Menu Region

Kochankowie letnich muz

Kochankowie letnich muz

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Paweł Waliński

1Komentarz Prześlij Drukuj
Nie Sopot, nie Opole? No to może Creamfields, Off albo Open'er. Powiedz, jaki festiwal wybierasz, a powiem ci, co z ciebie za gość - pisze Paweł Waliński
Ledwie przebrzmiały echa Jarocina i Przystanku Woodstock, a już zaczyna się Off Festival w Mysłowicach, zaś w kolejce czeka wocławski Creamfields. Podobnie jak na Zachodzie lato w Polsce staje się pretekstem do celebracji muzyki na świeżym powietrzu, w grupie i na dużym, nierzadko obsadzonym gwiazdami dużego formatu, festiwalu.

Tyle że to nie wykonawcy, ale uczestnicy, "głosując nogami", nadają unikatowy charakter poszczególnym imprezom.
Współczesne fe-stiwale, stając się emblematem kulturowej tożsamości, pokazują, jak zmieniają się gusta, potrzeby i wymagania publiczności. "Powiedz mi, jakiej mu-zyki słuchasz, a powiem ci, kim jesteś" - słynne powiedzenie sprzed paru dekad można by dziś sparafrazować: "Powiedz mi, jakiego festiwalu jesteś fanem, a powiem ci, co z ciebie za gość". Posthippis - idealista, amator kontrolowanej zadymy, stojący w opo-zycji do mainstreamu intelektualista czy może bananiarski hedonista?

"Kiedy dotarliśmy na Woodstock, byliśmy w sile połowy miliona". Joni Mitchell
Ilona wydaje się nieśmiała. Delikatna uroda przełamywana kolorowym ubraniem i kolczykiem w łuku brwiowym. Studiuje pedagogikę, "kocha za-pach akustycznej gitary" i chce pomagać ludziom. W wyjściu z nałogu, który przypłacił życiem jej największy idol - Ryszard Riedel.

- Nie dał się stłamsić rzeczywistości, walczył o wolność - tłumaczy przyciszonym głosem.
Chciałaby poznać ludzi podobnych do siebie. Młodych, nienastawionych tylko na to, by brać, ale także by dawać coś od siebie innym. W ich poszukiwaniu pojechała na Przystanek Wood-stock, który co roku organizuje Jerzy Owsiak. W ubiegły weekend do Kostrzyna nad Odrą zjechało ponad 120 tysięcy osób, zmieniając senne miasteczko w miejsce największego festiwalowego spędu w Europie.

Już samą nazwą festiwal nawiązuje do legendarnej hippisowskiej imprezy z 1969 r. i ludzie też jakby żywcem przeniesieni z lat 60. Kolorowe stroje, długie włosy, koraliki i pacyfy. Albo rastamańskie dredy i trójkolorowe berety. I chodzi im o to samo, co stało się podstawą legendy amerykańskiego festiwalu Woodstock w 1969 r. - o po-czucie współuczestnictwa. - Na Przystanku każdy podzieli się żarciem, nieważne, skąd jesteś i kim jesteś. Liczy się tu i teraz. To, że zależy ci na muzyce, na uczestnictwie w zabawie - przekonuje Karolina Zaborska, dla przyjaciół "Zielona", studentka prawa, skrywająca pod burzą niesfornych loków roześmiane oczy.

To atmosfera odpowiednia dla młodych idealistów, za nic mających drogie metki, odrzucających pracę w systemie korporacyjnym (przynajmniej dopóki utrzymują ich rodzice). Nie liczy się wysokość konta, ale możliwość wspólnego potaplania się w błocie. Błotne kąpiele stały się wizytówką festiwalu do tego stopnia, że jeśli nie pada, organizatorzy robią sztuczną kałużę za pomocą węża strażackiego. W końcu musi być odniesienie do hippisowskiej ikonografii i ideologii. Wiadomo - miłość, przyjaźń, muzyka. Pokój i... narkotyki?

- Wszystko dla ludzi, byle z umiarem - przyznaje Karolina. - Nie po-wiem, że nie używam, ale nawalenie się do tego stopnia, żeby robić pod siebie, to już przesada. W ogóle raził trochę cały ten brud, pełno pijanych Niemców, brak koszy na śmieci.

Ale mimo to pojedzie za rok znowu, by być blisko takich jak ona. Z tych samych powodów jeździ na wiele innych imprez pod gołym niebem.

- Skarfest, Hunterfest, "Nie zabijaj" - wymienia jednym tchem. I Jarocin.

"Żadnej przyszłości dla ciebie, żadnej przyszłości dla mnie" Sex Pistols
Jarocin ma się dziś nieźle, choć nie tak dobrze jak w latach 80., kiedy był mekką, do której zjeżdżali przedstawiciele wszystkich polskich subkultur młodzieżowych. Tutaj mogli poczuć się swobodnie, a nie jak odmieńcy, których irokez na głowie drażnił wszystkich - rodziców i nauczycieli, ale także milicję i SB szukających w subkulturach przejawów antypaństwowych ideologii. Co prawda w Jarocinie "wolność" ograniczała się często do upicia się tanim winem i szukania zadymy z przedstawicielami innych subkultur albo z milicją, ale mimo to festiwal był miejscem, gdzie mogli zagrać wszyscy ci, których nie można było usłyszeć w radiu czy telewizji.

Dzisiaj reanimowany w nowej rzeczywistości festiwal zmaga się z własnym wizerunkiem.
- Nie chcemy więcej kojarzyć się tylko z punk rockiem, ale promować młodych, zdolnych, bez względu na to, jaki gatunek muzyki grają - mówi dy-rektor artystyczny tegorocznego festiwalu Michał Wiraszko, lider zespołu Muchy. - Marzy się nam impreza ma-sowa, jednocześnie nietracąca waloru artystycznego. Żadnego zamykania się w jednej konkretnej subkulturze, żadnych socjowtrętów, promocji rozruszników serca, wiosek Kriszna.

Nie znaczy to jednak, że Jarocin od-cina się od tego, co było w nim dobre w latach 80., czyli samej muzyki, w końcu tam zaczynały takie zespoły jak Aya RL, Moskwa, Siekiera czy Republika. A teraz dochodzą do tego młode rockowe grupy popularne w modnych wielkomiejskich klubach: Hatifnats, Cool Kids of Death, czy Muchy właśnie. I obok pijanego pun-ka z irokezem spotkamy chłopca z grzywką zaczesaną na oko. A zadyma? Kontrolowana. W tym roku jeden z festiwalowiczów pokazał goły tyłek. Mandat wyniósł 1,5 tys. zł.

"Brak mi doświadczeń istotniejszych, Holocaustu, wojny, śmierci. Pornografia, telewizja - to mnie kształtowało". Cool Kids of Death
- Nie cierpimy alternatywy w typie Przystanek Woodstock, pełnej przeświadczenia, że muzyka rockowa za-trzymała się na Nirvanie, a cała scena niezależna to jakieś polskie mutacje reggae i Pidżama Porno - mówią Kuba Ambrożewski i Kuba Jonczyk. Obaj prowadzą audycję "Maxisingiel" w Akademickim Radiu Kampus.

Z tych powodów wybrali Off. Organizowany przez wokalistę Myslovitz w jego rodzinnych Mysłowicach festiwal gromadzi młodzież z inteligenckich domów. Zaciszny park w sa-mym środku śmierdzącej i szarej metropolii robi zdumiewające wrażenie. Dużo zieleni, drzew, polana, oczka wodne i... muzyka. Tutaj nikt nie tapla się w błocie. Publiczność to nie sub-kulturowe dziwaki starające się tatuażem podkreślić swoje nieprzystosowanie. Ubrani zwyczajnie, mają w so-bie coś z intelektualistów i kujonów. Nie interesuje ich pacyfistyczno-społeczna rola muzyki rockowej czy osiąganie mitycznej nirwany.

- Off jest miejscem dla młodych ludzi, którzy mieli dostatecznie dużo refleksu, by załapać się na interne-towe dobrodziejstwa ostatnich lat - Myspace, Last.fm, YouTube - i sa-mi dotarli do rzeczy, które wcześniej były w tym kraju przemilczane - komentuje Ambrożewski.

Według niego owo "przemilczane" to brytyjska scena "indie" (od "independent") - "niezależna". Zespoły na-grywające w małych wytwórniach płytowych, spoza establishmentu, wnoszące ożywczy powiew do gitarowego grania. Nowe podejście do mu-zyki, przeciwstawne zaangażowanemu "polandowi", jak Kuba nazywa rodzimą odmianę rocka, jego zdaniem będącą skansenem rodem z lat 80.

- Zamiast dorabiania ideologii do kiepskiej muzyki wolę artystów, którzy mają do powiedzenia coś świeżego. Tak się składa, że w muzyce chodzi głównie o... muzykę! I myślę, że tym właśnie kierują się ludzie jadący do Mysłowic - mówi Ambrożewski.

Impreza ma typowo zachodni format - dobra organizacja i drogie karnety wstępu, co gwarantuje selekcję publiki. Większość to typowa indie-rockowa publiczność: modna, dynamiczna, ale i trochę zblazowana. Dla nich organizatorzy sprowadzają z za-granicy tych, którzy u nas są jeszcze nieznani. W środowisku zamożnych młodych ludzi bycie "na bieżąco" urasta do miana cnoty.
- Takie British Sea Power - jego płyty radzą sobie dobrze na brytyjskich listach przebojów, a u nas czarna magia - podkreśla Kuba Jonczyk.

- Tylko Polsce przyjęło się, że festiwale to domena subkultur i wybranie się w takie miejsce jest wciąż manifestacją sprzeciwu i odmienności - dodaje Ambrożewski. - A nie powinno. I fajnie, że powstają imprezy dla ludzi, którzy nie czują potrzeby podkreślania swojej wyjątkowości.

"Mówisz, że nie jestem niezależny... Jestem bogaty, sławny, próżny, pełen blichtru. Ja jestem plotką. Ja jestem gwiazdą". Tiga
Skoro nie ideologia, to zabawa. A gdzie zabawa, tam sponsorzy. Dzięki nim można ściągnąć do Polski gwiazdy światowego formatu, których status opiera się na obecności w MTV, a nie tylko na YouTube. Najbardziej spektakularnym przykładem jest Heineken Open'er Festival.

- Ludzie, którzy tam jeżdżą, nie piją jaboli nad Wisłą, tylko walą piguły i kolorowe drinki w modnych klubach - mówi Konrad Pormańczuk, jowialny absolwent filologii angielskiej. Modna koszula w kwiaty, parairokez na Robbiego Williamsa. - Połowa jedzie dla muzyki, a połowa lansować się. Czasami nawet nie wiedzą, kto gra.

Lanserzy nie okupują pola namiotowego, tylko lokują się po prywatnych trójmiejskich kwaterach. W środku sezonu to nieźle kosztuje. Oprócz scen, na których odbywają się koncerty, jest także hangar robiący za klub z muzyką taneczną. Do tego wielki pas gastronomiczno-piwny. Na Open'erze rzeczywiście jest wszystko - stoiska z małą prywatną gastronomią typu frytki czy szaszłyki, namioty sieciowych restauracji, kuchnia orientalna, Knorr... Ekstrawagancją jest wiejski chleb z grilla ze smalcem, szczelnie obłożony ogórkami - taki powiew rustykalizmu.

- Bo wiesz, to taka kluberska wizja campingu - łazisz po rżysku, niby las, partyzantka, ale prysznic i Telepizza musi być - kpi Konrad.

A gdzie sens? Gdzie idea? Wolność? Pokój? - Żyjemy w czasach konsumpcjonizmu. Czy ja potrzebuję idei, żeby się dobrze bawić? Zresztą wolę fajne wylansowane laski z klubów niż szesnastolatki z przetłuszczonymi włosami śpiewające "Whisky" Dżemu przy akustycznej gitarce. Zero ideologii. Zabawa. Potem do domu, prysznic, kawa i do roboty.

"Dzisiaj wszyscy są szczęśliwi... Dzisiaj wszyscy są szczęśliwi...". The Buzzcocks
Do szczęścia wiele nie trzeba - wystarczy kilka wielkich namiotów z elektroniczną muzyką. Rozbite na podwrocławskim lotnisku tworzą festiwal Creamfields. To największe w Europie święto fanów klubowego grania. Impreza wywodzi się z Anglii, ale od-bywa się w wielu krajach europejskich. W tym w Polsce. - Ludzie różni. Myślę, że średnia to jakieś 23-24 lata. Ani jakieś maksbrudasy, ani megalanserzy - przyznaje Luiza Chojnowska, pracownica butiku, a w niedługim czasie studentka administracji.

Impreza trwa od godziny 15 do rana następnego dnia. Jak wytrzymać tyle godzin skakania w rytm elektronicznych beatów? Clubbersi jednoznacznie kojarzą się z ecstasy i podobnymi jej używkami pozwalającymi pokonać zmęczenie. Czy więc publiczność klubowego festiwalu przemienia się w bandę naćpanych zombie?

- Nie będę oszukiwał, że nie ma narkotyków, bo są, jednak bądźmy szczerzy, na koncertach rockowych czy hiphopowych też nie bawią się dzieci ze szkółki niedzielnej - mówi Janusz Mikulski, typowy klubowicz. Fluorescencyjny dres, bródka, włosy w nieładzie. Pracownik firmy ubezpieczeniowej. - W 2006 r. kilku delikwentów odtransportowywała karetka, ale w ubiegłym roku takich przypadków było już zdecydowanie mniej.

I on, i Luiza mówią o dobrej organizacji. Od skutecznej ochrony, przez wsparcie medyczne, po drobnostkę w stylu punktu ładowania telefonów komórkowych. Owszem, catering by-wa kiepski, toalety cuchną, ale to nie powód, żeby nie bawić się świetnie.

Coś się zmienia. Open'er czy Creamfields to już nie festiwale, do jakich przyzwyczailiśmy się w czasach wyboru między Opolem a Jarocinem. Rehabilituje się słowo "zabawa", bez znajdowania dla niej głębszych usprawiedliwień. Młode pokolenia chcą żyć bez misyjnych obciążeń. Bez konieczności "pokoleniowej ekspresji". Michał Wiraszko kwituje:
- Nie wymagajmy od ludzi, żeby na festiwalach wchodzili na barykady. Dzisiaj barykady rozmontowuje się innymi narzędziami.

Współpraca Konrad Dulkowski

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

1

Komentarze

zwiń wszystkie wątki najnowsze najstarsze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się

niezle!

+27 / -18

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

zblazowany (gość)  •

niezly kawalek. bez cisnienia, prawdziwy. wiecej takkich nieideologcznych!

odpowiedzi (0)

skomentuj