Wypiekanie budżetowego tortu w Unii Europejskiej nigdy nie należało do prostych zajęć. Jednak teraz, gdy do stołu zasiada 27 państw członkowskich reprezentujących 500 milionów obywateli UE, a negocjacje (ze 140 mld euro w grze) prowadzą dodatkowo przedstawiciele trzech różnych instytucji (Komisji Europejskiej, Rady Unii Europejskiej i Parlamentu Europejskiego), nietrudno o rozbieżność opinii. Komisja Europejska zrobiła zbyt duży - zdaniem pozostałych instytucji - "zaczyn" na ciasto.
Rada bardzo oszczędny "spód" tortu, próbując zmniejszyć jego rozmiary, a parlament chciałby więcej "bitej śmietany", starając się zadowolić największych smakoszy unijnej integracji, którzy wyczekują nowści eurokulinarnych, czyli wspólnej polityki zagranicznej i głębszej integracji gospodarczej.
W 2010 r. atmosfera w budżetowej kuchni jest bardziej napięta niż zwykle. Trzy unijne kucharki (działając jak przysłowiowych polskich sześć) upierają się przy własnych recepturach i już dawno przekroczyły traktatowy termin negocjacji, który minął 15 listopada. Po raz pierwszy od 22 lat przed Brukselą i pozostałymi europejskimi stolicami stoi realna groźba nieprzyjęcia nowego budżetu i działania na podstawie prowizorium, czyli liczb zapisanych w budżecie na 2010 r.
Czy to oznacza, że "nie będzie co jeść"? Po części tak.
Wydatki Unii w przypadku prowizorium musiałyby być prowadzone w tzw. systemie dwunastek. W każdym miesiącu 2011 r. UE mogłaby wydać do 1/12 wysokości budżetu na rok 2010, zatem 141,5 mld euro podzielono by na 12 transzy i każdego miesiąca tylko tyle byłoby do wydania. Dla "starych" projektów nie stwarzałoby to większych zagrożeń, pojawiłyby się jednak problemy z realizacją nowych, które nie miały przypisanych żadnych środków w roku 2010, jak np. z Europejska Służba Działań Zewnętrznych (unijna dyplomacja). Żadna unijna umowa nie mogłaby być zawarta na dłużej niż miesiąc, by potem być ponownie przedłużaną na kolejny. Łatwo sobie wyobrazić, jakie administracyjne zamieszanie prowizorium mogłoby spowodować. W dłuższej perspektywie tymczasowy budżet stwarzałby też kłopoty dla budżetów państw członkowskich, w tym dla Polski. Unia nie mogłaby dokonywać pełnych płatności dla rolników czy też tych w ramach polityki spójności. Według wyliczeń Ministerstwa Finansów, w przypadku trwania prowizorium przez cały rok 2011 Polska otrzymałaby o 5,5 mld zł mniej, niż zakładał pierwotny projekt budżetu.
Zatem skąd to całe zamieszanie? Co uzasadnia ewentualne finansowe straty w państwach i liczne komplikacje po stronie administracji? Odpowiedź może wydawać się zaskakująca: w negocjacjach budżetowych tym razem nie chodzi o liczby, ale o miano równorzędnych "szefów kuchni", którymi czują się zarówno Rada Europejska (rządy państw członkowskich UE), jak i Parlament Europejski. Na razie pierwsza zdaje się marginalizować ambitnych europosłów i stara się (wbrew nowemu traktatowi z Lizbony) ograniczać rolę parlamentu w podejmowaniu kluczowych decyzji dotyczących budżetu UE.
Czytaj także:
* UE zapewne uniknie prowizorium. PE będzie głosować ws. budżetu 2011 Budżetowy tort na 2011 r. jest już gotowy i będzie opiewał na 126,5 mld euro, tj. wzrośnie w płatnościach o 2,91 proc. w porównaniu z budżetem na 2010 r. Ten kompromis osiągnięto dość łatwo, spotykając się niejako w połowie drogi. Na początku rozmów rada postulowała utrzymanie dotychczasowych wydatków (dając jednocześnie wiele nowych zadań do realizacji), parlament zaś proponował wzrost 6-procentowy (gdyż np. wymyślona przez radę eurodyplomacja przecież będzie kosztować, inaczej trzeba by było ciąć gdzie indziej, np. fundusze strukturalne). Obecny konflikt na linii rada - parlament ogniskuje się wokół pytania: jak wiele można wyczytać z zapisów traktatu lizbońskiego?
W zależności od tego, kto czyta, na pytanie padają rozmaite odpowiedzi.
Prawdziwa batalia toczy się więc o to, kto przygotuje składniki na siedem budżetowych tortów w latach 2014-2020. Po wejściu w życie traktatu z Lizbony europarlament zyskał kompetencję współdecydowania o wydatkach UE na równi z radą. Ujmując to w dużym skrócie: eurodeputowani posiadali poprzednio kontrolę jedynie nad tzw. wydatkami nieobowiązkowymi, czyli połową budżetu przeznaczoną głównie na politykę spójności (fundusze strukturalne) i działania zewnętrzne, zaś wydatki obligatoryjne - obejmujące pozostałą połówkę budżetu ze wspólną polityką rolną - były praktycznie tylko w gestii rady.
Nowy traktat przyniósł zniesienie podziału na wydatki obowiązkowe i nieobowiązkowe, skrócił procedurę budżetową do jednego czytania (poprzednio były dwa i więcej czasu na negocjacje) i spowodował, że parlament stał się równorzędnym partnerem dla rady. Tej ostatniej zmiany rada zdaje się nie dostrzegać. W rezultacie, gdy przyszło co do czego i przebieg negocjacji budżetowych na 2011 r. przestał satysfakcjonować europosłów, parlament nie zawahał się skorzystać z nowej broni i zablokował rozmowy. Stąd widmo prowizorium.
Cały tekst przeczytasz w weekendowym wydaniu "Polski" lub na stronie prasa24.pl.
Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie PolskaTimes.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.