Menu Region

Elżbiecie Bieńkowskiej zabrakło unijnego szlifu, ale w...

Elżbiecie Bieńkowskiej zabrakło unijnego szlifu, ale w Brukseli wypadła dobrze

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Agaton Koziński

1Komentarz Prześlij Drukuj
Elżbieta Bieńkowska przez trzy godziny odpowiadała na pytania europosłów. Nie wszystkim spodobał się jej styl Elżbieta Bieńkowska przez trzy godziny odpowiadała na pytania europosłów. Nie wszystkim spodobał się jej styl

Elżbieta Bieńkowska przez trzy godziny odpowiadała na pytania europosłów. Nie wszystkim spodobał się jej styl (© Yves Logghe/AP Photo)

Grupa brukselskich dziennikarzy uznała, że Elżbieta Bieńkowska słabo wypadła na przesłuchaniach w europarlamencie. Tyle że ich ocena to typowa dyskusja o gustach.
Jak wypadła w Brukseli Elżbieta Bieńkowska? Była polska wicepremier, która jest kandydatką na komisarz UE ds. przemysłu i rynku wewnętrznego, stanęła w czwartek przed grupą europosłów i przez trzy godziny odpowiadała na ich pytania. Po nich eurodeputowani uznali, że jej wyjaśnienia są na tyle wyczerpujące, że wydali jej pozytywną rekomendację - co oznacza, że Polka może się już czuć członkinią Komisji Europejskiej Jeana-Claude'a Junckera.

I gdy wydawało się, że następny raz o Bieńkowskiej usłyszymy dopiero, gdy skład nowej Komisji zostanie ostatecznie zatwierdzony, przez polskie media przetoczyła się dyskusja o rankingu przygotowanym przez grupę zachodnich dziennikarzy, którzy - według własnego klucza - oceniali wystąpienia kolejnych kandydatów na eurokomisarzy.
Oni uznali, że najsłabiej pośród wszystkich 21 przesłuchanych kandydatów wypadła Bieńkowska. Jak uzasadnili dziennikarze, była wicepremier mówiła zbyt ogólnikowo, koncentrowała się na tym, by wypaść efektownie, ale nie była przy tym efektywna. Chętnie dążyła do skrótów myślowych, ale nie przedstawiła zamkniętej wizji sposobu, w jaki zamierza wypełniać mandat komisarza. I właśnie dlatego przyznali jej pięć punktów na 10 możliwych.

Jak wyglądało to w rzeczywistości? Miałem możliwość na żywo w Brukseli przyglądać się wystąpieniu Bieńkowskiej. Początek w jej wykonaniu był bardzo nerwowy. Widać było, że polska kandydatka jest stremowana, nie czuje się pewnie w roli przesłuchiwanej przez europosłów. Często nie mieściła się limicie czasu przeznaczonym na odpowiedzi. Sytuacji nie ułatwiał jej Jerzy Buzek. To akurat nie dziwi, gdyż jako Polak w naturalny sposób byłby podejrzewany o sprzyjanie kandydatce z własnego kraju, więc skrupulatnie pilnował porządku posiedzenia - ale też taka postawa na pewno Bieńkowskiej nie ułatwiała zadania. Początek więc wysłuchania stał pod znakiem wzajemnych uszczypliwości między byłym premierem a byłą wicepremier, choć bardziej one śmieszyły, niż drażniły.

Z czasem polska kandydatka opanowała nerwy, zaczęła po prostu odpowiadać. W swoim stylu, czyli tak jak wcześniej przyzwyczaiła nas do tego w Polsce: krótko, dobitnie. Bieńkowska zawsze podkreślała, że nie ma zwyczaju owijać niczego w bawełnę, stąd też brały jej się takie bon moty jak: "Sorry, taki mamy klimat". W Brukseli mówiła podobnie (choć, oczywiście, bez takich kwiatków) - i ten styl wyraźnie nie przypadł do gustu dziennikarzom prowadzącym własny ranking. Stąd ich zarzut pod jej adresem, że mówiła protekcjonalnym tonem.

Mnie bardziej uderzyła łatwość Bieńkowskiej w ocenianiu innych. - W Europie jest dużo pieniędzy, tylko są one źle wydawane - rzuciła w odpowiedzi na jedno z pytań. Takie słowa w ustach osoby, która odpowiadała za wykorzystywanie europejskich pieniędzy w Polsce przez siedem lat, brzmią bardzo pryncypialnie - nawet jeśli miały one oznaczać zasadę "zero tolerancji" dla korupcji. Mimo wszystko Bieńkowska nie ma w Europie autorytetu na tyle dużego, by pozwalać sobie na recenzowanie pracy innych.

Innym zastrzeżeniem, jakie można mieć pod adresem Bieńkowskiej, jest brak jej odwołań do europejskich klasyków. Unia lubi tego typu zagrania. Chwilami brzmi to jak nowomowa, ale przede wszystkim pokazuje szacunek dla dorobku poprzednich pokoleń Europejczyków. Wspólnota europejska istnieje ponad pół wieku, a jej jednym z największych powodów do dumy jest jej mądrość instytucjonalna skrzętnie gromadzona przez tysiące urzędników pracujących w dzielnicy europejskiej w Brukseli. Choć poza tym miejscem nikt specjalnie jej nie docenia, przerosty biurokratyczne to jeden z najczęstszych powodów do krytyki UE, to jednak będąc w Brukseli należy postępować zgodnie z zasadą: "jeśli wchodzisz między wrony, musisz krakać tak jak one". Polskiej wicepremier tego zabrakło. Chętnie mówiła o tym, że nie zamierza tworzyć nowego unijnego prawa, za to najchętniej ograniczy już to istniejące. To na pewno spodoba się wielu Brytyjczykom, ale wielu eurokratów mogło to odebrać jako brak szacunku dla własnej pracy. A Bieńkowska będzie teraz spędzać czas w otoczeniu tych ostatnich.

W trzygodzinnym wystąpieniu zabrakło mi też odwołań do raportu Mario Montiego o koniecznych reformach europejskiego rynku wewnętrznego. Ta praca z 2010 r. zebrała mnóstwo pozytywnych recenzji, a Montiego wyniosła na stanowisko premiera Włoch. W Unii panuje powszechne przekonanie, że jeśli wspólny rynek ma być reformowany, to właśnie według pomysłów Montiego.

Ale w sumie wszystkie te zarzuty, które przed chwilą wymieniłem, są drugoplanowe. Brak odwołań do europejskich klasyków można tłumaczyć niewystarczającym brukselskim obyciem. Sposób mówienia Bieńkowskiej jednych drażni (np. autorów zestawienia), innych śmieszy - w czasie jej przesłuchań siedziałem koło francuskiej dziennikarki, która co chwila zaśmiewała się z bon motów i one-linerów rzucanych przez byłą wicepremier. Na pewno żadne z tych niedociągnięć nie dyskwalifikuje jej jako unijnego komisarza. W przeciwieństwie do zarzutu najcięższego, jaki postawili autorzy rankingu przesłuchań: braku wizji sprawowania ważnego stanowiska w Komisji Europejskiej. Mnie ten zarzut nie przekonuje, gdyż moim zdaniem ona jasny pomysł na samą siebie w KE przedstawiła.

Po pierwsze, bardzo precyzyjnie zdiagnozowała najważniejszą europejską chorobę: lenistwo. Europejczykom nie chce się pracować, czego dobitnym przykładem jest niekończąca się dyskusja w pogrążonej w strukturalnym dryfie rozwojowym Francji o 35-godzinnym czasie pracy. Bieńkowska jasno powiedziała: niech Europa znów weźmie się do pracy (Lets' get Europe back to work). Gdyby tę frazę utopiła w europejskiej nowomowie, nie wybrzmiałaby ona tak wyraźnie - a dziś mieszkańcy naszego kontynentu muszą na ten temat mówić wielkimi literami, jeśli chcą wreszcie zmniejszyć bezrobocie i cieszyć się z wyższych pensji.

Po drugie, Bieńkowska bardzo mocno podkreśliła, że chce grać zespołowo. Że nie zamierza być solistką w Komisji Europejskiej, tylko ważnym elementem zespołu, który będzie realizował wspólny cel. Tym celem jest rozruszanie europejskiej gospodarki, a głównym narzędziem - wart 300 mld euro pakiet inwestycyjny, który przygotowuje Fin Jyrki Katainen. Innymi słowy, Bieńkowska chce robić dokładnie to samo co w polskim rządzie - skupić się na skrupulatnym realizowaniu celów, które stawiają jej zwierzchnicy. Pracując z Tuskiem, pokazała, że świetnie sobie z tym radzi. Europosłowie to wiedzą - dlatego nie miała ona problemów z uzyskaniem ich akceptacji.
1

Komentarze

zwiń wszystkie wątki najnowsze najstarsze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się

Tu nie ma co nawijać makaronu na uszy. Dostała najniższe oceny !!

+2 / -1

Zdjęcie autora komentarza

 •

To jest fakt.

odpowiedzi (0)

skomentuj