Menu Region

Łucznictwo jest sportem dla

Łucznictwo jest sportem dla siłaczek

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Oskar Berezowski, Pekin

Prześlij Drukuj
Gdy Justyna Mospinek po raz pierwszy w Pekinie naciągała cięciwę, musiała przetrzeć oczy. Nie ze zdziwienia. Z potu, który spływał po jej czole.
- Tu jest tak parno, że natychmiast się pocę. Woda spływa po palcach - wyjaśnia nasza czołowa łuczniczka, która już w sobotę poprowadzi drużynę (Mospinek, Małgorzata Ćwień- czek, Iwona Marcinkiewicz) do walki o medal. Startuje też indywidualnie.

Na szczęście na palcach ma specjalne skórzane nakładki, które absorbują nieco wilgoci i sprawiają, że cięciwa się z nich nie wysuwa. Zawodniczki używają również talku, który pochłania wodę zbierającą się na opuszkach. Jest też tak parno, że powietrze wymieszane ze spalinami, pyłem i kurzem traci naturalną przejrzystość. To na szczęście nie jest duże utrudnienie dla Mospinek.

- Mam dobry wzrok. Gdyby nie oczy, nie strzelałabym z łuku - śmieje się i dodaje, że na szczęście warunki są takie same dla wszystkich.

Polka cały czas zachowuje spokój. Jest oazą dobrego nastroju. Zawodowo. Bo łucznik nie może się denerwować. Gdy stoi przed celem, to ważny jest każdy oddech, drgnięcie powieki.

Podczas tegorocznych zawodów Pucharu Świata w Turcji na formę jej koleżanki wpłynął nawet głos spikera. Biało-czerwone rywalizowały z Chinkami o brązowy medal. O wyniku miał przesądzić ostatni strzał. Minimalnie wcześniej cięciwę zwolniła rywalka. Spiker ogłosił: dziesięć! Marcinkiewicz poczuła presję, trafiła dziewiątkę.

W sobotę każda z nich wypuści 72 strzały w eliminacjach. I jest to piekielnie ciężka praca. Aby naciągnąć cięciwę, trzeba wykonać pracę jak przy podnoszeniu 18 kg. Tylko że w ciągu dwóch, trzech godzin Mospinek zrobi to 72 razy. Jednak nie to jest sztuką. Trzeba mieć tak mocne ramiona, by nawet przy ostatnim strzale ręce nie drżały ze zmęczenia.

- Jest to w jakimś stopniu także sport siłowy. Ciężary dźwigam zimą, potem mogłoby to źle wpłynąć na precyzję - dodaje Polka. Łucznicy rzadko wpadają na dopingu, ale jeszcze kilkanaście lat temu powszechny był alkohol, który tłumił nieco emocje.

- Trzeba było uważać, by nie przeholować, bo wtedy traci się celność - żartuje Justyna, która zaczęła karierę, gdy na zawodach pojawiły się alkomaty i podpici byli dyskwalifikowani za doping.

W sobotę nie będzie się denerwować. Taką ma przynajmniej nadzieję. Jest przecież drużynową mistrzynią Europy. Startowała także w Atenach i wie, jak smakuje olimpijski stres. Pamięta też, że potrafi trafić do tarczy nawet przy bardzo silnym wietrze. Kiedyś na zawodach tak wiało, że celowała za tablicę - trafiła w siódemkę.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się