nad przebiegiem obrzędów w swoim plemieniu - a także nauczycielem historii i rzemiosła indiańskiego. Elsie, żona Ricka Grounda, uczy w szkole języka Czarnych Stóp. A ich mała córeczka to miss tańca pow-wow.

- My również wybraliśmy się na ten festyn, mieliśmy być dla turystów przewodnikami po świecie Indian - opowiada Bogdan.

Od kilku lat byli z Karoliną parą i wcale nie myśleli jeszcze o prawnym uregulowaniu swojego związku. Poznali się w 1997 roku, kiedy to Karolina, studentka drugiego roku religioznawstwa, przyjechała na obóz naukowy, który zorganizował Bogdan. Karolina robiła wywiady z polskimi indianistami. Bogdan wpadł jej w oko. - Upatrzyłam go sobie, upolowałam - śmieje się Karolina.

Kiedy skończyła studia, przeniosła się do Bogdana, do Giżycka. Cztery miesiące w roku mieszkali w Puszczy Boreckiej, w indiańskim tipi, gdzie prowadzili indiańską wioskę. No i właśnie we wrześniu, już po sezonie, wybrali się do Biskupina.

- Prócz licznych imprez, które przygotowywaliśmy tam dla turystów, sami również braliśmy udział w indiańskich ceremoniach, jakie prowadzili nauczyciele z plemienia Czarnych Stóp - mówi Bogdan. - Kiedy Indianie dowiedzieli się, że jesteśmy parą, podarowali nam fajkę.

Powiedzieli, że taka fajka dla pary jest na całe życie. A jeśli mamy całe życie być razem, należy wziąć ślub. Wiedziałem, że zarówno Leon Rattler, jak i Rick Ground udzielają u siebie ślubów młodym parom. Zapytałem, czy nam również daliby taki ślub. Zgodzili się.

Bogdan jak na skrzydłach pobiegł do Karoliny. - Usłyszałam, że zaraz bierzemy ślub. Zostałam wzięta z zaskoczenia - wspomina Karolina. - Nie było czasu na przygotowania, na zaproszenie gości. Indianie poprosili nas do wielkiego tipi. Jako naukowiec starałam się na wszystko patrzeć chłodnym okiem. Ale nie dało się do tej indiańskiej magii przyłożyć szkiełka i oka, zwłaszcza że sama znalazłam się w jej centrum.

"Magiczny" - tak mówią o swoim ślubie. Najpierw Karolinę do tipi wprowadziła Elsie, która przyjęła na siebie rolę jej matki (bo to matka wprowadza córkę i oddaje ją przyszłemu mężowi). Byli tam już wszyscy: jej przyszły małżonek i duchowi przewodnicy.

Elsie zapytała, kim jest pan młody i ile koni przyprowadził w prezencie. To oczywiście był żart, ale miał swoje znaczenie. Bo to właśnie pan młody powinien udowodnić rodzinie panny młodej, że jest zaradny, że będzie potrafił utrzymać żonę i rodzinę. Następnie państwo młodzi dostali do zjedzenia zupę jagodową. Podaje się ją przy najważniejszych ceremoniach.

Tak się złożyło, że dzień wcześniej Elsie tę zupę ugotowała. Śmiała się, że teraz wie dlaczego, że to właśnie na ślub, o którym przecież dzień wcześniej nikt nie wiedział, nawet główni zainteresowani. Zupa jagodowa to symbol obfitości, pomyślności i dobrobytu. - A potem zaczyna się "gadkowanie" - mówi Bogdan.

Wszyscy siedzieli w kręgu, a Indianie mówili, kim są, przedstawiali swoje zaszczyty, bo im zaszczytniejsza osoba udziela ślubu, tym większy prestiż ceremonii. Udzielający ślubu nie są więc anonimowi jak kierownik urzędu stanu cywilnego, którego bohaterskich czynów nie znamy.

Karolina mówi, że uroczystość była tak emocjonująca, że nie potrafi dziś wszystkiego opowiedzieć. Pamięta tylko, jak założyli sobie na szyje pancerzyki (specjalne naszyjniki, symbolizujące obrączki ślubne). Jak zostali pomalowani czerwoną indiańską farbą: twarze, stroje, ręce, i musieli chodzić tak do zmierzchu, jako że święta indiańska farba miała być dla nich błogosławieństwem. Jak dostali w prezencie cztery indiańskie opowieści o ludziach, którzy przeżyli graniczne sytuacje i wyszli cało i szczęśliwie z opresji. Tymi opowieściami Indianie przekazali szczęście swoich ojców młodej parze.

W indiańskich zaślubinach nie ma, jak w znanych nam obrządkach, przyrzeczenia miłości, wierności i uczciwości małżeńskiej i tego, że jedno drugiego nie opuści aż do śmierci. Ale indiańscy magowie wpletli w tę uroczystość również elementy naszej kultury. Bogdan i Karolina cztery razy zmówili "Ojcze nasz", stając kolejno twarzami do czterech kierunków świata.

- Każdy indiański ślub jest inny - mówi Karolina. - U nas była przemowa na temat obowiązków, jakie mają względem siebie małżonkowie, że powinni się troszczyć o siebie, o rodzinę. Na koniec małżonkowie dali prezenty mistrzom ceremonii i świadkom, których zaproszono na ślub.

Oczywiście później znajomi obdarowali ich prezentami, a oni zrobili szybkie przyjęcie z ciastem kupionym w supermarkecie. U Czarnych Stóp wesela nie ma. Dla Indian ślub nie jest religijnym sakramentem. To raczej kontrakt zawierany przez rodziny. Takie małżeństwo łatwo było rozwiązać. Dla Indian zawsze bardziej liczyły się więzy krwi niż węzeł małżeński.

- Sam ślub, czy to indiański, czy w innym obrządku, nie daje siły, by później przezwyciężać małżeńskie kryzysy - mówi Karolina. A Bogdan dopowiada: - Jeśli jednak człowiek świadomie decyduje się żyć razem, to ze wszystkimi konsekwencjami. Ślub jest tylko potwierdzeniem tego.

Żałujemy, że nie jest to ślub konkordatowy i nie można zgłosić w urzędzie, że już jesteśmy małżeństwem. Więc czeka nas jeszcze jego prawne uregulowanie. Już po ceremonii Bogdan i Karolina powiedzieli rodzicom, że wzięli indiański ślub. Ale wiadomo, jak to jest z rodzicami. Od razu zapytali: "A gdzie papier na to?". A przecież oni wierzą, że to zostało już zapisane, gdzieś w górze. Na zawsze.
 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się