Menu Region

Wlk. Brytania: Pakistański gang przez lata gwałcił dzieci w...

Wlk. Brytania: Pakistański gang przez lata gwałcił dzieci w Rotherham. Władze długo były bierne...

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Andrew Norfolk

1Komentarz Prześlij Drukuj
Członkowie pakistańskich gangów mogli zgwałcić w Rotherham na Wyspach Brytyjskich nawet 1400 dziewcząt. Nie było żadnej reakcji władz, które bały się posądzenia ich o rasizm.
1/4

Widok centrum Rotherham

(© AP Photo)

W 2003 r. przeniosłem się z Londynu do Leeds. Zostałem korespondentem "The Times" w północno-wschodniej części kraju. Jedna z moich pierwszych krótkich relacji dotyczyła miejscowości Keighley w West Yorskhire. Ówczesna laburzystowska deputowana z tego okręgu Ann Cryer wyrażała niepokój, że pod dwiema lokalnymi szkołami kręcą się "azjatyccy mężczyźni" nagabujący nastoletnie uczennice.

Rodzice 12-14-letnich dziewcząt skarżyli się, że policja i miejscowa opieka społeczna bagatelizują sprawę. Mężczyźni próbowali zachęcać nastolatki i wprowadzać je w świat narkotyków, seksu i alkoholu. Opublikowaliśmy krótki artykuł na temat skarg. Sam zająłem się innymi sprawami.

Szczerze mówiąc, nie chciałem nawet, aby historia ta okazała się prawdziwa, bo u każdego przyzwoitego człowieka musiałaby budzić poczucie głębokiego dyskomfortu. Sugestia, że wywodzący się z mniejszości etnicznych mężczyźni mogli popełniać przestępstwa seksualne w stosunku do białych dzieci, wydawała się tak księżycowa, że prawie nierealna. Niewinne białe ofiary i źli seksualni zwyrodnialcy o ciemnej karnacji. Natychmiast zapala się w głowie czerwone światełko - a co z liberalnym podejściem do mniejszości?

Niepokoje rodziców, jak przewidywano, wykorzystał ówczesny szef Brytyjskiej Partii Narodowej (BNP) Nick Griffin. W 2005 r. rywalizował on z Cryer w wyborach powszechnych. Mijały lata, a mnie wciąż dręczyło poczucie, że nie wykonałem swojej roboty w sposób odpowiedni. Powinienem był wtedy dociec prawdy.

Regularne wyrzuty sumienia zbiegały się w czasie z relacjami, które co jakiś czas trafiały na moje biurko. Pochodziły one z miast i miasteczek północnej i środkowej Anglii. Tamtejsze agencje informacyjne i lokalna prasa donosiły o kryminalnych dochodzeniach w sprawach uderzająco podobnych do tego, o czym mówiono w Keighley.

Ofiary zawsze miały 12-15 lat. Pierwszy kontakt z nimi nawiązywano w miejscach publicznych - centrach handlowych, śródmieściach oraz na dworcach autobusowych i kolejowych. Proces wciągania i przygotowywania dziewcząt wyglądał zawsze tak samo. Z początku dziewczęta "osaczano" - młodzi mężczyźni starsi od nich o kilka lat schlebiali im i nadskakiwali. Dziewczęta czuły się zafascynowane tym, że zwraca się na nie uwagę, oferuje papierosy, alkohol i jazdę drogimi autami. Nic tylko zostać dziewczyną takiego młodzieńca.

Rozwijały się relacje seksualne. Jednak wcześniej czy później daną ofiarę proszono, aby udowodniła miłość, przesypiając się z przyjacielem chłopaka. Następnie - z przyjaciółmi przyjaciela. W najgorszych wypadkach dziewczęta zabierano na "imprezy" w domach i mieszkaniach lub wsadzono do samochodów i wywożono w różne miejsca kraju. Zawsze w celu uprawia seksu. Często - z użyciem przemocy. Przestępstwa miały charakter zbiorowy. Zawsze występował więcej niż jeden mężczyzna. Nietrudno było zauważyć, że wszystkie relacje miały jedną rzecz wspólną. Wszyscy sprawcy nosili muzułmańskie nazwiska.

Nasze śledztwo uruchomiliśmy w końcu w sierpniu 2010 r. na skutek informacji radiowej o zupełnie nieznanym mi procesie sądowym. 9 mężczyzn z Wielkiego Manchesteru uznano za winnych przestępstw wobec 14-latki. Nazwisk skazanych nie podano, ale sądząc z opisu czynów, dałbym sobie rękę uciąć, że miały muzułmańskie brzmienie.

I tak się okazało. Jednak w pewnym kluczowym względzie mieliśmy do czynienia z sytuacją dość dziwną. Dlaczego? Ogromna większość skazywanych w Wielkiej Brytanii za przestępstwa wobec dzieci to biali Brytyjczycy. Weźmy choćby pedofilię, molestowanie dzieci czy wykorzystywanie do takich czynów internetu. Sprawcy zwykle działają samotnie. Czym różnił się od tego schematu obecnie występujący model ulicznego sposobienia do seksu młodych dziewcząt?

Przez trzy miesiące czytałem akta sprawy. Grzebałem w archiwach gazetowych miejscowych bibliotek. W końcu zacząłem docierać do przerażających danych.

Od 1997 r. w Wielkiej Brytanii - w 13 miastach i miasteczkach - odbyło się 17 procesów. W każdym z nich skazywano dwu lub więcej mężczyzn za przestępstwa seksualne połączone z wykorzystywaniem młodziutkich dziewcząt, które najpierw nagabywano w miejscach publicznych. Na 56 skazanych tylko trzej byli biali. 53 było Azjatami. Z tej grupy z kolei 50 nosiło muzułmańskie nazwiska, a ogromną większość z nich stanowili członkowie pakistańskiej społeczności. Mieliśmy dane wspierające naszą teorię. Teraz musieliśmy podjąć decyzję - co dalej.

Pierwsze próby zainteresowania policji, miejscowych władz czy działów opieki społecznej, a nawet ministerstwa spraw wewnętrznych spełzły na niczym. Na przykład organizacja charytatywna Bernardo's - prowadząca od połowy lat 90. specjalny program wsparcia dla dziecięcych ofiar molestowania seksualnego - zabroniła swoim pracownikom rozmów ze mną. Nawet nieoficjalnych.

Ostatecznie zaufać "The Times" zgodziły się zespoły dwu innych niezależnych programów ochrony dzieci. Pracownicy jednego z nich zapoznali mnie ze zrozpaczonymi rodzicami dziewcząt. Życie tych ojców i matek dosłownie legło w gruzach. Wielokrotnie zwracali się do instytucji, których rola polega właśnie na ochronie dzieci. Czuli, że już stracili swoje córki. Bez zmian - nikt nie miał ochoty stawiać sprawców przed sądem. Od tego pierwszego spotkania z rodzicami moja perspektywa uległa całkowitej zmianie. Przedtem zajmowałem się głównie danymi i spekulacjami na temat motywów i przyczyn działania sprawców. Teraz na pierwszym planie postawiłem dziecko, matkę i ojca. Jak taki na pozór niewidoczny model przestępstwa mógł zakorzenić się na tyle głęboko, by wywołać tak dewastujące skutki?

Pierwszy artykuł na temat afery opublikowaliśmy 5 stycznia 2011 r. (CAŁY TUTAJ) Cztery bite strony i duży tytuł na jedynce, który mówił wprost o seksualnym wykorzystywaniu młodziutkich dziewcząt na terenie środkowej i północnej Anglii. Informowaliśmy, że większość sprawców ma pakistańskie korzenie. Opinia publiczna natychmiast zareagowała głębokim oburzeniem. Oliwy do ognia dodała wypowiedź ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Jacka Strawa. Stwierdził on, że w jego własnym okręgu wyborczym Blackburn wielu Pakistańczyków uważa młode białe dziewczęta za "łatwy kąsek". Rząd błyskawicznie nakazał wszczęcie ogólnokrajowego dochodzenia.

W tym momencie uznałem, że wykonałem swoją robotę. Przełożeni szybko wyprowadzili mnie z błędu. Teraz miałem zajmować się sprawą "na pełny etat" aż do czasu, gdy sprawcy zostaną skazani, a wszystkie zajmujące się ochroną dzieci agencje odpowiednio usprawnią swoje procedury tak, aby zagwarantować, że podobne skandale nie powtórzą się w przyszłości. Trwało trzy lata. Skutek?

Stałe i konsekwentne przekształcenie się podejścia odpowiednich instytucji do problemu seksualnego molestowania dzieci. Chodzi o policję, miejscowe samorządy, prokuraturę i sądownictwo. Rząd przeznaczył środki na szkolenia personelu placówek i organizacji. Niebotycznie wzrosła liczba prowadzonych śledztw.

W tym czasie spędzałem wiele tygodni i miesięcy na salach sądowych. Wszystko zmieniło się wraz z rozprawą przed sądem koronnym w Liverpoolu w 2012 r., gdzie skazano 9 mężczyzn. Wszyscy oprócz jednego byli pakistańskiego pochodzenia. Skazano ich za przerażające przestępstwa wobec nieletnich dziewcząt z Rochdale. Jedną z nich, 15-latkę odurzoną alkoholem, zgwałciło w ciągu nocy 25 mężczyzn. Do przewidzenia była również jakaś negatywna reakcja na artykuł ze stycznia 2011 r. Z niektórych części kraju zaczęły napływać zarzuty o szerzenie islamofobii. Oskarżano nas, że dajemy się wykorzystywać skrajnej prawicy. Podważano publikowane przez nas dane. Skupienie się na jednej grupie etnicznej potraktowano jako przykład jednostronnego i stronniczego dziennikarstwa.

Wsparcie nadeszło od osób nieoczekiwanych. Odezwali się myślący postępowo duchowni islamscy oraz przewodniczący komisji ds. równości i praw człowieka w Izbie Gmin. W ubiegłym roku komisja spraw wewnętrznych Izby opublikowała krytyczny raport na temat niedociągnięć w pracy poszczególnych agencji rządowych. Polityk pakistańskiego pochodzenia Sayeeda Warsi była jeszcze ministrem bez teki w rządzie Dawida Camerona, gdy w 2012 r. stwierdziła, że niewielka mniejszość Pakistańczyków uznaje wszystkie kobiety za obywateli drugiej kategorii, a białe - nawet trzeciej. Według niej dla tych mężczyzn takie dziewczęta to "dozwolony obiekt ataku czy molestowania". Jak na ironię jedyne anonimowo grożące mi śmiercią dwa listy, jakie otrzymałem, pochodziły od zwolenników skrajnej prawicy. Według autorów "The Times" miał rzekomo dyskredytować teorię Griffina, że przestępstwo sposobienia młodziutkich dziewcząt do seksu stanowi część islamskiego spisku mającego na celu szerzenie kalifatu poprzez zapłodnienie wszystkich brytyjskich nastolatek.

W ciągu ostatnich czterech lat wiele razy po cichu marzyłem, żeby cała sprawa już się skończyła. Rzecz była zbyt ponura, szczegóły przestępstw zbyt groteskowe i zbyt wyrachowane - można wpaść w prawdziwą rozpacz co do natury człowieka. W takich mrocznych chwilach przy pracy utrzymywała mnie myśl o ofiarach i ich rodzinach. Niektóre z dziewcząt - co zrozumiale - załamały się, ukryły i znikły gdzieś bez śladu. Inne jednak przetrwały. Przeszły miesiące i lata nienawiści do siebie - czasem z niezwykłym wsparciem ze strony psychologów prowadzących specjalne programy. Wykazały niezwykłą odporność. Budują swoją przyszłość. Zdecydowały się zaufać "The Times" i opowiedzieć swoją historię.

Dwie z nich pochodzą z Rotherham. Historię Amy opowiedzieliśmy we wrześniu 2012 r. Dzień wcześniej podaliśmy informację, że z 200 wyciekłych tajnych dokumentów wynika, że przez całą dekadę policja i starsi rangą przedstawiciele samorządu wiedzieli, co dzieje się z setkami tamtejszych uczennic - często znali też nazwiska sprawców - ale zawsze odmawiali działania. Rada miejska zleciła śledztwo w sprawie przecieku, ale nie wykazała zainteresowania analizą własnych błędów i zaniedbań. W sierpniu ubiegłego roku "The Times" opublikował historie Jessiki. Wynikała z niej tak druzgocząca krytyka postawy władz lokalnych, że w końcu zleciły one trwające cały rok śledztwo. Raport z niego opublikowano we wtorek.

Oszałamia mnie sama liczba zidentyfikowanych w raporcie ofiar - przynajmniej 1,4 tys.! Ale optymizmem napawa, że władze w końcu przypieczętowały prawdziwość poważnych oskarżeń, jakie po raz pierwszy opublikowaliśmy w "The Times" dwa lata temu.
Amy i Jessica odczuwają palącą potrzebę rehabilitacji i oczyszczenia imienia. Wtedy mówiły o tym, co się stało, i szukały pomocy, ale potraktowano je z pogardą. Próbowały zainteresować policję z South Yorkshire. Nikt ze sprawujących władzę nie chciał ich słuchać. Teraz ktoś je wysłuchał. Ogromna radość. W końcu ludzie uwierzyli, że mówiły prawdę.

Tłumaczenie: Zbigniew Mach
1

Komentarze

zwiń wszystkie wątki najnowsze najstarsze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się

szok

+1 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

Dorota (gość)  •

to szok ..... a ja mam córkę w Anglii ....

odpowiedzi (0)

skomentuj