Menu Region

Maksymilian Rigamonti: Ukraina ma ogromny potencjał...

Maksymilian Rigamonti: Ukraina ma ogromny potencjał zdjęciowy. Majdan był jak Warszawa z "Miasta 44"

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Michał Wróblewski

Prześlij Drukuj
Maksymilian Rigamonti, jeden z najbardziej znanych polskich fotoreporterów. Od 2005 r. współpracował z tygodnikiem "Newsweek Polska". Maksymilian Rigamonti, jeden z najbardziej znanych polskich fotoreporterów. Od 2005 r. współpracował z tygodnikiem "Newsweek Polska".

Maksymilian Rigamonti, jeden z najbardziej znanych polskich fotoreporterów. Od 2005 r. współpracował z tygodnikiem "Newsweek Polska". Obecnie fotoreporter tygodnika "Wprost". Pięciokrotnie był w bazach Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie. W 2014 r. otrzymał roczne stypendium twórcze od Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

O dziennikarzach na wojnie, przyjaźniach z żołnierzami, Majdanie i postrzelonych dziennikarzach na Ukrainie - mówi fotoreporter Maksymilian Rigamonti, autor wystawy "Afganistan jest w nas", laureat Grand Press Photo.
To już w Panu zostanie na zawsze?
Na pewno. Zwłaszcza że wyjeżdżałem tam pięć razy. Spędziłem w Afganistanie pół roku swojego życia. Zawiązałem tam wiele przyjaźni, ale przede wszystkim doświadczyłem wielu dramatycznych rzeczy. Afganistan nigdy mnie nie opuścił. I nie opuści.

Wojna z człowieka nie wychodzi nigdy?
Nie wychodzi. Ja, wyjeżdżając do Afganistanu - może nie za pierwszym razem, bo wówczas człowiek nie jest zorientowany do końca w temacie i nie wie, jak to wygląda, jak to smakuje, z czym będzie miał do czynienia - wiedziałem, że relacjonowanie wydarzeń, które mają tam miejsce, i "ściganie się" z internetem, radiem i telewizją z punktu widzenia mojego zawodu, nie ma sensu. Wiedziałem, że chcę opowiedzieć historię o ludziach. Bo takiej opowieści w mediach mi brakowało. I tę opowieść ciągnąłem przez kolejne pięć lat.

Pierwszy raz był najgorszy?
Za pierwszym razem byłem w Afganistanie z oficjalną delegacją z ministrem obrony narodowej. To był krótki wyjazd, raptem kilka dni. Ale był na tyle owocny, że podczas tego wyjazdu poznałem ludzi, którzy prowadzili mnie tam przez kolejne lata. Najważniejsze w tamtym momencie było postawienie sobie pytania, co chce się osiągnąć. Relacjonowanie w trybie "oficjalnym" mnie nie interesowało, to by było za łatwe, za płytkie. Po prostu - nic ciekawego. Nie chciałem powtarzać wciąż tych samych telewizyjnych kadrów. Zauważyłem, że ludzie, którzy żyją w Afganistanie, potrzebują zainteresowania. Tak po ludzku. Wiedziałem, że chciałbym śledzić ich losy, opowiedzieć o ich życiu. W grudniu zeszłego roku dostałem stypendium Ministra Kultury, dzięki któremu mam możliwość opowiedzenia o powrotach tych ludzi z Afganistanu. Tym media się nie interesują. A przecież Afganistan już w grudniu opuści ostatni polski żołnierz.

Ciężko zdobyć zaufanie tych ludzi?
Jako dziennikarz sam pan wie, że bez zaufania i ochoty współpracy z drugim człowiekiem nic się w tym zawodzie nie osiągnie. A żołnierze to jednak zamknięta grupa. Oni żyją w swoim świecie. Baza wojskowa położona jest 2000 m n.p.m. Otoczona górami. Na nią spada kilkadziesiąt rakiet w miesiącu, przy drodze wybuchają różnego rodzaju ładunki. Ci ludzie żyją w ciągłym stresie, strachu, dlatego bardzo sobie ufają. I każdy element z zewnątrz, jakaś "przeszkadzajka" w postaci dziennikarza, fotografa, łamie ten ich specyficzny i naturalny "układ zamknięty". Mogę chyba powiedzieć, że mnie się udało do nich dotrzeć, kiedy tam pojechałem drugi raz, to przez dwa miesiące żyłem w ich namiotach, chatach, wyjeżdżałem z nimi na patrole. Jeśli dobrze liczę, to podczas tych moich pięciu afgańskich wyjazdów byłem z nimi ponad 200 razy poza bazą. Dzieliłem ich strachy, lęki, radości.
Na Ukrainie jest wielki potencjał zdjęciowy. Ale dziennikarzy odstrasza brak wsparcia ze strony redakcji
I nigdy Pan nie miał poczucia, że jest Pan tam obcym elementem?
Nie. Bo gdybym miał, nie zrobiłbym tam tego, co zrobiłem. Ci ludzie mi zaufali. Nie mogłem być wówczas obiektywny jako dziennikarz, ale nie taki też by mój plan. Miałem jasne założenia. Chciałem opowiedzieć historię. I kiedy to robię, wchodzę w intymność moich bohaterów. Tracąc przy tym właśnie obiektywizm. Moim zdaniem to jest naturalne.

Miał Pan założenia. Ale czy w takim miejscu założenia i wizja dziennikarza zostają w pewnym momencie zaburzone przez emocje? Pana emocje.
Jasne, im dłużej się w coś człowiek wdraża, tym rzeczywistość zaczyna wyglądać inaczej niż to, czego spodziewaliśmy się na początku. Ciągle zadawałem sobie pytanie: "W którą stronę mam pójść?". Ale de facto na końcu i tak mój obiektywizm prysł. Całkowicie. Ja z tymi ludźmi przeżywałem tragedie, euforie. Nie mogłem być po prostu takim zwykłym obserwatorem, który patrzy, cyka zdjęcia, kładzie się spać, wstaje rano i robi to samo. To tak nie działa.

W wielu wywiadach mówił Pan, że nie uważa się za fotografa wojennego. Ma Pan za sobą jednak wiele wyjazdów w miejsca zapalne, podczas których dokumentował Pan całe zło z wojną związane. Pokazywał Pan ludzi, którzy musieli się z wojną zmierzyć, którzy byli jej uczestnikami, ofiarami... Pan się boi etykietek.
Gdybym był reporterem wojennym, już dawno powinienem być w Ługańsku, Słowiańsku czy Doniecku. W Strefie Gazy czy którymkolwiek miejscu, gdzie dzieją się dramaty powodowane wojną. Ale nie chcę być Hansem Klossem polskiej fotoreporterki. Mnie w Afganistanie nie tyle interesował żołnierz jako żołnierz. Mnie interesował gość w mundurze, który pod tym mundurem jest człowiekiem.
1 3 4 »
 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się