Już 25 września odbędzie się kongres Platformy Obywatelskiej i może być jednym z burzliwszych kongresów, bo wiele wskazuje na to, że dojdzie na nim do konfrontacji Grzegorza Schetyny z premierem Donaldem Tuskiem. Paweł Piskorski uważa, że Tusk nie pozwoli sobie odebrać kontroli nad partią. - Buntownicy w finale będą po kolei składać Tuskowi deklaracje lojalności - mówi przewodniczący SD w rozmowie z Dorota Kowalska.
Myśli Pan, że triumwirat Donald Tusk, Grzegorz Schetyna i Bronisław Komorowski zda egzamin? A może w ogóle triumwiratu nie będzie?
To jest triumwirat wyłącznie zadeklarowany. W tej sprawie, w odróżnieniu od wcześniejszych triumwiratów w Platformie, między Donaldem Tuskiem, Maciejem Płażyńskim a Andrzejem Olechowskim i potem między Tuskiem, Zytą Gilowską a Janem Rokitą, nie było żadnego porozumienia. Ten triumwirat to jednostronna deklaracja Grzegorza Schetyny, który chce, żeby trzy równorzędne i równoprawne strony władzy mogły się porozumieć.
Ale Tusk nie uważa, aby należał do jakiegokolwiek triumwiratu. Uważa się za lidera partii politycznej, który potrafi doprowadzić do sukcesu politycznego, i nie uznaje żadnych uzurpatorów. A tak też będzie, moim zdaniem, traktował teraz Schetynę.
Jednak w wyborach do władz regionalnych Platformy Obywatelskiej wygrali w większości ludzie kojarzeni ze Schetyną. To jednak osłabia pozycję Donalda Tuska, nie uważa Pan?
Mam w tej sprawie duże wątpliwości. To, że ktoś porozumiewał się ze Schetyną, który był w łaskach wodza, i kiedyś uznawał się za człowieka Schetyny, nie znaczy, że musi nim być teraz. Zwłaszcza w sytuacji, gdyby doszło do konfliktu między Schetyną a Tuskiem, konfliktu tak spektakularnego, jak nieprzyjęcie zmian w statucie, które proponuje Tusk. Jeśli 25 września na kongresie Platformy lub w dniach go poprzedzających dojdzie do konfrontacji, Tusk ma olbrzymią szansę spacyfikować Schetynę i potencjalny bunt przeciwko sobie. Po pierwsze, dlatego że to on będzie miał długopis w ręku w momencie podejmowania decyzji o listach kandydatów do parlamentu. Po drugie, to Tusk ma realną władzę. A liderzy regionalni, nawet gdyby sympatyzowali ze Schetyną czy uznawali, że Tusk w zbyt wodzowski sposób kieruje partią, muszą zdawać sobie sprawę, że bez wpływu na to, co się dzieje w administracji publicznej, nie dadzą sobie rady. Dlatego jeśli dojdzie do konfrontacji, w finale miażdżąco wygra Tusk. Pytanie tylko, czy będzie chciał postąpić w sposób prowokacyjny, w pełni demonstrując swoje panowanie. Mogłoby się to objawiać na przykład nominacją Sławka Nowaka na sekretarza generalnego. Byłby to jednoznaczny sygnał, że jest jednorządcą tej partii, że nie ma żadnego triumwiratu i wszyscy muszą mu się podporządkować. I jeśli będzie chciał dać 25 września taki właśnie klarowny sygnał, moim zdaniem, będzie to sygnał personalny.
Więc uważa Pan, że marszałek Grzegorz Schetyna, dążąc do konfrontacji, skazuje się na porażkę?
Znam Tuska, on nie może sobie pozwolić na trójwładzę w PO, bo wtedy ta władza wymknie mu się z rąkZdaje sobie doskonale sprawę, jakie porządki panują w tej chwili w Platformie. Mówiąc otwarcie, był jednym z egzekutorów tych porządków w stosunku do innych osób, chociażby do mnie. Teraz stał się ofiarą mechanizmu, który sam wytworzył. I nie ma pola manewru. Zrobił rozsądny ruch, starając się o funkcję marszałka. To go wywindowało na lepszą pozycję, ponad sprawy wyłącznie partyjne. Potem wykonywał już tylko ruchy ratunkowe, takie jak deklaracja o tym, że jest triumwirat i trzy ośrodki władzy. Jeszcze później rękami klubu, w którym cały czas Schetyna ma przewagę nad Tuskiem, wybrał prezydium z pominięciem takich ludzi jak Sławomir Nowak, czyli ludzi premiera. To były ruchy, które miały pokazać Tuskowi, że jest silny, że nie podda się tak łatwo. Ale znam Donalda Tuska: on nie może sobie pozwolić na dwu- czy trójwładzę w Platformie, bo ta władza zacznie mu się wymykać z rąk.
(...)
Jaki jest cel zmian w statucie Platformy?
Po pierwsze, jej celem jest rozszerzenie władzy innej niż przewodniczącego partii, głównie władzy sekretarza generalnego. Wystarczy to załatwić uchwałą o zasadach wyboru kandydatów w wyborach samorządowych, która daje Tuskowi olbrzymi wpływ na to, jak będę wyglądać ostatecznie listy wyborcze. Po drugie, rozszerzenie grona kierowniczego zarządu oznacza, że tak naprawdę zarząd przestaje pełnić swoją funkcję. W 35-osobowym składzie nie jest on w stanie poważnie przeprowadzić głębokiej dyskusji na jakikolwiek temat i staje się ciałem, które będzie po prostu łatwiej akceptowało decyzje Tuska. Ponieważ to ostatni rok przed wyborami parlamentarnymi, Tusk doskonale zdaje sobie sprawę, jak poważny to instrument. W 1992 r. już raz stracił władzę nad klubem, wie, czym się kończy utrata panowania nad partią, zna też instrumenty odzyskania tej kontroli. Ale gdyby doszło do konfrontacji: proszę sobie wyobrazić kongres Platformy pod dyktando Grzegorza Schetyny, który nie jest przywódcą charyzmatycznym, ale który odrzuca na przykład propozycje statutowe przyniesione przez prezesa partii i jednocześnie premiera rządu z dużą szansą na ponowne wygranie wyborów? Wyobraża sobie to pani? No właśnie. To niewykonalne. Buntownicy w finale będą po kolei składać Tuskowi deklaracje lojalności.
Rozmawiała: Dorota Kowalska
Więcej przeczytasz w czwartkowym wydaniu dziennika "Polska" lub w serwisie
prasa24.pl