Menu Region

Zakościelny o kobietach, honorze i jazzie

Zakościelny o kobietach, honorze i jazzie

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Rozmawia Agnieszka Kropielnicka

Prześlij Drukuj
Aktor, skrzypek i karateka w jednej osobie, a ostatnio także komandos z telewizyjnego serialu o cichociemnych. Rozmawiamy z nim o karze śmierci, honorze, kobietach i swingu
Niedawno zakończyły się zdjęcia do serialu telewizyjnego "Czas honoru" o cichociemnych, polskich komandosach z okresu II wojny światowej. Zszedł pan z planu wzbogacony o doświadczenia kata.
Niesamowicie to brzmi. Do tej pory w wywiadach robili ze mnie chłopaka z bloku.
Nie zrobię z pana chłopaka z bloku.

Ale ja jestem chłopakiem z bloku. Urodziłem się i wychowałem na jednym ze stalowowolskich osiedli.

Co więc przygotowało blokersa do roli komandosa? Potrzeba do tego chyba wielkiej sprawności fizycznej.
Nie przesadzajmy. Do tego filmu przydały się motoryczna pewność i poczucie równowagi. Tego między innymi uczyłem się w szkole aktorskiej na zajęciach z baletu, tańca i akrobatyki. Zawsze lubiłem uprawiać sport. Pasjami grałem w siatkówkę, trenowałem karate, jeździłem na rolkach. Niedawno odkryłem uroki spadochronu i paralotni.

To pan jest lepszy! Cichociemni nie musieli robić aż tyle.
Ale mieli swój "małpi gaj", w którym zdobywali sprawność fizyczną. Szczerze powiem, że przed serialem niezbyt interesowałem się losem tych młodych mężczyzn, których historia zmusiła do zabijania i życia w nowej dla nich rzeczywistości... Broń, mundur i stopnie wojskowe tak naprawdę nigdy mnie nie fascynowały. Dopiero kiedy przygotowywałem się do "Czasu honoru", musiałem nauczyć się "być żołnierzem". Po "Kryminalnych" pozostała mi pewna umiejętność obchodzenia się z bronią, ale to dopiero przy zdjęciach do serialu o cichociemnych zacząłem składać i rozkładać broń na czas. Dokładnie i w tempie, bo tego nie można robić ślamazarnie, to trzeba robić naprawdę.

Słyszę w pańskim głosie fascynację.
Tak, składaniu i rozkładaniu broni towarzyszy specyficzny rytm i dźwięk, który jest niesamowity dla ucha, to się wszystko przy odpowiednim tempie samo układa w dłoniach (Maciej gwałtownie demonstruje nad kawiarnianym stolikiem). To ENERGETYCZNE przeżycie.

Pan to tak zrobił, że aż zobaczyłam pistolet. A strzelanie? Został pan może podczas zdjęć snajperem?
Niestety, nie. Jedyna snajperska przygoda spotkała mnie we wczesnym dzieciństwie. Ze snajperską dokładnością wpadłem w otwór drewnianego wychodka, kiedy załamał się pode mną jego dach.

A co pan robił na dachu wychodka?
Upatrzyłem sobie wyjątkowo piękną czereśnię, do której nie mogłem dosięgnąć.

Wpadł pan nogami, mam nadzieję?
Tak, wpadnięcie głową wymagałoby zrobienia salta, a na to nie było tam miejsca.

Wróćmy do tematów wojennych.
Przygotowując się do roli Bronka Woyciechowskiego, pragnąłem dowiedzieć się jak najwięcej o bohaterach tamtych wydarzeń. Poznać, jacy byli naprawdę. Spojrzeć im głęboko w oczy. Własnymi kanałami próbowałem nawiązać kontakt z żyjącymi cichociemnymi, ale żaden nie odbierał telefonu.

Może byli na wakacjach. Chociaż... wakacje nie pasują do cichociemnych. Jednego, pana Sawickiego, poznałam 20 lat temu właśnie na wakacjach. W trakcie wypoczynku odsłaniał poniemiecki bruk na dziedzińcu pensjonatu. Karczował pokrzywy i zdejmował ziemię z terenu o powierzchni kilometra. I odsłonił to wszystko w dwa tygodnie...
Ma pani do niego kontakt?

Niestety, już nie żyje. Właśnie się dowiedziałam od jego syna. Ale bruk widziałam w czerwcu, ciągle tam jest.
Może przez nasz serial cichociemni również pozostaną nieśmiertelni. Warto pokazywać herosów ludziom, zwłaszcza młodym, choć myślę, że nasz film nie wszystkich zadowoli. Dla mnie, aktora, ważne było nie tylko pokazanie heroicznej postawy, ale również obdarzenie postaci, którą grałem, ludzkimi, normalnymi emocjami. Nie przeżyłem wojny i dlatego musiałem mocno wysilić wyobraźnię. To niesamowite, kiedy się w czymś takim gra, sens pewnych rzeczy dociera do nas dopiero na planie, gdy jesteśmy w kostiumach, charakteryzacji i w filmowej scenerii.

Co dotarło do pana?
W filmie strzelam w łeb zdrajcom sprawy, tym, co przeszli na niemiecką stronę. Gram kata i ja tym katem poczułem się na planie naprawdę. Zresztą nie było innego wyjścia, niektóre wątki tej naszej "zabawy w wojnę" były dla mnie tak wzruszające, że miękły mi kolana. Wzruszałem się i zadawałem sobie często pytanie: Jak to możliwe, że zupełnie zwykli ludzie są nagle zdolni do nadludzkich czynów, tych złych i tych dobrych? Ogarniało mnie czasem coś w rodzaju ekscytacji, podniosłego uczucia, które - wydaje mi się - ogarnia ludzi w ekstremalnych sytuacjach, choć przecież tylko grałem w filmie.

Zwykle mężczyźni nie przyznają się do wzruszeń.
Przypominam sobie, że jednym z moich postanowień z planu było nie ukrywać wzruszeń.

Dlaczego?
Może dlatego, że jestem autentycznie zaszczycony, iż mogłem zagrać cichociemnego, i jest to jakiś rodzaj osobistego hołdu dla nich wszystkich. A poza tym jestem szczerym i otwartym człowiekiem. Niemniej na planie filmowym wzruszałem się tak mocno po raz pierwszy. To dla mnie nowe uczucie i choć do niego jeszcze nie przywykłem, chcę, żeby było jawne.

Chciał pan zagrać kata?
Tak, wystartowałem w zdjęciach próbnych do tej konkretnej roli, bo zachwyciła mnie postać Bronka, który w filmie żyje autentycznie - śmieje się, płacze, nienawidzi, kocha... A jednocześnie jest zabójcą na zlecenie. Wszystko, co robi i czuje, jest pokazane przez pryzmat zadawania śmierci. Mam nadzieję, że udało mi się pokazać potworność sytuacji i dylematy moralne młodego akowca. Zrozumiałem jedno - nawet najbardziej oddany żołnierz jest tylko człowiekiem i przed zadaniem ostatecznej kary musi się specjalnie przygotować. Może nawet czymś naszprycować... Po wykonaniu kolejnego wyroku przychodzi znieczulica. Przyjść musi, bo każdy kat i każda organizacja popełniają błędy w osądzie człowieka i sytuacji.

Wnioskuję, że jest pan przeciwnikiem kary śmierci.
Według mnie człowiek nie jest stworzony do zadawania bólu i śmierci. Więc owszem, jestem przeciwny karze śmierci, ale nie jestem przeciwny ukaraniu tych, którzy robią rzeczy haniebne.

Czyli samosąd?
Gdybym był pewien winy, gdyby popełniono zbrodnię na moich oczach, nie wahałbym się ani przez chwilę wymierzyć sprawiedliwość. Ale gdybym zbrodni nie zobaczył, tylko miał wykonać wyrok w oparciu o zeznania świadka, na pewno nie zrobiłbym tego. A co dopiero, kiedy się o zbrodni słyszy od kolejnych osób, które taką relację przekazują, za każdym razem trochę ją zmieniając. Świadek prawnikowi, prawnik starszemu prawnikowi, starszy prawnik sędziemu... Tego jednak być nie powinno.

Systemów prawnych czy kary śmierci?
Państwo i prawo już chyba zawsze będą wyznacznikami naszej cywilizacji, więc wychodzi na to, że nie powinno być kary śmierci.

Uff, przez chwilę pomyślałam, że do roli kata przyciągnął pana jednak zew krwi i ukryta żądza mordu.
Nie. Bronek zachwycił mnie nie tylko swoimi rozterkami. To taki straszny twardziel, urodzony żołnierz, jakim chce być w dorosłym życiu każdy mały chłopiec. Co się dzieje u niego w środku, co przeżywa, można tylko przypuszczać.

Czy jest w jakimś stopniu podobny do pana?
Nie, ja nie zabijam, a on tak, i ja nie zdradzam, a on tak.

Co to jest zdrada?

Odpuszczenie czegoś, czego nie powinno się odpuszczać. Nie tylko sprawy ogólnie wiadomej, która związała jakąś grupę ludzi, ale przede wszystkim odpuszczenie sobie samemu. Czyli zdrada samego siebie i tych postanowień, których nikt nie słyszał - utajonych zamierzeń. To jest zdrada najgorszego gatunku.

A co to jest honor?
Honorowy to taki, który ma swoje zasady. I znów - honor w dotrzymywaniu zasad ustalonych przez grupę to jedno, a jeszcze ważniejszy jest honor wewnętrzny, podobnie jak ze zdradą.

Wewnętrzny? Wobec tego my, kobiety, jesteśmy chyba z natury niehonorowe.

Tak pani sądzi? A ja uważam, że honor kobiety to po prostu co innego niż bezwzględna twardość w dotrzymywaniu postanowień. Kobieta powinna być mądra, ciepła i po prostu być kobietą. U kobiety honor to mądrość, a mądrość to życie bez intryg i kłamstw, które są najgorszym grzechem ludzkości. To ciepło i odporność na wrogie akty losu.

Pierwszym korsarzem była kobieta, Jeanne z Belleville. W służbie angielskiego króla topiła francuskie statki na kanale La Manche. A kiedy Francuzom udał się abordaż, umknęła pierwsza z pokładu, pozostawiając załogę. Czy to było niehonorowe? Mądre? Odporne?
To jest zupełnie inna sprawa. U mężczyzny to by był ostateczny akt braku honoru, a u kobiety? Mogę powiedzieć tylko tyle - nie umiem jej ocenić, bo kobieta w ogóle nie powinna zakładać spodni męża, ani nawet jego kalesonów. Pozostając kobietą, jest o wiele skuteczniejsza w egzekwowaniu swoich czy jakichś tam ogólnych praw.

Mizogin z pana?
Mizogin?! Przecież żadna kobieta nie da rady założyć spodni swojego faceta, jeśli on ma je zawsze na sobie! Winą za głupie akty emancypacji można obciążyć tylko facetów, którzy porzucają spodnie. Mądra kobieta nigdy nie przekroczy pewnej granicy, za którą już stoi mężczyzna, chyba że jego tam nie ma.

Jakie jeszcze cechy powinna mieć ekstrababka?
Babka. Hm... Kobieta powinna być także inteligentna i kreatywna.

Zna pan taką?
Tak. I do tego jest piękna, rusza się jak marzenie i śpiewa jak anioł.

Jest pan zakochany?
Raczej zafascynowany. Główną bohaterką spektaklu "Śpiewając jazz", w którym biorę udział od lutego. Gramy na jednej ze scen Centralnego Basenu Artystycznego w Warszawie. Jestem gospodarzem wieczoru, który ma zaszczyt gościć Carmen Moreno. W latach 30. i 40. była "cudownym dzieckiem swingu", a potem, po wojnie, jego niekwestionowaną królową. Śpiewała w całej Europie, m.in. w paryskiej Folies Bergere, wiedeńskim Ronacher Theater. W latach 60. wraz ze swoim mężem Janem Walaskiem, muzykiem, który sprawował w życiu Carmen także funkcję aranżera, spędzili dziesięć lat, grając na luksusowych pasażerskich liniowcach.

O ile wiem, rodzicom Carmen Moreno marzyło się, by ich córka została akrobatką.
Tak, jej rodzice - matka Hiszpanka, ojciec Polak - byli jedną z najbardziej znanych par akrobatycznych tamtych czasów. Właśnie przez sportową przeszłość Carmen jest tak sprawna fizycznie do dziś. Ma ten cudowny kobiecy wdzięk, widoczny nawet wtedy, kiedy tylko siedzi i się uśmiecha. A przecież ma 82 lata!

Jest pan wykształconym skrzypkiem. Czy w programie nie ujawnia pan ani odrobiny swych muzycznych talentów?
To Carmen jest główną bohaterką tego wieczoru, a drugą jej wnuczka Anna Serafińska, znakomita wokalistka jazzowa, a ja... Ja tylko trochę śpiewam i gram na skrzypcach. Spotkanie z Carmen jest dla mnie bardzo ważnym zdarzeniem. Mam takie skromne marzenie, aby nagrać z nią płytę. Niewielu ludzi o Carmen słyszało, ale kiedy się wie, że nie pojawiała się w telewizji i że w sklepach nie ma jej nagrań, wszystko staje się jasne. Chciałbym wydać tę płytę, aby utrwalić jej głos i nieprawdopodobne wyczucie swingu. To po części jej zasługa, że zakochałem się w muzyce synkopowej, której nigdy wcześniej nie wykonywałem. Swing i jazz to świat dźwięków, który dla siebie niedawno odkryłem.

To drugi biegun gangsta rapu i wszystkiego, co dudni z okien samochodów.
Z mojego nigdy. Ja tam wolę posłuchać swingowych utworów Franka Sinatry, Michaela Bublé, Bohdana Łazuki, Andrzeja Zauchy czy Zbigniewa Kurtycza, który jako jeden z pierwszych w Polsce śpiewał jazz. Jazz to wolność. A ja chcę być wolny.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się