Menu Region

MŚ 2014. Brazylia w wielkim cieniu Argentyny

MŚ 2014. Brazylia w wielkim cieniu Argentyny

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Krzysztof Kawa z Brazylii

1Komentarz Prześlij Drukuj
Mistrzostwa dobiegły końca. Czy to był najlepszy turniej w historii? Wielu tak twierdzi. Na pewno historyczny - Brazylia nigdy już nie przegra 1:7.
Argentyna zdobyła Rio de Janeiro. Piłkarscy kibice z tego kraju zajęli najświętsze miejsca brazylijskiego futbolu. Upokorzenie gospodarzy mundialu sięgnęło zenitu. Maracana, stadiony Fluminense i Botafogo, nawet sambodrom - wszędzie już w piątek zaczęli panoszyć się wyznawcy Maradony i Messiego.

Samba po argentyńsku
Na obiekcie Fluminense narodziła się reprezentacja Brazylii, to tutaj rozegrała pierwszy międzynarodowy mecz z angielskim zespołem Exeter. Na Estadio das Laranjeiras drużyna narodowa Brazylii nigdy nie przegrała. I właśnie tę mekkę brazylijskiego futbolu zalała w weekend biało--niebieska fala z nielubianego sąsiedniego kraju.
Podobnie było w innej części Rio przed dawnym stadionem Botafogo, gdzie aż roiło się od kibiców finalistów mundialu. Na końcu Argentyńczycy wzięli 700--metrowy sambodrom. W sobotę wieczorem na karnawałowy obiekt zaczęli zjeżdżać fani, którzy zdecydowali się na wyprawę w ostatniej chwili. Betonowa droga pomiędzy trybunami, na której w styczniu prezentują się szkoły samby, teraz zamieniła się w parking zwieńczony olbrzymim telebimem.
Argentyńczycy manifestowali swoją miłość do futbolu na każdym kroku, w każdym możliwym miejscu. I znacznie goręcej od Brazylijczyków, nie zostawiając miejsca na żadne niedopowiedzenia.

Uśpiony wulkan
To Argentyna pod wodzą "boskiego" Messiego okazała się najlepsza spośród drużyn z Ameryki Południowej, choć początkowo raczej nie zachwycała. Pochwały za waleczność zbierało Chile, nagrody za wrażenia artystyczne dostawała Kolumbia, wielkie nadzieje budził Urugwaj (zanim Suárez zaczął szczerzyć zęby), rewelacją turnieju okrzyknięto Kostarykę. Brazylia, jeszcze ta z Neymarem, zdawała się z każdym meczem być pewniejsza, szczególnie gdy po wyjściu z grupy przebrnęła do półfinału.
Tymczasem drużyna Sabelli długo sprawiała wrażenie uśpionego wulkanu. Minęło wiele lat od chwili, gdy zespół Carlosa Bilardo rządził na świecie. Lionel Messi był wciąż niespełnionym następcą Maradony, któremu nawet on sam, w roli selekcjonera podczas mundialu w RPA, nie był w stanie pomóc.
Dopiero tu, w Rio de Janeiro, meczem z Bośnią i Hercegowiną Messi zaczął swój wielki marsz po koronę i berło. I tu, na Maracanie, go zakończył.

Jedność po europejsku
Europa nie oddała tych mistrzostw walkowerem. Przeciwnie. Kibice z Niemiec, Holandii czy Francji pojawili się w Ameryce Południowej w zaskakująco dużej liczbie, a piłkarze z tych krajów pokazali fantastyczne przygotowanie i umiejętności. - Największą siłą tych drużyn był team spirit - ocenił Claudio Reyna, były reprezentant USA.
Trafił w sedno. Niemcy i Holandia wygrywały w Brazylii, bo ich piłkarze umieli się zaprzyjaźnić i pokazać jedność na boisku. Niemcy stworzyli zespół niemal bez słabych punktów. Napisaliśmy po ich bezproblemowo wygranym meczu ze świetną przecież na mundialu Francją, że to perpetuum mobile. Machina Joachima Löwa zazgrzytała wprawdzie w spotkaniu z Ghaną i w 1/8 finału z Algierią, by jednak pełną parą ruszyć w meczach, które wymagały jej niezawodności najbardziej.
Holendrzy mieli dwie wielkie indywidualności: Robbenai van Persiego (Sneijder rozczarował), a także 33-letniego weterana Dirka Kuyta, który formą zaskoczył nawet Louisa van Gaala.
Niemal jak zwycięzcy wracali do kraju Francuzi. Sportowo wiele nie osiągnęli, ale odbudowali wizerunek przekreślony fatalnym zachowaniem piłkarzy przed czterema laty w Afryce.

Amerykanie wygrali
Na drugim biegunie znaleźli się Hiszpanie. - Nie będziemy talibami tiki-taki - ogłosił Vicente del Bosque. Chciał zapewne powiedzieć, że jego piłkarze nie będą zatwardziałymi wyznawcami jednego stylu. Przeciągnął na swoją stronę Brazylijczyka Diego Costę, sądząc, że jego obecność w ataku wszystko zmieni. Okazało się, że owszem, zmieniła, ale na niekorzyść.
Wśród tych, którzy wiele wygrali na mundialu, choć wcale go nie zawojowali, są Amerykanie. Soccer w USA nigdy nie miał się tak dobrze jak teraz. Mistrzostwa w Brazylii zrobiły więcej dla popularyzacji tego sportu w USA niż zorganizowany tam turniej w 1994 r.

Wspomniany Reyna uznał zakończony mundial za najlepszy w historii. Nie jest odosobniony w tej opinii. Były mecze mniej i bardziej interesujące, lecz jedno było niezmienne - wysoki poziom i nadzwyczaj duża liczba świetnie zorganizowanych drużyn. Przecież nawet ekipy, które kompletnie zawiodły, jak Anglia i Włochy, grały naprawdę dobry futbol i wcale nie odstawały od zespołów, które wyszły z "grupy śmierci", a więc Kostaryki i Urugwaju.
1

Komentarze

zwiń wszystkie wątki najnowsze najstarsze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się

górą Europejczycy!

0 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

spokojny  •

W małym finale o trzecie miejsce Holandia pokonała Brazylię a w dużym Niemcy Argentynę. Czyli górą Europejczycy i mam nadzieję, że Południowi Amerykanie zaczną się bardziej zastanawiać nad organizacją nie tylko piłki nożnej ale szerzej swoich społeczeństw. Bo okazuje się, że wynik w piłce ale i gospodarce osiąga się, nie tańcząc fantazyjnie sambę, ale systematyczną i zespołową pracą.

W niemieckiej drużynie nie ma supergwiazd ale każdy jest bardzo dobry i potrafi działać w grupie, trochę podobnie jest też w Holandii, bo szereg krajów ma podobny system tj. anglo-saksoński tj. kraje anglojęzyczne, niemieckojęzyczne, Skandynawia, Beneluks. Polska ma też taką szansę, po sąsiedzku Niemcy i przez morze kawałek Szwecja, Dania (duński Bornholm 40 km od wybrzeża) i warto korzystać z dobrych wzorów, zresztą tak się w Polsce dzieje. Polska miała w ostatnich latach największe sukcesy piłkarskie gdy trenerem był Holender Benhaker.

Może Polacy grający teraz w niemieckich drużynach jak Łukasz Podolski, Mirosław Klose czy Robert Lewandowski będą te wzory przenosić do Polski. Owszem w Polsce są Orliki i chwała za to rządowi i Tuskowi, bo ludzie na tych boiskach grają w piłkę. Ale teraz musi wkroczyć PZPN i zacząć tworzyć podstawy piłkarskiej piramidy, bo wielki sport zaczyna się na małych podwórkach.

odpowiedzi (0)

skomentuj