Menu Region

Nowa misja Katarzyny Grocholi

Nowa misja Katarzyny Grocholi

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Bożydar Brakoniecki

Prześlij Drukuj
Zaskakująco nie we własnej, założonej trzy lata temu oficynie autorskiej, ale w krakowskim Wydawnictwie Literackim Katarzyna Grochola ogłasza światu swoje najnowsze dzieło - "Trzepot skrzydeł".
Powieść trafi na księgarskie półki już jutro, dzięki czemu kilkadziesiąt tysięcy czytelników jeszcze przed weekendem pozna nowe oblicze cesarzowej polskiej prozy kobiecej.

Bowiem wymowa "Trzepotu skrzydeł" może zaskoczyć nawet najwierniejsze czytelniczki Grocholowskich epopei. Jeszcze rok temu w "Osobowości ćmy" pisarka, podążając śladami ośmiorga przyjaciół, przekonywała nas o jasnej stronie ludzkiego jestestwa. Snuła ciepłą opowieść o miłości, przyjaźni i optymistycznym spoglądaniu w przyszłość.

Lekką ręką szkicowała nam świat pięknych i szlachetnych ludzi, którzy zawsze głęboko patrzą bliźnim w oczy i nawet jeśli piją do obiadu zwykłą węgierską kadarkę (16,50 zł za butelkę), to ma się wrażenie, że sączą bordeaux, rocznik 1950, świeżo dostarczone z legendarnych piwnic księcia Monako.

W "Trzepocie skrzydeł" już niczego takiego nie znajdziecie. Duch siedmiu dotychczas wydanych bestsellerów Grocholi rozwiał się bezpowrotnie jak dym. Co tu dużo gadać, powieść jest ponura jak spowiedź grzesznika. Oto poznajemy kulisy małżeńskich perypetii Hanki, żony diabelnie przystojnego i świetnie zarabiającego pracownika telewizji publicznej. Niby kocha swoją piękną małżonkę, ale pod szarmancką powierzchownością świetnie ukrywa swoje psychopatyczne ego, nadzwyczaj udane skrzyżowanie Mr Jekylla i dr. Hyde'a.

Ale my, śledząc krok po kroku rozwijającą się akcję, dobrze wiemy, co to za typek. Nie dość, że drań maltretuje żonę psychicznie, to jeszcze kłamie, zadręcza ją nieuzasadnionymi wyrzutami, a na koniec już tylko tłucze niby worek treningowy. A to i tak nie koniec maratonu nieszczęść. W "Trzepocie skrzydeł" będzie mroczniej niż w niejednym horrorze. Zakończenia nie zdradzamy, ale przygotujcie się na prawdziwy czytelniczy wstrząs.

Czyżby więc Katarzyna Grochola zmieniła literacki kurs i przeszła na pozycję bacznej obserwatorki dramatów rozgrywających się za zamkniętymi drzwiami małżeńskiej alkowy? Decyzja dość odważna, bo przemarsz na pozycje zaangażowanej społecznie prozy może okazać się dla pisarki trafieniem kulą w płot.

Ostatecznie naszą czołową polską pocieszycielkę obsypano nad Wisłą wszelkimi możliwymi nagrodami właśnie za to, że od rzeczywistych problemów milionów swoich czytelniczek trzymała się jak najdalej. Nie oszukujmy się - większość XXI-wiecznych moli książkowych przedkłada infantylne, ale za to wyjątkowo urocze perypetie Judyty z "Nigdy w życiu" albo "Ja wam pokażę!" nad wieczne przypominanie o marności ludzkiej natury.

A może pionierce literatury lekkiej i relaksującej po prostu się znudziło? Ile można pisać o świecie papierowych postaci i wydumanych problemów? Zwłaszcza że zapowiedzi kolejnych książek, które pisarka wyda w najbliższym czasie w krakowskim wydawnictwie, świadczą, że opis domowej przemocy to dopiero początek jej społecznej misji. Na wszelki wypadek na literacki warsztat podrzucamy kilka palących problemów do literackiej obróbki: bicie nieletnich, nadmierne spożywanie wysokoprocentowych alkoholi i katastrofalny zanik więzi międzypokoleniowych.

Ale podczas gdy Katarzyna Grochola podąża nowo wytyczonymi literackimi ścieżkami, jej rywalki spod znaku kobiecej wizji świata wciąż trwają na literackich szańcach przynoszących im mir i kasę.

Nasza ulubiona Monika Szwaja objeżdża triumfalnie Polskę ze swoją najnowszą powieścią "Dziewice, do boju!" - chwytającą za serce opowieścią o grupie pań w średnim wieku, gotowych bezinteresownie czynić dobro bliźnim. W tym celu ruszają nawet poza granice Polski. Ilość optymizmu, który obezwładnia czytelniczki tej powieści (niebawem zapowiadana kontynuacja), świadczy, że Szwaja nie zamierza rychło porzucić tej ociekającej złotem literackiej odkrywki.

Pisarsko znakomicie się ma także Grażyna Bąkiewicz. Najczęściej odmienianym słowem w "Coś za coś" - najnowszym dziele łódzkiej prozaiczki - jest "miłość". A Julia, bohaterka tej porywającej fabuły, śledzi otaczający ją świat oczami prawdziwie bożego prostaczka.

W zachwycie nad naturą prześciga ją jedynie Basia, właścicielka pełnej magii i ciepła mazurskiej chaty z bijącej rekordy popularności pisarskiej sagi Małgorzaty Kalicińskiej. Najnowszy tom nosi nazwę "Powroty nad rozlewiskiem" i przenosi nas w świat miłosnych wzruszeń doby małej PRL- -owskiej stabilizacji.

Ale nie porzucajmy nadziei na wielki powrót Katarzyny Grocholi do pisarstwa, które wszak sama w Polsce rozpowszechniła. Inaczej może zamienić się w drugą Manuelę Gretkowską, która ongiś rozpalała wyobraźnię opowieściami spod znaku wyuzdanego erosa, a dziś jedynie moralizuje o niedoli kobiet w nudnych felietonach (kto czytał jej "Obywatelkę", ten wie, o czym mowa).

Dlatego Pani Katarzyno, niech Pani wraca do pisarskich źródeł: do porywającego "Serca na temblaku" i niepowtarzalnego w stylu "A nie mówiłam!". O co w imieniu rzeszy czytelników prosi Bożydar Brakoniecki, wierny fan Pani prozy.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

 

Komentarze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się