Menu Region

Polityczna manifestacja pod Ptasim Gniazdem

Polityczna manifestacja pod Ptasim Gniazdem

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Jane Macartney, Will Pavia, Pekin "The Times"

Prześlij Drukuj
Pilnie strzeżony park olimpijski w Pekinie okazał się łatwym łupem dla aktywistów protestujących przeciwko chińskiej okupacji Tybetu. Brytyjczyk i Amerykanin wspięli się wczoraj na dwa słupy oświetleniowe tuż obok głównego stadionu olimpijskiego Ptasie Gniazdo.
Zanim aresztowała ich policja, Ian Thom z Edynburga i Phill Bartell z New Jersey zdołali rozwiesić tybetańskie flagi i dwa ogromne transparenty. Mężczyźni na 36-metrowe słupy wspięli się tuż przed świtem, pod osłoną pekińskiego smogu. Slogan na jednym transparencie nawiązywał do oficjalnego hasła olimpiady: "Jeden świat. Jedno marzenie. Wolny Tybet", Na drugim po angielsku i chińsku wypisane było hasło "Wolny Tybet".

Protestujących wspierali 24-letnia Lucy Fairbrother, absolwentka Bristol University obecnie mieszkająca w Londynie, i 32-letni Tirian Mink, menedżer z firmy budowlanej w Oregonie. Protest zorganizowała organizacja "Studenci na rzecz Wolnego Tybetu".

- Ochrona po pół godzinie zorientowała się, co jest grane. Dopiero wtedy sprowadzili straż pożarną z drabinami. Protestujący nie stawiali oporu: zeszli i spokojnie oddali się w ręce ochrony - powiedziała "Timesowi" Lhadon Tethong, szefowa grupy.

Jeszcze przed aresztowaniem Ian Thom, doświadczony alpinista znajdujący się wówczas na słupie 20 metrów nad ziemią, powiedział w rozmowie telefonicznej: - Chcieliśmy w ten sposób zwrócić uwagę, że chińskie władze wykorzystują olimpiadę jako narzędzie propagandy, by poprawić swoje notowania w kwestii przestrzegania praw człowieka w Tybecie.

Wisząc na słupie między stadionem narodowym a nową pływalnią olimpijską, przypominającą ogromny wodny sześcian, Thom obserwował przybycie ochrony. - Jest tu dużo policji, właśnie przyjechała straż pożarna - relacjonował przez telefon.

Młody Brytyjczyk oświadczył, że solidaryzuje się z Tybetańczykami, którzy w marcu wyszli na ulice Lhasy, by zaprotestować przeciwko rządom Pekinu. Buntownicy wzniecili wówczas pożary w sklepach i urzędach. W zamieszkach zginęło co najmniej 18 osób, z których większość to Chińczycy.

- Od dawna popieram sprawę Tybetu - powiedział Thom. - To krytyczny moment dla tego kraju.
Czwórka protestujących podróżowała po Chinach jako turyści. Akcja, zorganizowana kilka metrów od serca olimpiady - stadionu Ptasie Gniazdo - to policzek dla władz Chin. Pekin starał się przed olimpiadą ograniczyć przyznawanie wiz turystom i biznesmenom. Wszystko w obawie przed wpuszczeniem do kraju działaczy, którzy mogliby wykorzystać igrzyska do przypominania o dramatycznej sytuacji Tybetu. Organizatorzy olimpiady w Pekinie potępili akcję.

- Czworo obcokrajowców zorganizowało nielegalne zgromadzenie, pragniemy stanowczo zaprotestować przeciwko takiemu postępowaniu - oświadczył Sun Weid, rzecznik komitetu organizacyjnego igrzysk olimpijskich. - Protestujemy przeciwko upolitycznianiu olimpiady. W Chinach obowiązuje prawo i oczekujemy, że obcokrajowcy będą go przestrzegać.

Nie jest jasne, co teraz stanie się z aktywistami, bo w Chinach rzadko wnosi się oskarżenia przeciwko obcokrajowcom za organizowanie nielegalnych demonstracji. Przewiduje się, że aresztowani działacze zostaną deportowani do Hongkongu. Pekińskie władze, które spodziewają się dalszych protestów podczas igrzysk, mogą jednak uznać, że surowe potraktowanie protestujących będzie ostrzeżeniem dla innych.

Nad bezpieczeństwem stolicy Chin czuwa 110 tys. osób, w tym 34 tys. żołnierzy Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. Na zlecenie władz Pekinu na ulicach miasta zainstalowano tysiące kamer. Stanowi to najbardziej zaawansowany system zabezpieczeń, jaki kiedykolwiek pojawił się podczas olimpiady.

Czujność służb bezpieczeństwa została dodatkowo wzmożona po poniedziałkowym ataku terrorystycznym w regionie Xinjiang na zachodzie Chin, w którym zginęło 16 funkcjonariuszy policji.
Zdaniem władz atak został przeprowadzony przez ugrupowanie islamskich separatystów. W związku z tym zaostrzono monitorowanie członków ujgurskiej mniejszości etnicznej w Xinjiang.

Większość Ujgurów musiała na czas igrzysk opuścić Pekin. Również Tybetańczycy znaleźli się pod czujną obserwacją. W ubiegłym miesiącu bez podania powodu deportowano Dechen Pemba, Brytyjkę tybetańskiego pochodzenia, a mnicha buddyjskiego z Indii nie wpuszczono do Hongkongu.
Wczoraj rano, zanim na placu Tiananmen pojawiła się sztafeta z ogniem olimpijskim, w stolicy Chin zamknięto większość dróg.

- Tybetańczycy doświadczają dziś represji i przemocy, jakiej chińskie władze nie stosowały od dziesięcioleci. Podjęliśmy tę pokojową akcję właśnie w tym krytycznym momencie, by zwrócić uwagę całego świata na kryzys w Tybecie - powiedziała jedna z organizatorek protestu Lhadon Tethong. - Na kilka dni przed otwarciem igrzysk olimpijskich, gdy wszystkie oczy zwrócą się na Chiny. Apelujemy do całego świata, by nie zapominał, że miliony Tybetańczyków domagają się wolności i poszanowania praw człowieka.

Tłum. Lidia Rafa

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się