Menu Region

Zasługi Wałęsy są więcej warte niż kwity

Zasługi Wałęsy są więcej warte niż kwity

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Polska

Jacek Żakowski, "Polityka"

2Komentarze Prześlij Drukuj
Choć książka IPN o relacjach Lecha Wałęsy z SB ukaże się za kilka dni, to już wywołuje ogromne emocje. Wczoraj Tomasz Terlikowski oskarżył obrońców byłego prezydenta o to, że występują przeciwko prawdzie. Dziś na zarzuty te odpowiada Jacek Żakowski.
Rozumiem furię i ból Tomasza P. Terlikowskiego. Brawurowy atak na osoby broniące Lecha Wałęsę przed spodziewanym wydaniem jego zmanipulowanej biografii nie może zaskakiwać nikogo, kto przez ostatnie dwa lata czytywał polskie gazety.


Jeszcze niedawno Terlikowski był przecież jednym z kapłanów potężnego lustracyjno-antykorupcyjnego kościoła, a dziś - podobnie jak Antoni Macierewicz, Bronisław Wildstein, Andrzej Zybertowicz - jest znoszony przez życie w kierunku etnograficznego skansenu, gdzie na lustracyjno-antykurupcyjnego bożka czeka już gablota sąsiadująca z gablotą Swarożyca.

W tym samym pustoszejącym kościele ważnymi ministrantami są autorzy niewydanej jeszcze biografii Wałęsy, IPN-owscy historycy Cenckiewicz i Gontarczyk.



Wyznawana przez Terlikowskiego religia lustracyjno-antykorupcyjna była w Polsce obecna od lat. Dopóki była religią prywatną radykalnej prawicy, dopóki jej kościół miał katakumbowy charakter, mogła się stopniowo rozwijać i zdobywać wyznawców, budując czarną legendę III RP. Nie dało się przecież wykluczyć, że władza ukrywa gdzieś jakąś potworną prawdę o polskiej rzeczywistości.

Można więc było całkiem swobodnie snuć opowieści o niebywałych intrygach, sprawiających, że kilkanaście lat po upadku PRL władzę w Polsce wciąż sprawują sowieccy agenci lub agenci agentów, bo antykomunistyczna opozycja była przez nich kompletnie infiltrowana, jak któraś tam komenda WiN.

Trzonem tej legendy jest teza - mówiąc skrótowo - że gen. Jaruzelski w istocie sam ze sobą usiadł do okrągłego stołu i sam sobie oddał władzę w roku 1989 oraz że faktycznie do dziś ją sprawuje, pociągając za niewidzialne sznurki. Rok 2005 istotnie zmienił tę sytuację. Przez poprzednie dwa lata wyznanie lustracyjno-antykorupcyjne było religią państwową. Jak większość religii oraz ideologii źle jednak przeszło próbę władzy. I to z dwóch powodów.


Po pierwsze, wydało się, że wśród kapłanów lustracji i rewolucji moralnej nie wszyscy mają całkiem czyste ręce. By nie sięgać daleko: abp Wielgus, duchowy opiekun Radia Maryja - największej tuby czarnej legendy III RP - został przez samego Terlikowskiego zdemaskowany jako tajny współpracownik. Red. Marek Król - szef Terlikowskiego (a dawniej też m.in. Bronisława Wildsteina) - właściciel pisma, które było szpicą lustracyjnej wiary i do którego najintensywniej ciekły IPN-owskie sensacje, a nawet jeden z inicjatorów moralizatorskiego listu w sprawie powszechnej lustracji dziennikarzy, okazał się tajnym współpracownikiem bezpieki, zaś gwiazda antylustracyjno-antykorupcyjnej krucjaty red. Dorota Kania tak się skompromitowała, że nawet we "Wprost" zabrakło dla niej miejsca.

Arcylustratorzy, którzy przez lata przy każdej okazji wypominali "Gazecie" Maleszkę, jakoś jednak nie mają problemu, pracując (jak Terlikowski) dla Króla albo dla niego pisując.

To rodzi przypuszczenie, że w lustracyjnej histerii nie chodzi o lustrację, prawdę, moralność ani karę, ale o coś innego lub również o coś innego. Na przykład o władzę, pieniądze, kariery. Nie wyobrażam sobie, żebym będąc zagorzałym tropicielem TW, mógł brać od jednego z nich pensję czy honoraria za teksty o ujawnianiu TW.

W tym sensie dziwię się, że Cenckiewicz, Gontarczyk, Wildstein czy Terlikowski nie przerwali swoich lustracyjnych łowów, by opisać, jak sami stali się pracownikami czy współpracownikami uwłaszczonego na państwowym majątku aparatczyka - tajnego współpracownika.

Może taka książka - podobnie jak książka o uwłaszczeniu się środowiska dawnego PC pod wodzą braci Kaczyńskich na majątku PZPR-owskiego koncernu prasowego - więcej by nam powiedziała o specyfice polskiego postkomunizmu niż bez końca odgrzewane kotlety w sprawie Wałęsy. Zwłaszcza że z tego majątku bracia Kaczyńscy przez lata karmili ważną część publicystów prawicy uchodzących dziś za niezależnych komentatorów sceny politycznej.


Po drugie, okazało się, że nawet gdy kapłani lustracji mają pełnię władzy i dostęp do wszelkich możliwych zasobów archiwalnych, lustracyjna biblia zapełniająca kilometry archiwów IPN oraz WSI wbrew obietnicom niewiele wyjaśnia. Nie potwierdziły się zwłaszcza wielkie widzenia lustracyjnych proroków, w których cała elita antykomunistycznej opozycji i niepodległej Polski miała się składać z agentów lub być przez nich prowadzona na pasku.

Ani jedna osoba z pierwszego szeregu opozycyjnych polityków zasiadających przy okrągłym stole nie okazała się zdrajcą, a w drugim szeregu też takich przypadków znalazło się zaskakująco (dla proroków lustracji zapewne "rozczarowująco") mało.

Wygląda na to, że Polacy przeszli komunistyczną próbę nieporównanie lepiej, niż się mogło wydawać. Wyznawcy religii lustracyjnej znaleźli się więc w takiej z grubsza sytuacji, jak kilkuset członków rosyjskiej sekty katastroficznej, tygodniami czekających w syberyjskich jaskiniach na koniec świata, który zapowiadał ich guru.

Gdy się nie doczekali, większość wróciła do normalnego życia. Zawiedzeni liderzy nie umieją jednak się poddać - wyznaczają kolejne terminy i czekają dalej. Tylko że coraz mniej osób ich słucha i coraz mniej osób w ogóle ich zauważa. Zwłaszcza że od dłuższego czasu nie mają nam już nic do powiedzenia.

Dobitnym tego objawem jest klapa demaskatorskiego programu Bronisława Wildsteina, a zwłaszcza jego kolejna próba prozatorska. Gdy bowiem okazało się, że z rozczarowująco błahej archiwalnej wiedzy trudno będzie zrobić potwierdzającą wcześniejsze objawienia literaturę faktu, prorok lustracji musiał zwrócić się ku literackiej fikcji.


Dla kapłanów religii lustracyjnej odgrzewane zarzuty wobec Lecha Wałęsy są - obok otwarcie literackiej fikcji - czymś jak rezerwowa data końca świata dająca ostatnią szansę, żeby ktoś zwrócił jeszcze uwagę na ich gasnącą religię i rozpadającą się sektę. Jeden z nich, prof. Zybertowicz, autor naukowych ekspertyz, teorii i komputerowych modeli, w których - jak św. Tomasz - dawał prawdziwościowy opis struktury tego świata, całkiem otwarcie zapowiedział w radiu, że książka Cenckiewicza i Gontarczyka będzie końcem "mitu Wałęsy". Jakby chciał zakląć rzeczywistość, która się od niego gwałtownie odwróciła.

W tym sensie Terlikowski ma rację. Sprawa Wałęsy istotnie jest swoistym ostatnim bojem. W takim sensie, że jeśli wyznawcy apokaliptycznych lustracyjnych objawień nie odniosą teraz jakiegoś spektakularnego sukcesu, ich kościół wróci do katakumb na zawsze. W takim sensie Cenckiewicz oraz Gontarczyk wzięli na siebie niebywały ciężar.

Znając Lecha Wałęsę od przeszło ćwierć wieku i mając wobec wielu jego zachowań wiele poważnych zastrzeżeń, jestem jednak jakoś dziwnie spokojny, że dwaj historycy skazani są na rozczarowanie oczekujących w napięciu wyznawców lustracji. Że Wałęsa coś kiedyś podpisał, to przecież od dawna wiadomo, bo sam o tym wspominał. Ale w świetle tego, co Polska (a chyba i świat) zawdzięcza jego późniejszym działaniom, ten podpis nie ma większego znaczenia.

A nawet jeśli by się miało okazać, że - jak od dawna głosi czarna legenda - gdy był prezydentem, z jego teczki usunięto niemiłą część dokumentacji, nawet gdyby się okazało, że on sam to zlecił lub zaakceptował, to w dalszym ciągu proporcja między winą a zasługą będzie tak miażdżąca na korzyść Wałęsy, że nikt rozsądny nie będzie tym sobie specjalnie zawracał głowy.

Z jednej strony mamy przecież gigantyczną zasługę przeprowadzenia Polski przez morze czerwone (i to przy biernej postawie większości społeczeństwa, o czym ostatnio przypomniał Władysław Frasyniuk), z drugiej zaś chwilę osobistej słabości samotnego młodego robotnika, naprzeciw którego stał lewiatan rządzący połową świata, lub małostkowy odruch człowieka niebywałego sukcesu, który boi się, że ta chwila może zniszczyć jego wizerunek.


Dysproporcja między gigantyczną zasługą a ewentualnymi niedostatkami wielkiego człowieka wydaje się tak bardzo oczywista, że nie potrafię uwierzyć, by osoba w miarę inteligentna mogła ją przeoczyć. Nie wierzę też, by ją przeoczył Tomasz P. Terlikowski. Przeciwnie. Myślę, że doskonale zdaje sobie z niej sprawę, podobnie jak osoby upowszechniające pogląd, że kończy się mit Wałęsy. Zupełnie spokojnie mogę się założyć, że o Wałęsie nasze prawnuki będą uczyły się w szkołach, a o jego zaprzysięgłych wrogach i odbrązowiaczach będzie się mówiło najwyżej jako o przykładach ludzkiej małostkowości, małości i polskiego nieumiarkowania w politycznych sporach.

A jednak to, co robią Cenckiewicz, Gontarczyk, Zybertowicz, Terlikowski i inni, nie wydaje mi się być zupełnie bez sensu. Jest to uporczywa próba znalezienia punktu zaczepienia, który by pozwolił napisać historię na nowo poprzez postawienie piramidy zasług na głowie, a raczej na czubku. W narracji, którą znamy, grupa antykomunistycznych opozycjonistów pod wodzą Wałęsy, zagrzewanych przez Jana Pawła II stopniowo, ryjąc latami, podgryzła i obaliła komunizm. To sprawia, że ci, którzy w kluczowych momentach z jakiegoś powodu znaleźli się poza kierowanym przez Lecha Wałęsę opozycyjnym centrum, czują dziś dyskomfort.

A jest to zdecydowana większość społeczeństwa i elit IV RP. Gdyby udało się stworzyć przekonującą narrację dyskredytującą Wałęsę i jego otoczenie, bez porównania lepiej poczuliby się zarówno ci, których koncepcje w antykomunistycznym podziemiu przegrały, jak i ci, którzy po prostu cicho sobie siedzieli lub byli jeszcze dziećmi.

W tekście Terlikowskiego można znaleźć ślady takiego myślenia. Co więcej, tylko ono może wytłumaczyć, dlaczego IPN zbadanie "sprawy Wałęsy" powierzył właśnie Cenckiewiczowi i Gontarczykowi - historykom politycznie mocno zaangażowanym, o wyrazistych, niechętnych Wałęsie poglądach i na dodatek znanym z warsztatowych problemów, o których się wiele mówiło, gdy Cenckiewicz wydał książkę o gdańskiej opozycji.

W każdym poważnym kraju, gdyby chodziło o zbadanie kluczowych fragmentów biografii osoby o randze Wałęsy, państwowa instytucja (w rodzaju IPN) powołałaby panel, komisję, grupę czołowych historyków o rozmaitych poglądach, kompetencjach i temperamentach, aby kompetentnie i zarazem bezstronnie opisali i zinterpretowali fakty.

Nie wyobrażam sobie, żeby na przykład Episkopat Polski powierzył opracowanie oficjalnej biografii Jana Pawła II dwóm narwanym, prowincjonalnym wikarym znanym z antypapieskich emocji. Nie znaczy to, bym uważał, że taka dwójka nie mogłaby napisać książki o papieżu.

Podobnie jak uważam, że prawo do takiej książki mają doktorzy Cenckiewicz i Gontarczyk. Ale powinna to być książka pisana na ich własny rachunek, pod ich własnym szyldem. To jest podobnie oczywiste, jak to, że IPN dokonując wyboru, jakiego dokonał, dążył do z góry określonego nazwanego przez prof. Zybertowicza celu, którym jest zniszczenie mitu Lecha Wałęsy. I tu jest pies pogrzebany.


Tomasz P. Terlikowski udając, że występuje w obronie prawdy i prawa do badań naukowych, pryncypialnie broni tego, co oczywiste i niezagrożone, by otworzyć drogę czemuś, co jest absurdalne, niedopuszczalne i groźne.

Na szczęście to "coś" już w Polsce przegrało. Może jeszcze nie całkiem, ale w sposób znaczący. Gdyby Polacy byli aż tak naiwni i głupi, jak się ideologom lustracyjnej religii wydaje, ostatnie wybory wygrałby LPR z PiS-em, a nie na szczęście już umiarkowana w poglądach PO.

Bo Polacy - w odróżnieniu od sporej części elit - uczą się na błędach, wyciągają wnioski z rzeczywistości i nie pozwalają bez końca wodzić się za nos widzeniom fałszywych proroków. Czego również red. Terlikowskiemu życzę. Czas wyjść z syberyjskiej jaskini i wrócić do realnego świata żywych ludzi.
2

Komentarze

zwiń wszystkie wątki najnowsze najstarsze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się

Panie Żakowski!

+63 / -56

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

Wojtek_1954 (gość)  •

Pani Terlikowski, jestem z panem. Dokopać UBekom, SBekom i ich sługusom. Tym dziennikarskim szczególnie.

odpowiedzi (0)

skomentuj

O autorze

+51 / -46

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

układy (gość)  •

Z całym szacunkiem dla Pana wiedzy. Nie jest Pan obiektywny, a tym samym wiarygodny, zajmując pozycje na jednej z barykad politycznych. Pozdrawiam.

odpowiedzi (0)

skomentuj