Brak jedności w kwestii polityki rosyjskiej w Polsce decyduje o naszej słabości w oczach naszych sąsiadów Rosjan - mówi Paweł Kowal, europoseł PJN, w rozmowie z Dorotą Kowalską.
Jak Pan ocenia rezolucję rosyjskiej Dumy w sprawie zbrodni katyńskiej? Jedni mówią: krok naprzód, inni: gest bez znaczenia.
Nie nazwałbym tego "gestem bez znaczenia". Gesty, jeśli są czynione w dobrej woli, trzeba przyjmować z dobrą wolą. Ale należy je przyjmować wyłącznie jako gesty. Natomiast widać wyraźnie, że Rosja w sprawie Katynia prowadzi politykę gry na dwóch fortepianach. Jeden fortepian to właśnie te gesty symboliczne, emocjonalne. Rosjanie doskonale zdają sobie sprawę z wrażliwości polskiej opinii publicznej na te aspekty i stąd są gotowi w tej kwestii pójść najdalej, jak się da. Z drugiej strony, są sprawy dużo ważniejsze dla Rosjan - kwestie kwalifikacji prawnej zbrodni katyńskiej i dokumentów, które ewentualnie mogą pomagać polskim obywatelom w dochodzeniu swoich praw przed trybunałem w Strasburgu.
Tutaj rosyjską politykę charakteryzuje od lat stała niechęć do wykonywania kolejnych ruchów. I nawet po Smoleńsku, kiedy spodziewano się jakichś kroków w tym kierunku, nie tylko, że nie było żadnych istotnych nowych gestów, ale widzimy wyraźnie, że polityka rosyjska jeszcze się utwardziła. Mam na myśli stanowisko rosyjskiego wymiaru sprawiedliwości.
Uważa Pan, że zbrodnię katyńską należy uznać za ludobójstwo? Wielu ekspertów twierdzi, że nie mieści się, z prawnego punktu widzenia, w jej definicji.
Moim zdaniem zbrodnia katyńska jest ludobójstwem. Ale żeby do tego dojść, nie wykonano całej masy małych kroków. Nie ujawniono całej dokumentacji ze śledztwa, jakie prowadziła Federacja Rosyjska w latach 90., nie mamy także istotnej części dokumentów, które dotyczyły decyzji biura politycznego o zamordowaniu polskich oficerów. Te dokumenty, oprócz dowodzenia w kwestii ludobójstwa, byłyby pomocne polskim obywatelom w dowodzeniu swoich racji obywatelom przed trybunałem w Strasburgu. A kiedy polska strona nie występuje o odszkodowania, bo żaden polski rząd nigdy o nie nie występował, pozostaje jedynie możliwość indywidualnych roszczeń obywateli. Ale polski rząd nie może nie wspierać tych roszczeń, przynajmniej w taki sposób, że będzie się domagał dokumentacji, która może się okazać pomocna. Dochodzilibyśmy bowiem do takiej sytuacji, w której po jednej stronie jest rząd rosyjski dowodzący przeciwko polskim obywatelom, a po drugiej stronie polscy obywatele, którzy występują indywidualnie i nie mają żadnego oparcia w swoim rządzie, który na przykład nie domaga się od strony rosyjskiej jakichś dokumentów.
Myśli Pan, że temat, o którym rozmawiamy, powinien być jednym z tematów rozmów podczas wizyty prezydenta Miedwiediewa w Polsce?
To stały temat rozmów rosyjsko-polskich, pewnie będzie tak i tym razem. Rozumiem, że to są trudne rozmowy, natomiast nie rozumiem, że osoby, które zdają sobie sprawę ze stanu kwestii katyńskiej, mówię o politykach i komentatorach, przedstawiają opinii publicznej działania w sferze emocjonalnej, tak jakby to było spełnienie prawnych postulatów państwa polskiego, a tak po prostu nie jest. Postulaty państwa polskiego niezmiennie od kilkunastu lat dotyczą zupełnie innych rzeczy.
Ale to chyba ważne spotkanie, pierwsze po ośmiu latach, kiedy w 2002 roku prezydent Aleksander Kwaśniewski gościł prezydenta Władimira Putina?
Na pewno strona rosyjska zabiega dzisiaj o dobre relacje z Polską, także dlatego, że mamy w przyszłym roku prezydencję. I to bardzo dobry moment dla polskiej dyplomacji, by powalczyć trochę na arenie międzynarodowej, uregulować sprawy, które są trudne w relacjach polsko-rosyjskich.
Więc o czym Bronisław Komorowski powinien rozmawiać z prezydentem Rosji?
Ja bym radził, aby pokazać te rzeczy, które są dobre, pozytywne w reakcjach między naszymi krajami. Myślę tu głównie o sprawach społecznych, czy wzroście wymiany handlowej. Natomiast równocześnie trzeba podnieść sprawy z gatunku najtrudniejszych i wciąż nierozwiązanych, takich jak energetyka, sprawa katyńska właśnie czy kwestia nieruchomości prorosyjskich w Polsce. No i oczywiście zostają kwestie związane z polityką regionalną w Europie Wschodniej. Największym błędem w relacjach polsko-rosyjskich jest przedstawianie nieznaczących deklaracji czy dyplomatycznej rutyny jako przełomowych wydarzeń. Podobnie jak brak jedności w kwestii polityki rosyjskiej w Polsce decydują o naszej słabości w oczach Rosjan.
A jakie kwestie powinien poruszyć prezydent Komorowski na spotkaniu z Barackiem Obamą, prezydentem Stanów Zjednoczonych?
Trudno układać w tej chwili plan rozmów, bo do tego trzeba mieć zawsze szczegółową, wewnętrzną wiedzę, co dzieje się w relacjach polsko-amerykańskich i wewnątrz NATO. Na pewno kluczowym tematem jest kwestia bezpieczeństwa Polski w kontekście zmiany strategii NATO, na pewno takim tematem jest nasza współpraca wojskowa, jest wreszcie kwestia wiz, chociaż tutaj mam wątpliwości, czy powinna być ona omawiana na najwyższym szczeblu.
Jak Pan ocenia Bronisława Komorowskiego, bo jako prezydent RP wiele w polityce zagranicznej może zrobić?
Myślę, że nie wykształcił się jeszcze wyraźny rys prezydentury Bronisława Komorowskiego, jeśli chodzi o stosunki międzynarodowe. Z jednej strony, były próby działania w sferze Europy Środowej, które mi się podobały, na plus zaliczam większe zainteresowanie polityką wobec Ukrainy. Z drugiej strony - mam wrażenie, że jest za dużo powrotu do ustawiania Polski w konfiguracji "między Niemcami a Rosją", co nie jest korzystne dla naszego kraju. Bronisław Komorowski w ostatnich miesiącach wciąż wahał się, w zależności od sytuacji przyjmował taką albo inną opcję. Widzę tu brak jednolitej linii postępowania. Generalnie prezydent jest mało aktywny w sprawach zagranicznych.
Nie mogę o to nie zapytać, Pana klubowy kolega Paweł Poncyljusz mówi, że było spotkanie młodych polityków PiS, na którym dyskutowano o tym, aby to Ziobro, a nie Kaczyński startował w wyborach prezydenckich. Pan był na tym spotkaniu?
Nie pamiętam, żebym uczestniczył w tym spotkaniu. To, co się dzieje, jest skutkiem oskarżeń, które zaczęły padać ze strony Prawa i Sprawiedliwości o dawno przygotowanym spisku. Jeżeli spiskiem nazywa się każdą rozmowę, zbiera się takie owoce. Teraz wypadałoby albo powyrzucać wszystkich, którzy się spotykali bez wiedzy władz partii, albo po prostu nie ekscytować się każdym spotkaniem, o którym wiadomości dochodzą do uszu kierownictwa.
"The Economist" o naszej dyplomacji
"The Economist" chwali naszą dyplomację. Według gazety jej przemianę w kilku ostatnich latach można scharakteryzować krótko: "Mniej romantyzmu, więcej pragmatyzmu". "Polska już nie idealizuje USA i nie widzi siebie jako mesjasza walczącego za wolność i sprawiedliwość na obszarze byłego ZSRR" - piszą Brytyjczycy. Zdaniem dziennikarzy jądrem polskiej polityki zagranicznej jest teraz interes narodowy. Według brytyjskiego tygodnika Polsce udało się także pozbyć reputacji "bezrefleksyjnego rusofoba".