Menu Region

Mariusz Czubaj: Chcę dać czytelnikom troszeczkę zadowolenia

Mariusz Czubaj: Chcę dać czytelnikom troszeczkę zadowolenia

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Mariusz Czubaj, Sylwia Arlak

1Komentarz Prześlij Drukuj
Mariusz Czubaj: Chcę dać czytelnikom troszeczkę zadowolenia Mariusz Czubaj: Chcę dać czytelnikom troszeczkę zadowolenia

(© fot. wydawnictwo Albatros)

Twierdzi pisarz i antropolog kultury Mariusz Czubaj w rozmowie z Sylwią Arlak. Do księgarń trafił właśnie jego nowy kryminał "Martwe popołudnie". "Martwe popołudnie" to próba eksploracji "świętej polskiej trójcy": władzy, mediów i biznesu. Wnioski są przygnębiające: nie ma takiej podłości, której nad Wisłą by nie zapomniano.
Zadam Panu przewrotne pytanie: dlaczego ludzie mają spędzić wolny wieczór akurat przy lekturze kryminału?
Warto spędzić go z książką czy dobrym serialem, ponieważ przeżywanie czyichś przygód jest w moim przekonaniu najlepszą formą bezbolesnej konfrontacji ze światem. Zderzenia się z rozmaitymi pokładami odmienności. Nic nas tak bardzo nie kształtuje jak tego rodzaju doświadczenia. A dlaczego z kryminałem? To najlepszy gatunek, jaki ludzie wymyślili.

Akurat kryminał?
Całkiem odpowiada mi to, co kiedyś napisał Umberto Eco w zapiskach na marginesie "Imienia róży". Kryminał ma tego rodzaju niezbywalną cechę, że w gruncie rzeczy opowiada tę samą historię.
Jest to opowieść o tym, jak to w naszą rzeczywistość wkracza chaos. Następnie my znów musimy ten świat doprowadzić do porządku. No bo ostatecznie czymże jest zbrodnia i czymże jest rozwiązanie zagadki, jak nie właśnie ową destrukcją, wprawianiem świata w chaos, a następnie przywracaniem go w koleiny, w których lepiej bądź gorzej, ale trwa? Tęsknota, żeby przeżyć te dwa skrajne doświadczenia, są niezbywalne dla naszej kondycji ludzkiej.

Jakie czytelnicze potrzeby zaspokaja?
Uważam, że kryminał w swojej podstawowej postaci powinien być przede wszystkim fajnie opowiedzianą historią. Cierpimy trochę na taką atrofię opowiadania historii. Polska literatura ma tendencje do tego, żeby opisywać to, co nam się śni, bebechowato, wiwisekcyjnie. Więc te wszystkie latające duchy, gryzące sumienie upiory, wypływają gdzieś z wnętrza bohatera. Samych zdarzeń i akcji tam jest tam jak na lekarstwo. Natomiast kryminał zaspokaja taką elementarną ludzką potrzebę opowiadania historii o tym, że komuś coś się wydarzyło. I całe zadanie polega na tym, żeby czytelnika uwieść na te 2-3 godziny. Sprawić, aby odkleił się on od rzeczywistości i przykleił do tej alternatywnej, fabularnej.

Czego czytelnicy mogą jeszcze oczekiwać od tego typu powieści?
Czytelnicy - proszę mi wierzyć - oczekują bardzo różnych rzeczy. Podgatunków tej literatury jest od groma. Ku mojemu zdumieniu kiedyś odkryłem podgatunek nazywający się "submarine thrillers". Jest to - jak sama nazwa wskazuje - gatunek poświęcony thrillerom rozgrywającym się na łodziach podwodnych. Innych rajcują seryjni mordercy. Jeszcze innych thriller spiskowy albo medyczny. Kryminał to taki fanowski gatunek. Albo kochamy na zabój, albo odpadamy od ściany.

Czy dziś łatwiej, czy trudniej jest zaskoczyć odbiorcę? A może kolejne powieści kryminalne starają się jedynie powielać poprzednie?
To jest bardzo dobre pytanie. Z jednej strony, autorzy mają o wiele trudniej, gdyż nastąpił taki proces, który moglibyśmy nazwać odczarowaniem świata. Również w dziedzinie kryminału. Z pomocą przychodzą nam badania DNA. Albo też dzięki GPS-om możemy zlokalizować, w którym miejscu ukrywa się zły człowiek. Cała technologia sprawia, że trudniej jest stworzyć coś w rodzaju suspensu, czy zawieszenia. Z drugiej strony, mimo tych wszystkich dobrodziejstw zdarzają nam się takie sytuacje, że oto z ekranów radarów znika nagle samolot. Skoro tak dzieje się w rzeczywistości, to autorzy również mają cały czas możliwość konstruowania tego świata nieodartego do końca z tajemnicy.

Jak zmieniał się przez lata model kryminału? Coś pozostało po spuściźnie klasyki Agathy Christie? Przewija się gdzieś jeszcze legenda Sherlocka Holmesa?
Przede wszystkim to, co nazywaliśmy kiedyś tradycyjną powieścią detektywistyczną, rzeczywiście stanowiło puzzel, łamigłówkę. Zagadkę polegającą na tym, kto kogo. Czy autor przechytrzy czytelnika, czy czytelnik jednak ze swoją domyślnością, a także i znajomością pewnych reguł gatunkowych domyśli się, co tam uknuł dla niego autor. Dziś kompletnie odeszliśmy od tego modelu kryminału, dlatego że pytanie, kto zabił, raczej ustępuje pytaniu: jak to się stało i dlaczego. Bardziej pytamy o przyczyny. Czasami o te psychologiczne, ale równie często o przyczyny społeczne. Na przykład, czy model społeczeństwa nastawianego na permanentne konkurowanie, wyścig szczurów lub, jak kto woli, walkę buldogów, sprzyja agresji i przemocy. Kryminał stał się literaturą diagnostyczną. Stara się dokonać społecznej wiwisekcji i odpowiedzieć na ważne pytania: co się z nami stało, co się z nami dzieje, co się dzieje z naszym społeczeństwem. Czytelnicy często poszukują tego rodzaju spełnień i satysfakcji i tego rodzaju odpowiedzi w powieściach kryminalnych.

W Pana najnowszej powieści "Martwe popołudnie" właśnie takie pytania padają.
"Martwe popołudnie" jest pierwszą powieścią z mojego nowego cyklu. To taka krzyżówka tradycyjnie pojętego czarnego kryminału z thrillerem politycznym. Rzecz dzieje się wokół 2013 roku i rozgrywa się gdzieś na styku tego, co ja nazywam, a nawet jeden z bohaterów nazywa, taką świętą polską trójcą. Jest to relacja między władzą, mediami i biznesem. Można powiedzieć, że w polskim wydaniu ten trójkąt często jest kwadratem. Należałoby jeszcze dodać tu Kościół katolicki i jego rolę. Jedna z postaci w powieści w pewnym momencie pyta, czy istnieje w ogóle taka podłość i coś takiego, co człowieka na zawsze eliminuje w Polsce z życia publicznego, z ról publicznych. Mam wrażenie, że nie ma czegoś takiego. Po jakimś czasie i tak powróci, a ludzie zapomną.

Nie ma więc obawy o to, by polski kryminał w najbliższym czasie był zagrożony.
Myślę, że kryminał przeżywa swój złoty okres i nie dzieje się tak przypadkiem. Może właśnie dlatego, że jest najlepszym komentarzem do rzeczywistości. Coraz częściej też w prasie zachodniej, w "The New York Timesie" albo "The Independent", można przeczytać o ofensywie polskiego kryminału, który może zepchnąć z piedestału Skandynawów. A opinie takie to już nie są żarty.

Tylko co tak naprawdę powinien mieć, by móc go pozytywnie ocenić? Spróbujmy na podstawie Pana najnowszej powieści. Zacznijmy od głównego, zupełnie nowego bohatera Marcina Hłaski. Główna postać szczególnie w kryminale jest niezwykle istotna. Tu dostajemy mężczyznę niezwykle złożonego, a przez to interesującego. Nieco wyalienowanego, targanego różnymi niepokojami. Może nawet jego nazwisko jest nieprzypadkowe? Taką postać mamy polubić, podziwiać czy utożsamiać się z nią?

Ma motywować czy dodawać otuchy?
Wszystkiego po trochu. Więź czytelnika z bohaterem to jest rzeczywiście ważna rzecz. Trudno sobie wyobrazić kryminał, w którym bohater byłby nijaki. To na nim zawieszona jest akcja. A jeżeli kryminał jest pisany, jak to przystało na tradycję czarnego kryminału, w pierwszej osobie, to tym bardziej. Mój bohater jest byłym policjantem i specjalistą w różnych firmach zajmujących się sprawami bezpieczeństwa. Po godzinach zaś ekspertem od poszukiwań osób zaginionych. Takiego zresztą prywatnego zlecenia się podejmuje. Z jednej strony, jest człowiekiem cynicznym. Zdaje sobie sprawę, że ten cyniczny świat, zwłaszcza świat korporacji, w którym musi współegzystować, to świat wydmuszek, pozorów, sprawiania dobrego wrażenia. Ale wierzy, że są takie momenty, gdy docenia się prawdziwą urodę i wartość życia. Kiedy? Ano na przykład w sytuacjach zagrożenia.

Co jeszcze? Humor? Jakiś rodzaj autoironii?
To wynika też z tego, że mój bohater używa humoru i autoironii jako broni. To pewnego rodzaju tarcza, która sprawia, że z pewnym dystansem może patrzeć na to, co go otacza. Pozwoliłem sobie tutaj na jeszcze jedną rzecz, żeby oddać złożoność postaci. Są to mianowicie zabiegi narracyjne, które może czasem bardziej przypominają serial niż literaturę. Łamią linearną narrację, która niekoniecznie z punktu a zmierza do punktu b. Chciałbym, żeby nieco meandryczna i labiryntowa narracja oddawała powikłany stosunek bohatera do rzeczywistości.

Każdy szanujący się autor ma też swoje wybrane w powieściach miasto. U Pana jest to Warszawa.
Mój drugi cykl powieściowy z profilerem Rudolfem Heinzem jest skupiony wokół Katowic, bo tam mieszka mój bohater. Ale "Martwe popołudnie" faktycznie jest powieścią bardzo warszawską. Z jednej strony, możemy być w rozmaitych modnych miejscach na placu Zbawiciela, z drugiej na osiedlach, które przypominają raczej slumsy niż rzeczywiste osiedla. Możemy krążyć od budki z hamburgerami do budki z bardzo modnymi frytkami belgijskimi. Poznajemy różne odcienie Warszawy.
Można mieć ochotę zrobić sobie potem wycieczkę po mieście śladem bohatera. Zdarzały się Panu kiedyś jakieś nieścisłości?
Pamiętam, jak z Markiem Krajewskim pisaliśmy "Aleję Samobójców" i dostaliśmy bardzo długiego mejla od czytelnika z Gdańska. Było w nim wiele pochwał, ale również przygany. Pojawił się zarzut, że bohater przemieszcza się z jednego miejsca w drugie w 15 minut, podczas gdy zajęłoby mu to minut pięć. Nawet gdyby był 80--latkiem poruszającym się o kulach. Rzeczywiście nie sprawdziliśmy pewnych rzeczy, co świadczy tylko o tym, że nikt nie jest doskonały. Ale z drugiej strony, nic nie sprawia autorowi takiej satysfakcji jak to, że czytelnicy czytają uważnie.

Ale czy wiedza antropologiczna, którą Pan posiada, może w momencie pisania własnej powieści jedynie pomóc, czy jednak też stać się nieco obciążająca?
Myślę, że zdecydowanie pomaga. To już napisał kiedyś Ross Macdonald w klasycznym eseju, w którym porównywał detektywa do antropologa. Napisał, że obaj są do siebie podobni, ponieważ, rozwiązując swoje problemy, muszą poruszać się w zbiorowościach, które są dla nich zbiorowościami obcymi. Muszą wnikać w różne światy, które niekoniecznie są ich światem. Co łączy pisarza kryminałów z antropologiem? To są zawody "full time job". W jednym i w drugim przypadku - zresztą używam często takiej metafory - czuję się jak szakal. Żeruję na odpadach codzienności, a potem je przetwarzam.

Przygodę z pisaniem zaczynał Pan od teoretyzowania z prof. Bursztą w książce "Krwawa setka". Kryminały stawia Pan na piedestale, ale badacze raczej nie chcą się na nim skupiać. Uważają ten gatunek za mało poważny?
Ale przecież współczesny czytelnik chwyci kryminał właśnie, a nie na przykład powieść XIX--wieczną. Za XIX-wieczną może jeszcze tak, bo tam niezłe historie potrafili tkać. Pal licho badaczy. Bardziej boli mnie to, że autorzy, którzy tworzą tzw. wysoko artystyczną prozę, z dosyć dużym lekceważeniem odnoszą się do literatury kryminalnej. Twierdzą, że kryminał to każdy głupi potrafi napisać. Wystarczy pstryknąć palcami. Więc pstrykają. I wychodzą takie gnioty, że miłosiernie przemilczę tytuły i nazwiska. Lekceważąca postawa jest nieuprawniona również dlatego, że trudno ignorować wybory czytelnicze. Nie powinniśmy obrażać się na to, że ludzie czytają określone gatunki, bo na tym polega demokratyzacja wyborów we współczesnej kulturze. I tej wolności powinniśmy bronić za wszelką cenę.

Mariusz Czubaj,
"Martwe popołudnie",
Albatros, Warszawa 2014,
cena: 33 zł
1

Komentarze

zwiń wszystkie wątki najnowsze najstarsze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się

sory ale beze mnie

0 / -2

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

spokojny  •

Wszystko ładnie ale aż 33 złote za książkę?!
To to sory ale beze mnie.

odpowiedzi (0)

skomentuj