Menu Region

Joanna Kluzik-Rostkowska: Karta nauczyciela jest jak grzyb...

Joanna Kluzik-Rostkowska: Karta nauczyciela jest jak grzyb na ścianie

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Joanna Miziołek

Prześlij Drukuj
Joanna Kluzik-Rostkowska Joanna Kluzik-Rostkowska

Joanna Kluzik-Rostkowska (© LUCYNA NENOW / POLSKAPRESSE)

O tym, że przemodeluje system edukacji oraz że cieszy się, iż Michał Kamiński przeszedł do Platformy, a także o tym, że Jarosław Kaczyński nie potrafi wziąć odpowiedzialności za rządzenie, bo ma samych żołnierzy, a żadnych generałów - mówi Joanna Kluzik-Rostkowska.
Dzisiaj mijają prawie cztery lata od czasu, kiedy prowadziła Pani kampanię Jarosława Kaczyńskiego. Teraz siedzimy w gabinecie ministra edukacji w rządzie Platformy. Jakiś sentyment?
Sentyment? Do czego?

Sentyment do przeszłości.
Ja mam sentyment do ludzi, z którymi pracowałam w czasie tej kampanii. To był wyjątkowy moment, bo to była kampania prowadzona po katastrofie.

Wyobrażała Pani sobie wtedy, że znajdzie się w rządzie PO?
Polityka jest wbrew pozorom tak mało przewidywalnym zajęciem, że niczego sobie nie wyobrażałam w perspektywie dłuższej niż dwóch czy trzech lat.

1 września dzieci pójdą do szkoły?

Oczywiście, że 1 września dzieci pójdą do szkoły.

Premier niepotrzebnie straszył, nie mamy się czego bać?
Zanim zostałam ministrem, byłam dziennikarką. Obserwowałam konflikty zbrojne w różnych miejscach świata. Byłam trzy razy w Czeczenii. Widziałam wojska rosyjskie i wiem, do czego są zdolne. Wiem, że granica między pokojem a wojną jest łatwiejsza do pokonania, niż wydaje się komuś, kto nikt wojny z bliska nie widział. Nie ma dzisiaj zagrożenia dla Polski, bo jesteśmy członkiem NATO. Granica pokoju to granica obecności NATO. Sytuacja natomiast rzeczywiście jest poważna. Ani przez moment nie odbierałam słów premiera wprost.

Posłanie sześciolatków do szkół to główne zadanie, które powierzył Pani premier, z którym nie poradziła sobie minister Szumilas?
Doprowadzenie do końca reformy sześciolatków było oczywistą kontynuacją tego, co w tym ministerstwie od paru lat się działo. Przyszłam tutaj z własnym planem. Rok wcześniej zaczęłam przygotowywać program dotyczący rynku pracy. Rozszerzyłam go o przedsiębiorczość. Bardzo szybko zdałam sobie sprawę, że jeśli chce się myśleć o rynku pracy w dłuższej perspektywie niż kilkuletnia, to bez zmian w edukacji nic się nie zmieni. W kontekście rynku pracy edukacja jest kluczowa. W Instytucie Obywatelskim zgromadziłam wokół siebie ludzi i razem z nimi przygotowałam program. Do Ministerstwa Edukacji wchodziłam z tą podstawą. I jeszcze umówiłam się z premierem, że uporządkujemy rynek podręczników.

Wracając do sześciolatków. Jest Pani pewna, że wszystkie szkoły są przygotowane, by je przyjąć?
Kiedy wchodziłam do tego ministerstwa 27 listopada, musiałam powiedzieć: "Nie wiem". Musiałam znaleźć sposób, żeby wiedzieć. Na stronie internetowej powiesiliśmy mapę wszystkich szkół podstawowych w Polsce. Uważam, że nie można zgubić żadnej szkoły tylko dlatego, że poruszamy się w kilkudziesięciu procentach szkół, w których jest dobrze. Poprosiliśmy o rachunek sumienia dyrektorów szkół. Mieli wypełnić ankiety, czy są przygotowani do przyjęcia dzieci, czy mają stołówki, czy mają miejsce zabaw, świetlice. Dla równowagi poprosiliśmy o wypełnienie ankiet rady rodziców. Wysłaliśmy też do szkół wizytatorów. Do końca kwietnia mają do nich wejść i też wypełnić ankiety. Rozmawiałam w sprawie reformy również z samorządowcami. Szczęśliwie dla sześciolatków w tym roku są wybory samorządowe, więc łatwiej przekonać samorządy, że szkoła jest ważna. Przy okazji wystosowałam apel do rodziców, by sami sprawdzali, czy szkoła ich dzieci jest gotowa na przyjęcie. Wystarczy do niej pójść i porozmawiać z dyrektorem. Z ankiet, które do nas spłynęły, wynika, że są miejsca, gdzie rady rodziców oceniają szkołę lepiej niż dyrektorzy. Co świadczy o tym, że dyrektorzy solidnie podeszli do sprawy.
95 proc. szkół uważa, że są dobrze lub bardzo dobrze przygotowane na przyjęcie sześciolatków. Jest 7 promili szkół, w których dyrektorzy stwierdzili, że nie są przygotowani na przyjęcie sześciolatków. To koło 100 nieprzygotowanych szkół. Wiemy, które to placówki, więc łatwiej dobrze wykorzystać czas do 1 września.

Po sześciolatkach weźmie się Pani do Karty nauczyciela? Kiedyś mówiła Pani o jej likwidacji, dziś jedynie o zmianach, ale nie teraz, bo teraz trwa kampania.
Zastałam projekt zmian w Karcie nauczyciela pozostawiony przez Krystynę Szumilas. Tam jest 15 rozwiązań. Z kilku z nich chcę się wycofać. Zostawiłam go jeszcze na chwilę, by przeanalizować wszystkie punkty. Moje wyobrażenie na temat Karty nauczyciela jest takie, że jest ona jak grzyb na ścianie. Jest dokumentem ze stycznia 1982 r. To były inne czasy, inna rzeczywistość, inaczej definiowane potrzeby, inne pieniądze, inne roczniki dzieci, wyż demograficzny, który zaraz potem przyszedł. Kiedy grzyb wychodzi ze ściany, to bierzemy szpachelkę i robimy nowelizację. Tylko że zaraz ten grzyb znowu wyjdzie. Mam przeświadczenie, że dokument, który będzie regulował pracę nauczycieli, trzeba zbudować od podstaw. Karta nauczyciela nie przystaje do dzisiejszej rzeczywistości. Możemy używać szpachli raz na rok, budując przy okazji wokół tego zagadnienia napięcie. Ustawa regulująca pracę nauczycieli jako dokument sama w sobie jest potrzebna, ale trzeba ją stworzyć od nowa. Ale teraz nie możemy tego zrobić, bo zbliżają się wybory i wszystko zostałoby upolitycznione razem z każdą kropką i każdym przecinkiem w nowej propozycji.

Boi się Pani strajków nauczycieli w kampanii?
Nie. Nie chce tego upolityczniać. Wszystkie partie na pewno chcą, aby polskie szkolnictwo miało się dobrze. Skoro Karta nauczyciela przetrwała 32 lata, do dzisiaj, to ta następna będzie pewnie służyć też tyle lat. Żeby ją przygotować, potrzeba czasu i politycznej rozwagi.

Kampania kampanią, ale po niej też jest życie i rozumiem, że po niej zajmie się Pani sprawą Karty nauczyciela. Realnie jest tak, że przez nią nie można zwolnić nauczyciela z pracy, chyba że przyjdzie pijany na lekcje?
Prezes ZNP powie pani, że można zwolnić nauczyciela. Teoretycznie to jest możliwe. W praktyce, jak mówią sami dyrektorzy szkół, bardzo niewielu decyduje się na takie wyjście. To droga przez mękę. Trwa kilka lat, a na samym końcu wspólnota nauczycieli jest tak zdewastowana, że nie ma czego zbierać. To powoduje tak wielkie turbulencje w całej szkole, że już lepiej mieć tego nauczyciela, z którym nie chce się współpracować, niż przechodzić przez to wszystko. Ale to niejedyny problem. Teraz mamy unijny program służący stałemu wsparciu szkoły. Chodzi o to, że wchodzi grupa trenerów do szkoły i współpracuje z ciałem pedagogicznym. Największym problemem okazuje się brak instrumentów motywujących dla nauczycieli. Bo nauczyciel przechodzi swoje ścieżki, dochodzi do nauczyciela dyplomowanego i koniec. Jeżeli nie ma wewnętrznej motywacji, to pewnie się w życiu nudzi. To jest takie myślenie: "Mogę być bardzo przeciętnym nauczycielem, ale nic mi nie zrobicie". To formuła z XX w., gdzie najlepiej unikać ryzyka. A przecież nie chodzi o to, aby nie ryzykować, wprost przeciwnie. Trzeba to robić i wyciągać z tego wnioski. Nie ma spektakularnych zwycięstw bez ponoszenia ryzyka.

To jaki jest pomysł na przemodelowanie szkoły?
Taki mały kroczek udało nam się zrobić przy okazji sześciolatków. Jak zaczęłam tutaj pracę, zebraliśmy różne instrumenty, które pomogłyby w prowadzeniu nowoczesnej formuły edukacji wczesnoszkolnej. Między innymi zapisaliśmy wprost, żeby nauczyciele wczesnoszkolni zapomnieli o tym, że lekcja trwa 45 minut. Wykreśliłam z rozporządzenia, że tyle trwa lekcja. Chodzi o to, żeby nauczyciele wczesnoszkolni uzyskali maksymalnie dużą swobodę w sposobie prowadzenia lekcji. Dzieci mają prawo do swobodnie długiego okresu adaptacji. Ale aby to stało się możliwe, to musimy dać nauczycielowi duży oddech, żeby mógł pracować w takim tempie, w jakim będzie chciał, w jakim pozwala mu ta grupa. Przygotowujemy też pakiet dobrych praktyk dla nauczycieli, którzy nie wiedzą, jak przeprowadzić zajęcia nie w sztywnych ramach czasowych. Warto jest przedyskutować to, czy dzieci powinny mieć dużo zadań domowych, czy lepiej, żeby więcej pracowały w szkole, czy trzeba ich uczyć pracy projektowej, czy żeby ścigały się na klasówkach, żeby zdobyć piątkę. Poza tym jeżeli nauczyciel ma być nie mentorem, a partnerem do odkrywania świata, to musi wyjść spod tablicy. Aby taką formułę pracy przyjąć, układa się ławki w podkowę. Tymczasem do szkoły przyszedł sanepid i stwierdzono, że dzieci nie mogą tak siedzieć, bo szyja się krzywi. Jakiś absurd! Niezależnie od tego, ile czasu spędzę w ministerstwie, za cel stawiam sobie, aby przestawić szkołę na właściwe, nowoczesne tory. Teraz kolejne zadanie to wprowadzenie podręcznika.

Jest Pani gotowa z wprowadzeniem darmowego podręcznika?
Od lat mówiło się o wprowadzeniu podręcznika. Wcześniejsze doświadczenia MEN z wydawnictwami były takie, że kiedy MEN postanowił przygotować e-podręczniki do wszystkich poziomów edukacji, które będą gotowe w 2015 r., to wydawnictwa zgodnie ze swoim interesem powiedziały, że nie są zainteresowane pracą przy e-podręczniku, bo ten wypchnie je z rynku. W maju pokażemy pierwszą część darmowego podręcznika. Przygotowujemy też cały pakiet dodatkowych ćwiczeń, które będą w internecie. Będzie również wiele pomocy naukowych w postaci filmów, gier itd. Chcemy doprowadzić do tego, aby podręczniki były wieloletnie, by były własnością szkoły. Będą wypożyczane uczniom i finansowane z budżetu centralnego. Na rok 2014 szkoła zapewni dzieciom podręcznik do edukacji wczesnoszkolnej przygotowany przez ministerstwo, podręcznik do nauki języka obcego, na który przeznaczamy 25 zł, oraz materiały dodatkowe, jeżeli nauczyciel będzie je chciał, i przeznaczamy na to 50 zł na każdego ucznia. Od roku 2015 pierwsza, druga, czwarta klasa i pierwsza klasa gimnazjum dostaną taki pakiet. Kończymy projekt w 2017 r.

Pojawiał się żart primaaprilisowy, że mają być reklamy w darmowym podręczniku. Ministerstwo tego nie dementowało.
Zrozumieliśmy żart.

W tej nowoczesnej szkole powinna być religia czy etyka?
W 2010 r. Polska przegrała przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu i zostaliśmy zobowiązani do tego, żeby wprowadzić taki mechanizm w Polsce, że nawet jeśli jedna osoba chce mieć zajęcia z etyki, to trzeba je wprowadzić w szkole. Dodatkowo złożyłam wymaganie, żeby w szkole była zawsze deklaracja pisemna od rodziców, czy dziecko chce chodzić na religię, czy na etykę. Często zdarzały się sytuacje, w której nauczyciel mówił do rodziców dzieci, że ci, którzy chcą chodzić na religię, nic nie muszą pisać, a ci, którzy chcą chodzić na etykę, muszą wypełnić dokumenty. Co symbolicznie stawiało dzieci, które chcą chodzić na etykę, w gorszej sytuacji. Nie chcę, by te dzieci były traktowane jak dziwadła. Etykę trzeba wpisać do podstawy programowej. Stawianie pod znakiem zapytania etyki czy religii w szkole w czasie kampanii to wyciąganie diabła.

Gdy Pani została ministrem edukacji, politycy PiS mówili, że jest Pani niekompetentna. Politycy PJN, gdy Pani od nich odeszła, mówili, że nie podołała Pani, bo ma Pani troje dzieci, do których o 16 musi Pani wracać. Tymczasem Pani mówi, że największą Pani kompetencją do sprawowania funkcji minister edukacji są właśnie dzieci.
Uszczypliwości są prawem opozycji. Jeżeli jest się w polityce, ma się doświadczenie kierowania resortem i wie się, co się chce zrobić, to ma się kompetencje. Teraz jest mi o wiele łatwiej niż wtedy, gdy wchodziłam do Ministerstwa Pracy. A wchodziłam tam z dziennikarstwa. Wtedy nikt nie zarzucał mi, że nie mam doświadczenia. Co do moich kolegów z PJN, być może nie potrafią godzić obowiązków domowych z zawodowymi i stąd takie przeświadczenie. Proponuję, by spróbowali.

Może dlatego im partia nie wyszła.
Jak w tej chwili na to patrzę, to widzę, że propozycja wejścia na listy Platformy była najlepszym rozwiązaniem. Tak to czułam. Mój następca doprowadził partię do samorozwiązania.

Jak się Pani czuła, kiedy dowiedziała się Pani, że Michał Kamiński przechodzi do PO? Średnio się Pani z nim dogadywała w PJN.
Akurat z Michałem się dogadywałam. Immanentną częścią polityki jest spór. Dopiero po czasie widać, kto nie miał racji, kto popełnił błąd. Szkoła PJN była dla mnie krótka, ale bardzo owocna. Ponieważ jestem pragmatykiem, wiedziałam, że szanse tej partii daje skorzystanie z propozycji Platformy, bo wiem, że partie poza parlamentem w dzisiejszej polityce nie mają szansy. Wejście do Sejmu z Platformą dawało szansę, że środowiska, które były wtedy budowane, będą się rozwijać. Wybrali inną drogę, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Wtedy powiedziałam "nie", ponieważ nie chciałam brać odpowiedzialności za coś, co wydawało mi się nieuchronne.

Ale musi Pani przyznać, że to jednak hipokryzja. Sam Michał Kamiński, który tak mocno atakował Platformę, dziś staje po jej stronie.
To nie jest takie łatwe. Proszę sobie przypomnieć, czym był PiS kilka lat temu. Polityka ulega zmianie. Polityka to poszukiwanie sojuszników do wprowadzania rozwiązań, które się uważa za ważne. Czy pani wyobraża sobie sytuację, że w PiS mogłabym robić to, co teraz robię?

Nie byłaby Pani ministrem teraz. Tylko że Michał Kamiński robi to, co robił w PiS, czyli negatywną kampanię spotami. To nie podoba się nawet politykom PO.
Nie wiem, czy przygotowuje spoty. Wiem, że będzie walczył o mandat na Lubelszczyźnie jak lew.

Myśli Pani, że go dostanie?
Walka w kampanii wyborczej jest najważniejsza. Sto tysięcy zwrotów akcji na dobę. Determinacja jest bardzo ważna. Wszyscy wiedzą, że będzie walczył. Jego doświadczenie kampanijne na pewno się przyda. Wiem, co mówię, bo z nim pracowałam. Ucieszyłam się, że do nas przeszedł.

Jarosław Kaczyński się nie ucieszył. Ma wolę walki?
PiS od czasu do czasu stara się wrócić w buty kampanii prezydenckiej, ale potem z tej ścieżki zbacza. Każdy powrót do tamtej retoryki pokazuje, że mieliśmy rację, ale jest też coraz mniej wiarygodny. Nie mam pojęcia, czy Jarosław Kaczyński chce wygrać wybory. Od 2010 r. z nim nie rozmawiałam. Nie wiem, czy dziś jako punkt odniesienia najważniejszy dla niego jest jego brat, czy wygrana. Wygrać wybory to wielka radość w dniu wygranej i poczucie ogromnej odpowiedzialności następnego dnia o poranku. A wzięcie odpowiedzialności oznacza grupę ludzi, z którymi można ją wziąć. A z kim odpowiedzialność ma wziąć Jarosław Kaczyński. Nie ma już żadnych partnerów. Jarosław Kaczyński ma żołnierzy, ale z generałami już gorzej.
 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się